Obietnica
Pamiętam bardzo dobrze ten moment,
kiedy ci powiedziałam, że cię nigdy nie zastąpię.
Było to pewnego wiosennego poranka,
miałyśmy obydwie ciężką noc, ty szczególnie, całe godziny kręciłaś się
i jęczałaś, a gdy chciałam ci ulżyć podając wodę lub chleb, odwracałaś
się obojętna i dalej się skarżyłaś.
Gdy tylko trochę się niebo rozjaśniło,
zarzuciłam płaszcz na nocną koszulę, włożyłam na bose nogi tenisówki i
zeszłyśmy do parku.
Miasto było pogrążone w szarej mgle,
powietrze było ciężkie i naładowane pyłkami kwiatów. Była to godzina, kiedy
drogi ludzi, którzy wcześnie wstają krzyżują się z tymi, którzy się późno
kładą. Ludzie mijali się jak nurkowie w skafandrach każdy naładowany swoją
strefą godzinową.
Trudno mi było oddychać i musiałam
się co parę minut zatrzymywać, aby złapać oddech. Ty dreptałaś za mną kulejąc,
zauważyłam, że guz na twoim boku jeszcze się powiększył. Dookoła nas rowerzyści
i biegacze prześlizgiwali się lekko w swoich błyszczących kostiumach. Była
siódma rano i byłyśmy dwie małe staruszki w parku.
W pewnej chwili musiałam usiąść,
aby odpocząć i ty położyłaś się u moich stóp, nieruchoma, prawie martwa.
Wówczas to myśl, żeby mieć kiedyś innego psa wydała mi się najgorszą zdradą.
Nachyliłam się, żeby cię pogłaskać za uszami, tak jak lubiłaś i przyrzekłam
ci, że dla mnie nigdy nie będzie innego psa. Nigdy.
Wiedziałam wtedy, że ty nie pożyjesz
długo, ale nie przypuszczałam, że tak prędko będę miała okazję poddać próbie
to moje przyrzeczenie.
Kilka godzin później, podczas gdy
lekko popychałam twoją mordkę w kierunku miski z wodą, nogi się pod tobą
zachwiały i upadłaś, a oczy twe były zamglone i bez żadnego wyrazu. Ważyłaś
tysiąc razy więcej niż normalnie i musiałam poprosić o pomoc sąsiada, by
cię zawiniętą w kocyk wciągnąć na tylne siedzenie samochodu.
Po drodze do kliniki weterynaryjnej
wstałaś nagle i patrzyłaś przez okno na defilujący obok nas świat. Po raz
ostatni. Ten obraz ciebie nieruchomej i zrezygnowanej zerwał tamę i dotąd
nie rozumiem jak mi się udało znaleźć drogę poprzez te strumienie wody,
które mi zasłaniały widok na światła miasta, zamazane w jakąś niewyraźną
magmę różnych kształtów i kolorów.
Trwało to wieczność zanim dotarłam
do drzwi kliniki. Ani trochę nie protestowałaś podczas gdy dwóch facetów
ciągnęło cię i pchało, aby cię ułożyć na noszach i zabrać daleko ode mnie.
Natychmiast zrobiono ci całą baterię badań i pomyślałam sobie, że zwierzęta
mają szczęście, bo nie przypominałam sobie, żeby się mną tak intensywnie
zajmowano podczas moich pobytów w szpitalu.
Ale te wszystkie testy niczego nie
wykazały i następnego ranka, kiedy już twoje ciało było całkowicie przebadane,
prześwietlone i obejrzane pod mikroskopem, zapadłaś w komę.
"Razem z eutanazją i ze spaleniem
zwłok to będzie kosztowało 2300$ powiedział weterynarz podając mi pudełko
klineksów. Zrozumiałam, że szpital, w którym ja byłam miał również pewne
zalety, a nie same wady.
Podałam moją kartę kredytową, po
czym wybrałam drewnianą rzeźbioną urnę na twoje prochy. Przyszłam po nie
dwa dni później, było mi bardzo trudno uwierzyć, że w tym niewielkim lekkim
pudełku, niewiele wyższym od półlitrówki mleka jest wszystko, co z ciebie
pozostało.
"Kup sobie nowego psa" słyszałam
ze wszystkich stron, od przyjaciół, sąsiadów, a szczególnie od moich dzieci,
które przypuszczalnie się obawiały, że pod twoją nieobecność będą musiały
dźwigać cały ciężar mojej samotności.
W ich świecie, gdzie każdy dzień
przebiega według ścisłego rozkładu, gdzie każda minuta ma swoje zadanie
do spełnienia, każdy problem może być rozwiązany, jeśli tylko się zapłaci
odpowiednią cenę. Dach przecieka reperuje się go. Samochód się psuje
oddaje się go do garażu. Pies zdycha kupuje się nowego psa. Logiczne
i łatwe.
Ale ja, ja już nienawidziłam wszystkich
psów które spotykałam na ulicy albo w windzie. Znałam ich mnóstwo, spotykałam
się z ich właścicielami na naszych codziennych spacerach. Te zwierzaki,
które cię popychały, obwąchiwały, które często zakręcały się w twojej smyczy,
które obok ciebie biegały za wiewiórkami, jak to było możliwe, że one teraz
merdały ogonami bez ciebie? Jak one śmiały być wciąż żywe? I oprócz tego,
żaden z nich nie miał tego uśmiechniętego oddania we wzroku, jakie mi towarzyszyło
przez piętnaście lat, twój okres psiego życia. Było to dla mnie w tym momencie
tak oczywiste, jak wówczas, kiedy owdowiałam: po tobie nie potrafię kochać
żadnego zwierzęcia. Była to najpewniejsza rzecz na świecie.
Minęła wiosna, potem lato. Pogrzebałam
twoje prochy na wsi w lasku, który tak lubiłaś. Zaczęłam trochę doceniać
moje spokojne noce i poranki, kiedy nie musiałam jak dawniej pędzić do
parku, abyś mogła opróżnić swój biedny coraz słabiej działający pęcherz.
Już nie skakałaś całym swoim ciężarem
na łóżko, nie wymiotowałaś na dywanie, który całkiem stracił kolory od
ciągłego szorowania. Mogłam pójść do kina o jakiejkolwiek godzinie, nie
musząc unikać twojego pełnego wyrzutów spojrzenia. I nie musiałam
już kończyć wcześniej moich spotkań brydżowych ze strachu, że ty tam wyjesz
zrozpaczona i że znowu będę miała kłopoty z sąsiadami.
Moje życie stało się o wiele łatwiejsze
i kiedy od nadmiaru wolności kręciło mi się w głowie, zamykałam oczy, by
nie widzieć przepaści i zapraszałam na kolację jakąś przyjaciółkę albo
syna z dziećmi.
Tydzień temu szłam przez park, kiedy
szara chmura przykryła całą dzielnicę grożąc zimnym jesiennym deszczem.
To było jakby w wierszu Baudelaira, gdzie ciężkie i niskie niebo ciąży,
jak pokrywa wypełniona głuchą groźbą.
Już miałam zawrócić, gdy go ujrzałam:
brązowo złoty szczeniak o wielkich uszach, mieszaniec mający coś z labradora
i coś ze spaniela. Marszczył mordkę we mgle, która zapowiadała potop. Podniosłam
wzrok na jego właściciela, człowieka w nieokreślonym wieku, jak to bywa
u ludzi, którzy przeżyli wiele różnych wojen. Miał on chude ramiona z wypukłymi
żyłami i tatuażami. Chyba by spowodował wybuch wykrywacza metalu na lotnisku,
tyle miał różnych metalowych kółek i pierścieni w najrozmaitszych miejscach
na twarzy.
"Chce go pani? To będzie kosztowało
trzydzieści dolarów powiedział patrząc na mnie z krzywym uśmiechem wskazując
na zwierzę. Nie wiedziałam, czy myśli poważnie, czy sobie ze mnie kpi.
Była to najdziwniejsza para, jaką
można sobie wyobrazić. Czułość małego szczeniaka w wychudzonych ramionach
gotowych do nie wiadomo jakiej walki.
Wahałam się: ten psiak musiał być
chory, wystraszony złym traktowaniem. Z pewnością był zapchlony. Wyobrażałam
go sobie wąchającego odchody ludzkie w jakiejś uliczce pełnej prezerwatyw
i strzykawek po narkotykach.
Deszcz lał na dobre, grube krople
padały na nas troje. "Hej, pani, oddam ci go za dwadzieścia". Poczułam,
że nie mam wyboru, poszperałam w torebce, podałam mu pieniądze i poszłam
trzymając w ramionach małą nastroszoną kulkę mokrego futerka.
Moje dzieci były zdumione. Doszły
już do wniosku, że ja sobie świetnie radzę, w końcu taki szczeniak to cała
masa nowych problemów, również dla nich, gdybym ich poprosiła, żeby się
nim przez kilka dni zajęły, na przykład gdybym znowu się znalazła w szpitalu.
Albo gdyby on postanowił zająć się
ich torebkami lub nowymi butami.
"Teraz możesz sobie iść, gdzie chcesz,
kiedy chcesz, jesteś wolna, dlaczego nie korzystasz z tej wolności?" mówiły
moje dzieci, ale ja nie rozumiałam o co im chodzi.
Czyżby one nie wiedziały, że ta wolność,
o której mówią, to dziura bez dna, pustynia?
Dzieci, nawet jak mają 50 lat, wszytko
im trzeba tłumaczyć. Ale ja nic nie odpowiadałam, żeby nie sprowokować
ich zrozpaczonych spojrzeń. I zaczęłam wszystko od początku: siad, leżeć,
aport, poszukaj. Przynosiłam kości od rzeźnika, uprałam łóżeczko, w którym
spędziłaś ostatnie noce, odnalazłam twoją smycz i dziś rano, skoro świt,
gdy niebo zaczęło się rozjaśniać nad budynkami, poszliśmy do parku.
Widzisz, starałam się bardzo dotrzymać
mojej obietnicy, ale zanadto mi było ciebie brak.
Agnes Gruda - kanadyjsko
polska pisarka i dziennikarka. Przez ponad 30 lat związana z dziennikiem
La Presse. W 2014 roku otrzymała prestiżową National Newspaper Award .
Jej debiutancki zbiór opowiadań "Onze petites trahisons (2010) był nominowany
do Governor Generals Award (za prozę francuskojęzyczną) oraz zdobył Prix
Adrienne?Choquette.
Tłumaczenie: Ilona Gruda pisarka,
autorka literatury młodzieżowej
Tekst "Obietnica" pochodzi ze zbioru
opowiadań "Onze petites trahisons", wydanego przez Boréal w 2010roku.
|