| Mont-Tremblant.
W objęciach zimy
Kanadyjska
zima bywa bezlitosna, ale Mont-Tremblant udowadnia, że nawet mróz może
mieć klasę. Wystarczy odpowiednia sceneria, para ciepłych rękawiczek i
gotowość, by na chwilę zapomnieć o codziennych obowiązkach.
Nazwa miasteczka
brzmi jak zapowiedź dreszczu - i nie chodzi tylko o temperaturę. "Drżąca
góra", jak wierzyli rdzenni mieszkańcy tych ziem, do dziś wprawia w drżenie.
Z zachwytu, z zimna, często z powodu cen. Bo Mont-Tremblant to nie tylko
góra. To stan umysłu i klasa sama w sobie.
Położony niecałe
130 kilometrów od Montrealu i niewiele dalej od Ottawy, Mont-Tremblant
jest jak dobrze znana ucieczka awaryjna. Gdy miasto zaczyna przygniatać,
gdy zima zamiast romantycznej bieli oferuje szarą breję, albo skąpi śniegu,
wystarczy kilka godzin drogi, by znaleźć się w świecie, który wygląda jak
żywa pocztówka - i bardzo pilnuje, by nią pozostać.
Zimą wszystko
kręci się tu wokół ruchu. Narty, snowboardy, rakiety śnieżne, psie zaprzęgi,
skutery, łyżwy. Ponad sto tras o różnym stopniu trudności kusi tych, którzy
chcą się zmęczyć, i tych, którzy chcą jedynie wyglądać na zmęczonych. Są
armatki śnieżne - ponad tysiąc - bo nawet kanadyjska zima czasem potrzebuje
drobnej korekty. Są instruktorzy, setki instruktorów, gotowych nauczyć
każdego, kto odważy się stanąć na stoku i uwierzyć, że tym razem się uda.
Ale Mont-Tremblant
to także sztuka chodzenia bez pośpiechu. Deptak u podnóża góry zaprojektowano
tak, by nigdzie się nie spieszyć. Kolorowe fasady, butiki, sklepy, restauracje
kuszą zapachami i światłem. Od jednego końca miasteczka do drugiego można
przejść, próbując kolejnych smaków, przymierzając kolejne swetry i przekonując
samego siebie, że "to przecież wyjątkowy wyjazd" i że "jest mi to koniecznie
potrzebne".
To miejsce,
w którym luksus nie krzyczy - raczej dyskretnie poprawia szalik. Jest obecny
w detalach, w jakości, w poczuciu, że wszystko zostało zaplanowane. A jednocześnie
Mont-Tremblant pozostaje przestrzenią wspólną: pełną dzieci ślizgających
się po lodzie, ulicznych artystów, dorosłych, którzy na chwilę pozwalają
sobie na beztroskę.
Dlatego właśnie
wracamy. Nie tylko po śnieg i nachylenie stoków, nie po liczby i statystyki,
choć te robią wrażenie. Wracamy po poczucie, że zima może być sprzymierzeńcem,
a nie przeciwnikiem. Że można ją oswoić kominkiem, spacerem, kubkiem gorącej
czekolady.
Może być zaproszeniem
- do ruchu, do ciszy, do oddechu od codzienności.
Mont_Tremblant
nie obiecuje ucieczki od zimy. Oferuje coś trudniejszego - zgodę na nią.
A to, jak się okazuje, bywa prawdziwym luksusem.
Anna
Mazurek
|