.
NUMER 8 / STYCZEŃ 2020

Wydawcą magazynu PANORAMA jest 
Radio Polonia - CFMB1280 AM w Montrealu

Adres do korespondencji: 

MAGAZYN PANORAMA
6625, 38e Avenue, Suite 5 
Montreal, Qc
H1T 2X8 

E-mail: [email protected]

Tel. (514) 367-1224 
Tel. (514) 963-1080
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Wyrachowane szaleństwo (Odc. 8)
 
... Jerzy Adamuszek
Wyrachowane szaleństwo

Wydawnictwo ISKRY 1994 / Seria "Naokoło Świata"

Relacja z wyprawy samochodem osobowym wzdłuż obu Ameryk - od Alaski po Ziemię Ognistą, w trakcie której został ustanowiony rekord wpisany do Ksiegi Rekordów Guinnessa.

..
..
55 MIL NA GODZINĘ

Przyjazd do USA: 5 XI, 16.30 - przyjazd na granicę USA/ Meksyk (Laredo): 7 XI, 13.00

Dystans: 3242 km

Trasa:

Sweetgrass-Great Falls - autostrada nr 15
do Billings - drogi nr 89, 87, 191, 1 2 i 3
do Casper - autostrady nr 90 i 25
do Raton - autostrada nr 25
do Amarillo - drogi nr 64, 87 i 287
do Lubbock - autostrada nr 27
do Odessy - drogi nr 82, 62 i 385
do Eagle Pass - drogi nr 385, 67, 349, autostrada nr 10, droga nr 277
do Laredo - droga nr 277 i autostrada nr 35

Przekraczając granicę Stanów Zjednoczonych, Kanadyjczycy tylko potwierdzają swą tożsamość. Nie wychodzą nawet z samochodów, chyba ze zabierani są do kontroli osobistej. Poprosiłem
0 stemple w paszporcie i dokumentacji, potwierdzające rekord. Celnik tłumaczył, że nie robi takich rzeczy,ale w końcu udało mi się go przekonać. W sklepie bezcłowym kupiłem sporo papierosów kanadyjskich. Może dalej na południe trzeba będzie kogoś poczęstować.

Wjechałem do stanu Montana. Zrobiło się już ciemno i zaczął padać deszcz.

Limit prędkości w Stanach Zjednoczonych wynosi 55 mil na godzinę. Trzeba uważać na radary policji stanowej. Wspominałem już, że tydzień temu dostałem pierwszy mandat w stanie Minnesota. Nie miałem zamiaru pędzić 180 kilometrów na godzinę, ale - powiedzmy sobie szczerze - limit 92 kilometrów to trochę za mało. Musiałem przyjąć taką taktykę, aby nie dać się złapać. Starałem się więc jechać 115 kilometrów na godzinę, a widząc wóz patrolowy, zwalniałem do setki. Ta prędkość jest na ogół akceptowana przez policję. Miałem trochę doświadczeń z jazdy po Stanach, gdyż już parę razy przejechałem je wzdłuż i wszerz. Mogłem przewidzieć, gdzie spodziewać się radaru. Przypomniała mi się piosenka Rosiewicza "Chłopcy radarowcy". Oczywiście nie ma tu płotów i szpar, ale za filarem wiaduktu lub za krzakami też może się ktoś zaczaić. Zdarza się, że policjant w cywilu jedzie normalnym samochodem. Jeśli kogoś przyłapie, wystawia koguta na dach, sygnalizując kierowcy, aby się zatrzymał. W Kanadzie kontrole są trochę łagodniejsze. Za to w Stanach wyglądają bardzo poważnie, szczególnie dla nowicjusza na tamtejszych drogach.

Policja zatrzymuje samochód włączając wszystkie migacze. A jest ich dużo: dwa pomarańczowo-niebieskie na dachu kręcące się wokół osi, pulsujące drogowe i mijania oraz kierunkowskazy. Jeżeli taką dyskotekę widzimy na poboczu, to wiemy, że możemy spokojnie jechać, gdyż już kogoś złapali. Wóz patrolowy przywodzi wówczas na myśl koguta, który dopadł kurę i oznajmia całej wsi o udanej akcji, piejąc i trzepocąc skrzydłami. Kiedy policjant złapie sprawcę wykroczenia drogowego, przez jakiś czas nie wychodzi z samochodu. Spisuje wówczas numery rejestracyjne i łącząc się z centralą lub za pomocą komputera sprawdza ich autentyczność, jednocześnie notując, z kim ma do czynienia i gdzie. Następnie z ręką przy rewolwerze zbliża się do kierowcy zatrzymanego samochodu, prosząc o podanie dokumentów przez uchyloną szybę. Wraca potem do swojego wozu, łączy się z centralą lub sprawdza dane w komputerze. Najczęściej przynosi wypisany mandat i tak to się kończy. Zdarza się czasem, że policjant prosi kierowcę do swojego samochodu i przepytuje go z danych personalnych. Mandat należy zapłacić w odpowiednim punkcie terenowym lub przesyłając czek autoryzowany. Czasem funkcjonariusz może iść na ustępstwo i osobiście pobrać pieniądze.

Całkiem inna historia, jeżeli zatrzymany jest cudzoziemcem. Wtedy już bez dyskusji należy zapłacić, i to najlepiej gotówką. Jeżeli delikwent nie ma pieniędzy, wtedy niezależnie od pory dnia i nocy zostaje zawieziony do szeryfa, a samochód podlega konfiskacie do momentu zapłacenia mandatu. Szeryf proponuje wówczas dwie możliwości. Jeżeli zatrzymany twierdzi, że jest niewinny, to musi zapłacić kaucję do 500 dolarów, a o terminie rozprawy zostanie poinformowany pocztą. Zdarza się, że kierowca faktycznie nie mam przy sobie gotówki, a - zaznaczam - urzędy państwowe nie akceptują żadnych kart kredytowych ani czeków. Wtedy szeryf zamyka takiego pechowca w areszcie.

Zatrzymany ma prawo poinformować o swej sytuacji kogoś, kto natychmiast przyjedzie i zapłaci kaucję.

Opowiadano mi nieraz o różnych dziwnych przypadkach. Słuchając tego, człowiek z niedowierzaniem kręci głową - i na szczęście na tym się kończy. Co innego jednak przeżyć coś takiego na własnej skórze.

Jechałem kiedyś pożyczonym samochodem z Montrealu do Nowego Jorku. Celnik podejrzliwie wpatrywał się w mój dowód tożsamości, po czym zatelefonował po policję. Gdy zjawili się funkcjonariusze z wydrukiem z komputera, dowiedziałem się, że moje prawo jazdy jest nieważne w stanie Nowy Jork. Więcej danych nie mieli.

Samochód został przetransportowany na specjalny parking, którym dysponował urząd celny, a mnie przewieziono do sędziego w najbliższej gminie. Po złożeniu przysięgi na Biblię odpowiedziałem, że jestem niewinny. Gdybym natomiast przyznał się do winy, oznaczałoby to, iż wiedziałem, że moje prawo jazdy zostało zatrzymane. Na nic zdało się przekonywanie sędziego, że nigdy nie miałem zatargu z policją stanu Nowy Jork. Ażeby móc wyjaśnić nieporozumienie, musiałem zapłacić 300 dolarów kaucji. Dostałem pokwitowanie i numer telefonu, pod który muszę zadzwonić, by wyjaśnić, w czym tkwi problem. Policjant odwiózł mnie na parking, gdzie stał skonfiskowany samochód. Zapłaciłem 40 dolarów za serwis parkingowy i na podstawie pokwitowania kaucji wydano mi samochód. Wtedy już tylko mogłem wrócić do Kanady. Z Montrealu natychmiast zatelefonowałem pod wskazany numer. Okazało się, że było to koło Albany w stanie Nowy Jork, dokładnie w połowie drogi między Montrealem a Nowym Jorkiem. Za kilka dni pojechałem tam ze znajomym, chcąc jak najszybciej wyjaśnić sprawę i odzyskać te 300 dolarów kaucji. Po przybyciu na miejsce przypomniano mi wypadki sprzed dwóch lat. Otóż jechałem wówczas z przypadkowymi ludźmi z Nowego Jorku do Montrealu. Samochód się popsuł, wezwano pomoc drogową, a ja musiałem wyjść na autostradę i zapolować na okazję, gdyż nie starczyło dla mnie miejsca w kabinie małej ciężarówki. Nadjechał wtedy policjant i spisał moje dane z dowodu. Wlepił mi 10 dolarów kary za niedozwolone chodzenie po autostradzie, po czym zawiózł mnie na najbliższy parking, skąd okazją dostałem się do Montrealu.

Napisałem list pod adresem umieszczonym na mandacie, że nie czuję się winny, gdyż na poboczu autostrady znalazłem się wskutek fatalnego przypadku. Otrzymałem odpowiedź, że mogę bronić swoich praw stawiając się na rozprawie sądowej w wyznaczonym terminie. Ażeby nie jechać 600 kilometrów i nie tracić dnia, wysłałem czek na sumę 13 dolarów kanadyjskich. Nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, uznałem, że wszystko jest już w porządku. Okazało się jednak, że nie miałem racji. Pracownice sekcji mandatowej w tej małej mieścinie nie przyjęły moich kanadyjskich pieniędzy. Postanowiły innymi ścieżkami dowiedzieć się w Quebecu o numer mojego prawa jazdy i zawiesić je, nie mając obowiązku poinformowania mnie o tym. "W interesie zatrzymanego leży - cytowała pani - dowiedzieć się, jak ostatecznie sprawa została załatwiona". Ja natomiast nieświadomie przez prawie dwa lata łamałem prawo w stanie Nowy Jork, jeżdżąc tam niekiedy bez ważnego, jak się okazało, prawa jazdy.

Aby uniknąć dalszych komplikacji, zapłaciłem ten skromny mandat, z tym że wzrósł on już do 20 dolarów. Zadowolony, wróciłem z pokwitowaniem do sędziego, by odebrać swoje 300 dolarów, gdyż sytuacja została wyjaśniona. ,,Zaraz, zaraz - powiedział wtedy sędzia - przyrzekł pan z ręką na Biblii, że jest niewinny, a teraz pokazuje mi pokwitowanie uiszczenia mandatu. Przecież płacąc 20 dolarów, automatycznie pan stwierdza, że był winny. I teraz pan chce kaucję z powrotem? Coś mi się tu nie zgadza". "Co więc mam teraz zrobić?" - spytałem. Na to sędzia: "Rób pan co chcesz, tu jest wolny kraj". Prawdopodobnie są wyższe instancje, do których trzeba się zgłosić z adwokatem, biorącym za godzinę na pewno połowę wartości tej kaucji. Po rozmowie z policjantem doszedłem do wniosku, że ten przygraniczny sąd musi zbierać każdego dnia grube pieniądze. Ja byłem ofiarą przypadku. Ale wielu Kanadyjczyków nie płaci mandatów za ewidentne wykroczenia. I tu policja ma pole do popisu. Przez stan Nowy Jork przebiega szlak prowadzący z Montrealu na Florydę. Prawie cały rok, a zwłaszcza w okresie zimowym, setki samochodów z rejestracją Quebecu mkną autostradą nr 87 na południe.

Przybyłem do pierwszego większego miasta w stanie Montana - Great Falls, które liczy 60 000 mieszkańców. Właśnie tam pierwszy raz skontaktowałem się z radiem. Przez telefon ze stacji benzynowej udzieliłem wywiadu na żywo. Zadzwoniłem także do Montrealu do swego kolegi Andrzeja. Wcześniej umówiliśmy się, że dam mu znać, jak tylko dojadę do Stanów. On szybko przekazał wiadomość kuzynowi w Chicago, który prowadzi jedną ze stacji radiowych odbieranych w środkowych Stanach. Słuchają jej kierowcy wielkich ciężarówek; nadaje głównie muzykę country i najprzeróżniejsze ciekawostki. Komunikaty, że przez centralne Stany przejeżdża człowiek dziwnie oznakowanym cadillakiem, pojawiły się w eterze kilkakrotnie. Konferansjer Bob włożył w nie wiele serca, gdyż jego żona jest Polką. W istocie, kierowcy ciężarówek dawali klaksonami do zrozumienia, że mnie zauważyli.

Z Great Falls drogą drugiej kategorii skierowałem się do Billings. Była prawie pusta. Nawierzchnia - bardzo dobra. Deszcz zaczął się wzmagać. Nagle w lusterku zobaczyłem światła policyjne. Gwałtownie się zatrzymałem i podbiegłem do samochodu patrolowego pytając, czy dobrze jadę w kierunku Billings. Policjant odparł, że dobrze, tylko za szybko. A po drugie, to co jest napisane na tej desce na moim dachu, gdyż leje i nie chce mu się wychodzić na zewnątrz. Objaśniłem wszystko, ale on dalej nie może zrozumieć, dlaczego mam z tyłu taki duży napis "Canada", a na numerze rejestracyjnym hasło w innym języku. A tak w ogóle to skąd jestem? Wyjaśniłem mu, ze we wschodniej części Kanady jest francuska prowincja Quebec, a napis na rejestracji "Je me souviens" oznacza, że sobie zapamiętam. Prawdopodobnie nie on jeden w stanie Montana nie wiedział, że nie cała Ameryka Północna mówi po angielsku. Spotkanie nasze zakończyło się podaniem dłoni. Odjeżdżając zastanawiałem się, czy warto było zaoszczędzić kilka minut jadąc szybciej, ażeby potem tracić kilkanaście minut i narażać się na mandat.

Następne miasto - Billings. Pierwsze wzmianki o nim pochodzą z 1823 roku, kiedy to traperzy stoczyli walkę z Czarnymi Stopami. Rozwinęło się po wybudowaniu kolei w 1882 roku. Po ujarzmieniu rzeki Yellowstone i irygacji terenu Billings stało się centrum okręgu słynącego z rolnictwa i hodowli bydła.

Zaraz za miastem wjechałem na autostradę nr 90, która prowadzi przez całe Stany Zjednoczone z Seattle nad Pacyfikiem w stanie Waszyngton do Bostonu nad Atlantykiem. Komunikaty radiowe mówiły właśnie o burzy śnieżnej, jaka nadciągała w te okolice. Było już po północy. Zmęczenie dawało się we znaki. Po pracy silnika czuję, że wspinam się na jedno z pasm Gór Skalistych. Śnieg zaczyna padać coraz gęstszy i to pod kątem. Przypomniała mi się sytuacja z Kolumbii Brytyjskiej sprzed paru dni. Z tym że teraz jestem na głównej autostradzie i nie trzeba będzie czekać jednego dnia lub dwóch na odśnieżenie. Bardzo bolą mnie oczy. Próbuję założyć okulary przeciwsłoneczne, jednak po chwili muszę je zdjąć, gdyż widzę tylko białą plamę przed samochodem oraz migające płaty śniegu. Co chwila otwieram okno, śpiewam na cały głos, przeciągam się. Postanowiłem wyjechać z gór nie przerywając jazdy. Minuta za minutą, a tu nic nie wskazuje, że warunki atmosferyczne się poprawią. Nie dopuszczam, by prędkość spadła poniżej 30 kilometrów na godzinę.

Byłem już prawie zdecydowany zjechać na pobocze i trochę się zdrzemnąć. Nagle zdarzyło się coś niespodziewanego. W lusterku zobaczyłem zbliżające się światła. Wyprzedzającym pojazdem okazał się sportowy pontiac Z-28. Prowadził go widocznie jakiś superkierowca lub pijany młodzieniec wracający z imprezy. Jechał z dużo większą prędkością niż ja. Spadł mi z nieba - pomyślałem. Teraz zostało mi tylko jechać za nim. Nie zważałem na to, co się dzieje z boku. Jak sroka w gnat wpatrywałem się w jego tylne światła i w bezpiecznym odstępie jechałem za nim. Momentami nie mogłem nadążyć, ale gdy zauważyłem, że intensywność opadów się zmniejsza, i zobaczyłem na horyzoncie światła domów, pozwoliłem mu odjechać.

Po kilku minutach śnieg ustał, a w dolinie nie było już po nim śladu. Łyknąłem soku i zagłębiłem się w swoim legowisku na zasłużony parogodzinny odpoczynek. Ze zmęczenia nie mogłem zasnąć. Oczy pod powiekami drgały jak przed godziną.

Mój poranny harmonogram wyglądał tak: na "dzień dobry", zanim wysiadłem z samochodu za potrzebą fizjologiczną, robiłem kilkadziesiąt kilometrów; następnie przerwa - gimnastyka, mycie, a potem już w czasie jazdy gotowanie wody i skromne śniadanie.
 

C.D.N.


Jerzy Adamuszek - po ukończeniu geografii na UJ-cie w Krakowie w 1980 przybył do Montrealu. Autor książek podróżniczych: "Wyrachowane Szaleństwo", "Kuba to nie tylko Varadero" (po angielsku "Cuba is not only Varadero") i "Słonie na olejno". Niektóre jego osiągnięcia zarejestrowała Księga Rekordów Guinnessa. Organizator "Spotkań Podróżniczych" oraz "Są Wśród Nas" w Konsulacie Generalnym RP w Montrealu (www.sawsrodnas.ca).


PANORAMA - MAGAZYN RADIA POLONIA CFMB 1280 AM, MONTREAL, KANADA
Tel: (514) 367-1224, (514) 963-1080, E-mail: [email protected]
Designed and maintained by Andrzej Leszczewicz
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
ZALOGUJ SIĘ