.
NUMER 9 / LUTY 2020

Wydawcą magazynu PANORAMA jest 
Radio Polonia - CFMB1280 AM w Montrealu

Adres do korespondencji: 

MAGAZYN PANORAMA
6625, 38e Avenue, Suite 5 
Montreal, Qc
H1T 2X8 

E-mail: kontakt@panoramanews.org

Tel. (514) 367-1224 
Tel. (514) 963-1080
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Życie zwielokrotnione 

Leszek Mikulski - wrocławianin, którego do podjętych wyzwań motywuje myśl: 'Its good day to have a good day' czyli 'To dobry dzień, aby mieć dobry dzień', a także domena życiowa: "Wygrywanie oznacza brak strachu przed przegraną, a od życia dostajesz to, na co się odważysz i potrafsz dostrzec". Kim jest i jakie to wyzwania? Opis na swoim profilu Facebooka ma skromny: przedsiębiorca, podróżnik, rekordzista świata, inżynier, pilot, miłośnik rozwoju osobistego i sportów ekstremalnych, instruktor squasha, płetwonurek, skoczek spadochronowy. Zdobywca kilku szczytów należących do Korony Ziemi, m.in. Mont Blanc, Elbrus, Kilimandżaro, Aconcagua. Największy jednak jego sukces to rekord Polski i świata wraz z wpisaniem do Księgi Rekordów Guinnessa za zdobycie Elbrus w 2015 i to dwukrotnie w 24 godziny! 

Widok na Kilimandżaro

Łukasz Przelaskowski: Dzień dobry Leszku. Zacznijmy może od tego, gdzie obecnie przebywasz?

Leszek Mikulski: Jestem na wysokości 4.300 metrów n.p.m w Plaza de Mulas pod Aconcaguą. Dziś rozpoczynam wspinaczkę do pierwszego campu, to jest jakieś 5.100 metrów n.p.m.  Tam zostaję na noc i następnego dnia ruszam jeszcze wyżej na 5.500 metrów n.p.m. do campu drugiego, gdzie też zostaje na noc. Po dwóch dniach wracam na dół do Plaza de Mulas, żeby się zregenerować.

Ł.P.: 3 stycznia 2020 roku dotarłeś na Uhuru Peak w Tanzanii, a więc słynne Kilimandżaro [5.895 metrów n.p.m.], najwyższy szczyt w Afryce. Moje gratulacje!  Jakie to uczucie i co było wyjątkowego dla Ciebie w tym wyzwaniu?

L.M.: Największe wyzwanie oczekiwało mnie po wejściu na szczyt, sama wspinaczka nie zaskoczyła. Okazało się, że na szczycie jest -15 st. C, a mówiono mi cały czas, że temperatura na szczycie będzie maksymalnie -5 st. C. Miałem  nieodpowiednie buty, dlatego marzły mi palce u stóp, ale też nie dostosowane do aury rękawice. Zamiast 5-cio palczastych, powinny być jednopalczaste, czyli ciepłe i puchowe. Nie pomagały chemiczne ogrzewacze, które swoje działanie zakończyły po ośmiu godzinach, więc nie było szans, żeby się dogrzać. Na szczęście, w momencie, gdy zaczęliśmy schodzić zaczęło świecić słońce i temperatura wzrosła. Podczas schodzenia, po Stella Point spotkaliśmy pierwszego wspinacza, który potrzebował pomocy. Był to Japończyk, który bardzo ciężko znosił wysokość. Mamrotał, śmiał się, a to są typowe symptomy choroby wysokościowej. Miał też zbyt ciężki plecak (ok. 20kg). Dałem mu specjalne tabletki, które pomagają przy takim stanie, ocuciliśmy go, ale trzeba było uważać, żeby nie zasypiał. Razem z moim partnerem i przewodnikiem Japończyka na zmianę schodziliśmy z chorym. Przy Gilmans Point, spotkaliśmy kolejną osobę z chorobą wysokościową. Na szczęście nie był w aż tak złym stanie. Jemu też udało nam się pomóc. W taki sposób, uratowaliśmy dwa życia.

Ł.P.: Ile trwały przygotowania, czy pojawiły się jakieś nieprzewidziane zdarzenia, który odcinek był najtrudniejszy?

L.M.: Do tej wyprawy nie przygotowywałem się zbyt długo, ponieważ cały czas utrzymuję formę. Dobrym przetarciem było przejechanie na moim rowerze przez Kenię, m.in. podjeżdżając pod górki Shimba Hills z całym 30-40 kg. sprzętem i ekwipunkiem. Czasem ciężko go było nawet pchać. Niesamowity challang. W  wiosce w Shimba Hills zbiegły się dzieci, które pomogły mi ten rower pchać, a miejscowy pastor dał schronienie i nocleg.

Ł.P.: Proszę opowiedz o zdobyciu Białej Góry, czyli Mont Blanc [4.808,72 m.] w 2015 roku.

L.M.: Biała Góra była moim pierwszym etapem do wejścia po raz drugi na Elbrus, przy próbie ustanowienia nowego rekordu świata, wejścia na oba szczyty i zjazdu z nich na snowboardzie, co też się udało. Mont Blanc to zimna i ciężka góra. Szybko okazało się, że potrzebna była zmiana sprzętu na znacznie cieplejszy, ponieważ ten, który miałem nie nadawał się. Biała Góra jest dosyć stroma. Podejścia przez same początki, do pierwszych schronisk to wspinaczka po wielkich głazach. Od czasu do czasu przechodzi się przez płachty śniegu, na które trzeba uważać, ponieważ można się poślizgnąć i zjechać głową w dół. Jest jeden bardzo trudny odcinek, który trzeba przejść rano, ponieważ przez resztę dni z góry lecą głazy. Non stop. Można najzwyczajniej w świecie oberwać w głowę. Nosi się kask, ale w zderzeniu z taką siłą roztrzaskałby się kask i głowa. 

Szczyt Kilimandżaro / Zdjęcie z Aconcaguy

Ł.P.: Jak to wygląda od strony finansowej i fizycznej?

L.M.: Nie jestem profesjonalnym alpinistą ani himalaistą, raczej nigdy nim nie będę. Może się zdarzyć, że ktoś poprosi mnie o pomoc przy wyprawach w góry, w których już byłem. Z chęcią to zrobię. Na co dzień prowadzę firmę. Zajmuje się sprzedażą prądu i gazu dla klientów biznesowych. Dlatego moja firma to mój główny sponsor.

Przy wyprawie na Mount Blanc i Elbrus, nie miałem dużego wsparcia. Media nie były zainteresowane poparciem mnie przed samą wyprawą. Pewnie też dlatego, że przed moim wyjazdem na Elbrusie zginęło trzech Polaków. Cała moja rodzina myślała, że jestem jednym z nich, bo w tym czasie byłem już w górach, tylko, że na Mount Blanc, dlatego po zejściu dostałem z 500 wiadomości z pytaniem czy żyję. Na szczęście to przykre wydarzenie mnie nie dotknęło. Przyszła mgła i chłopacy, którzy wchodzili niedoświadczeni i nieprzystosowani do takich warunków wpadli w szczelinę i to był koniec. Takie wyprawy są kosztowne. Aby zobrazować kwoty - wyprawa na Elbrus to cena bardzo dobrego nowego samochodu. W kwestii Kilimandżaro i Aconcagua było bardzo podobnie. Inwestuję dużo w media i w media społecznościowe, wszystko po to, żeby na tej bazie później zyskać. Staram się przyciągnąć sponsorów. W przyszłości górskie podboje, chciałbym połączyć z akcjami charytatywnymi skierowanymi głównie na pomoc dzieciom.  Przejeżdżając przez Kenię, spotkałem dzieci, które nie mają nic. Pierwszy raz widziały białego człowieka. Ubrane w porwane koszulki, bez butów. Pastor, który jak może opiekuje się wioską opowiadał, o problemie jaki mają z robakami, które gnieżdżą się pod paznokciami u stóp, tzw. Jiga. Ważna jest kwestia higieny i edukacji. Rodzice tych dzieci sami nie byli nauczeni jak postępować, więc siłą rzeczy dochodzi do schorzeń, które kończą się amputacją stóp.

Nie robię tego dla wielkiego fame'u, ale jest mega miło, gdy mogę o tym opowiadać innym. Moje miasto - Lwówek Śląski i pani burmistrz - Mariola Szczęsna objęli mnie, już ponownie, patronatem na dwa lata. Mam zaproszenie do szkoły po powrocie z wyprawy, aby opowiedzieć o swoich doświadczeniach. Takie rzeczy mnie zachęcają. Chciałbym też pobić kolejne rekordy górskie na rowerze. W tym momencie nie mogę zdradzić o co dokładnie chodzi oraz jak to będzie przebiegać, bo jest na to zbyt wcześnie.

Ł.P.: Co jest trudniejsze dla Ciebie wejście czy zejście? 

L.M.: Trudniejsze zawsze jest zejście. Wchodząc na górę, trzeba mieć świadomość, że jak za bardzo "ciśniesz", może ci zabraknąć sił na zejście. Schodząc w dół kolana dostają ostry wycisk, to jest ogromny wysiłek. Schodząc w dół używam kijków, w odróżnieniu od wejścia na górę. Wtedy trochę odciążam swoje nogi. 75% energii potrzeba na cel, czyli wejście na szczyt. Trzeba zostawić te 25% by szczęśliwie powrócić. To wszystko ma znaczenie. Najwięcej wypadków dzieje się właśnie przy zejścich, co potwierdzają wydarzenia z Kilimandżaro z Japończykami.

Ł.P.: W 2015 roku wspiąłeś się i to dwukrotnie na Elbrus [5.642 metrów n.p.m.], najwyższy szczyt Rosji, aby następnie zjechać z niego na snowboardzie! Na czym polegała ta wyjątkowość, że został pobity rekord Polski i świata wraz z wpisem do Księgi Rekordów Guinnessa?

L.M.: Elbrus nie jest najwyższym szczytem w Rosji. Są tam także 7-mio tysięczniki, zdobywa się tzw. Śnieżną Panterę. Być może za jakiś czas się o nią pokuszę.

Elbrus jest uznawany za najwyższą górę Europy. Jest to dość kontrowersyjny szczyt, bo według Messnera, najwyższą górą jest Mont Blanc, a według himalaistów jest Elbrus. Kiedy zdobywa się wszystkie 7 Summits, czyli 7 najwyższych szczytów, a właściwie 9, czyli włączając te kontrowersyjne na pograniczach trzeba zarówno zdobyć Mont Blanc i Elbrus. To ciężka góra, 5.642 metrów n.p.m. szczyt zachodni i 5.620 metrów n.p.m. szczyt wschodni. To wulkan, który jest rozbity na dwa wierzchołki. Oddalone są od siebie ok. 3 km. w poziomie. Na czym polegał ten rekord? Najpierw wszedłem na wyższy szczyt, zjechałem z niego na Snowboardzie. Wszedłem na szczyt wschodni, co prawda nie do końca, ale to wystarczyło. Wyżej było już bardzo niebezpiecznie. No i zjechałem z niego do bazy. Miałem do pokonania tysiąc metrów zjazdów, udało się. Nikt wcześniej nie zjechał ze szczytu Elbrusa offroadowo na snowboardzie. Wchodziłem od strony rosyjskiej, gdzie największe ryzyko to szczeliny, nawisy śnieżne i lodowe. To nie była bajka. Od strony gruzińskiej jest wyciąg, do 4000 metrów i jest kurort, jeżdżą tam na nartach.

Dzieci w wiosce, które pierwszy raz widziały białego człowieka wraz z Pastorem, Shimba Hills, Kenia / Leszek Mikulski razem z Masajami w Kenii

Ł.P.: Jakie to uczucie jechać na desce snowboardowej z takiej wysokości? 

L.M.: Po cichu się modliłem, żeby jak najszybciej to zrobić. To nie jest łatwa powierzchnia, jadąc w dół jest głęboki śnieg do połowy kolana, którego nie widać. Potem nagle lód, którego nie widać pod warstwą śniegu, dlatego "orła" zaliczyłem kilka razy. Nie jest to jazda jak na stoku, a tym bardziej, że nie byłem w tym czasie wytrawnym snowboardzistą. Sam wobec siebie jestem krytyczny i oceniałem siebie na poziomie "medium". Porwałem się na duży wyczyn. Ogarniało mnie przerażenie, ale i chęć zrobienia czegoś szczególnego. Był taki moment, że mówiłem sam do siebie, żeby zjeżdżać bezpiecznie. Czułem, jak bolą mnie nogi.

Ł.P.: Jak długo zajęło wejście i jaki czas trwał zjazd? Z pewnością miałeś wybrany odcinek na zjazd, a co potem, gdy skończyła się droga, skok ze spadochronem?

L.M.: Dokładnie nie pamiętam, ile to trwało. Gdzieś dwie i pół godziny  Całość 17 godzin i 10 minut Wybrałem tę samą drogę do podejścia, ze względów bezpieczeństwa. Tak czy siak przejeżdżałem między szczelinami, ale trzymałem się swojego śladu.

Ł.P.: Czy ktoś to nagrał i można gdzieś obejrzeć?

L.M.: Film jest na YouTube: Leszek Mikulski. Jest też na Facebooku: MikeLMikulski. Całości nie mam, ponieważ nie udostępniła mi firma, która to nagrywała. Będę to jeszcze montować na nowo. Na Instagramie: mikelmikulski *** też można to zobaczyć.

Ł.P.: Pilot, skoczek spadochronowy, płetwonurek, jak wykorzystujesz te specjalizacje i doświadczenia w życiu codziennym?

L.M.: Byłem skoczkiem 9 lat, odszedłem z linii lotniczych dla których pracowałem. W pewnym momencie czułem się jak kierowca autobusu. A to nie o to mi chodziło. W Dęblinie i szkółkach całkiem inaczej to wyglądało, potem zweryfikowała to rzeczywistość. Nie jestem płetwonurkiem, tylko mam uprawnienia "deepwater paddy", nie jestem instruktorem i raczej nigdy nie będę. Wszystkie umiejętności, które nabyłem wykorzystuję. Czasem jak spotykamy się ze znajomymi, czy na wakacjach, gdzie można wynająć awionetkę. Kiedyś chciałbym kupić  samolot lub helikopter. Milionerem jeszcze nie jestem, więc na razie jest to w sferze planów i marzeń, ale to też stan umysłu, więc na co dzień daję z siebie wszystko. Potem to procentuje i ludzie to zauważają, dzięki temu łatwiej mi jako przedsiębiorcy dogrywać pewne tematy.

Ł.P.: Gdzie zaczęła się właściwie Twoja przygoda, która wprowadziła Cię na tory tego czym zajmujesz się obecnie?

L.M.: Na pewno przełomowy był rok 2011 i 2012, kiedy padły moje firmy. W 2013 r., kiedy to już się odbudowywało, pojechałem właśnie pierwszy raz na Elbrus. Moja praca po 20 godzin dziennie przez 7 dni w tygodniu. Ten 2013 rok był zwrotem, tam zobaczyłem, że sprawdzam się w górach i też jako lider, pomagając wejść na szczyt jednej osobie i później wspierając trzy następne przy schodzeniu. 

Safari, w Lumo Community Wildlife w Kenii / Zanzibar z prawie 200 letnimi żółwiami

Ł.P.: Co oznacza dla Ciebie sport ekstremalny, gdzie się zaczyna, a gdzie jest jego granica? Czy są jakieś zadania wymarzone, których chcesz się jeszcze podjąć i takie, których granic wolisz nie przekraczać? 

L.M.: Całe życie towarzyszą mi emocje i sporty ekstremalne. Pamiętam, jak miałem 18 lat i poinformowałem mamę, że jadę na wycieczkę rowerem do Krakowa, starym rowerem marki Giant. Potem szkoła w Dęblinie - to był już naturalny proces.  Teraz wymyślam sobie kolejne projekty, tak jak teraz: UNAWEZA - Impossible is Nothing. Klimandżaro i Aconcagua expedition 2019/2021. Owszem, ktoś wjeżdżał tutaj rowerem, wnosił rower na plecach. Ja to chcę zrobić w inny sposób, ale jak mówiłem - za wcześnie mówić o szczegółach.

Ł.P.: Jest jeszcze jedna wielka góra, którą zdobyłeś, aż w Argentynie tj. Aconcagua [6960,8 m n.p.m.], najwyższy szczyt Andów, Ameryki Południowej. Kiedy to było i jak przebiegło jego pokonanie?

L.M.: Aconcagua jeszcze nie zdobyłem. Byłem tam wcześniej ze znajomym, ale to był wyjazd koleżeński 10 lat temu. Doszedłem do 4.800 metrów i musiałem zawrócić, bo złapała mnie choroba wysokościowa. Tak, że to będzie moje pierwsze wejście. 

Ł.P.: Po powrocie do Polski poświęcasz czas na zregenerowanie sił, a poza tym, czym wtedy się zajmujesz?

L.M..: W zasadzie nie ma czasu na regeneracje. Będzie na to czas po zejściu. Na szczyt planuję wchodzić we wtorek lub we środę. No i jak Aconcagua mi na to pozwoli to stanę na jej szczycie. Potem zjeżdżam do Mendozy i przepakowanie, czyszczenie sprzętu, pranie. Nie lubię wozić brudnych rzeczy. Wracam jeszcze do Chile, gdzie czeka mój rower. Jadę na tydzień na wyprawę rowerową, na zachodni brzeg, nad Pacyfik. Tam też jest wyspa, gdzie można zobaczyć wieloryby. To będzie wisienka na torcie. 31 stycznia wracam, a 2 lutego powinienem już być w Polsce.

Później? Tydzień czasu poświęcę sobie. Na dopięcie pewnych spraw. Zabieram do siebie synka, spędzimy dużo czasu ze sobą. Później wracam do pracy i spółki. Sprzedaż, zdobywanie nowych klientów.  Na pewno przejrzę wszystkie materiały, szczególnie z kamer GoPro, udostępnię je firmie, która stworzy z tego dwa filmy - o Kilimandżaro i Aconcagui. Powstanie też trailer, o tym, co chcę zrobić za rok.

Na przełomie grudnia i stycznia 2020/2021 będę ponownie na Kilimandżaro. Tym razem rower tylko na sam wjazd. Czeka mnie rok bardzo ciężkiego treningu! Dużo wyrzeczeń i dieta, a także zgłoszenie się do trenerów od MTB.

Ł.P.: Mamy wielu pasjonatów podróży i sportów ekstremalnych, podróżników po świecie. Trudno czy łatwo jest Ci pozyskać fundusze, sponsorów, wsparcie darczyńców, promocję, jak to wszystko ogarniasz? Gdzie jeszcze szukasz pomocy do realizacji swoich marzeń, które są bardzo kosztowne?

L.M.: Wszystko było sponsorowane przeze mnie i mam sponsorów, którzy dali mi zniżki. Teraz jest jeden główny - Giant Polska, który mnie wspiera i dostałem rower wyprawowy i ciuchy z dobrych, oddychających materiałów. Są niezawodne również w górach, bo są wiatro-szczelne. Oczywiście, jest to może szklanka w morzu wydatków, ale zawsze coś. Jestem teraz w górach, po to, żeby je poznać i zdobyć materiał, który by zainteresował sponsorów i entuzjastów. Będę też szukał różnych form finansowania. Faza główna, która będzie w przyszłym roku to koszt kilkuset tysięcy złotych. Także logistyka, sprzęt, uczestnicy.  To naprawdę duża wyprawa, o wielkości tych najbardziej medialnych. Interesuje mnie współpraca długofalowa, bo to nie jest jedyny projekt. Będą kolejne pomysły.

Plaża w Diani Beach z nowo poznanym kolegą / Wyprawa na Zanzibar

Ł.P.: Czy zdarza Ci się, że ktoś Cię w Polsce zaczepi na spacerze i poprosi o zdjęcie, autograf?

L.M.: Teraz jeszcze nie, choć może po powrocie się to zmieni. Bywałem w mojej pierwszej szkole we Lwówku, gdzie byłem zapraszany, to oczywiście były zdjęcia i autografy. W życiu nie rozdałem nigdy tylu podpisów. We Wrocławiu zdarzyło mi się, że taksówkarze mnie rozpoznawali i miałem darmowe kursy. W Warszawie wystąpiłem w jednej z dużych telewizji śniadaniowych i to dało mi dużą rozpoznawalność. Następne dwa lata to walka o firmę, pojawił się też synek, który ma już dwa lata - Maksym. Jest dla kogo pewne rzeczy robić i z kim spędzać czas. Jego mama - Ela, opowiadała jak dorwał ostatnio wizytówkę z moją podobizną i biegał po całym mieszkaniu i krzyczał "tata, tata". Także jest to mega miłe! Jestem dobrym ojcem i partnerem biznesowym, ale nie mam łatwego charakteru. Wymagam bardzo dużo, ale i tym bardziej od siebie samego. Chcę wszystko realizować zgodnie z ustaleniami, szanuję drugą stronę. Gdy tego szacunku zabraknie, kończę temat i idę dalej. 

Ł.P.: Zdradziłeś w naszej rozmowie gdzie obecnie przebywasz, ale co obecnie planujesz, jakie nowe wyzwanie?

L.M.: W tej chwili jest godzina 9:50, wysokość 4.341 metrów, przez godzinę odpowiadam Twoje na pytania. Zaraz będzie dobre śniadanie, dużo wody i ruszam do campu pierwszego, ale o tym już mówiłem na początku naszej rozmowy. Przede mną do zdobycia Aconcagua. Trzymajcie kciuki!

Ł.P.: Możemy spodziewać się książki o Twoich przygodach?

L.M.: Tak, na pewno coś napiszę. Realizuję też projekt szkoleniowy na kolejne dwa lata. Zaraz po powrocie mam szkolenie w Amsterdamie przez 4 dni. Szkolę się u najlepszych. We wszystkim co robię, chcę się uczyć od najlepszych. Oczywiście czasem się nie da, ale po to mamy internet. Bardzo chcę się rozwijać interpersonalnie i biznesowo. Inteligencja emocjonalna jest tu też mega istotna. Książka pewnie się pojawi w ciągu najbliższych dwóch lat. Wszystko nagrywam na dyktafon, także swoje przemyślenia. Czasem jest tam mix i niepoprawna polszczyzna, ale to ma oddawać moje emocje. Książka będzie bardziej przewodnikiem po tym co robiłem i zachętą, aby się nie poddawać, iść do przodu. Trzeba zakasać rękawy i nie zatrzymywać się. Nie wszystko jest jeszcze u mnie poukładane, ale to proces. 

Ł.P. Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów przy realizacji kolejnych wyzwań i marzeń.
 

Łukasz Przelaskowski
 
 
..... P.S. Kilka dni po naszej rozmowie Leszek Mikulski zdobył Aconcagua. Oto zdjęcie ze szczytu.


Łukasz Przelaskowski - absolwent Instytutu Historii Uniwersytetu Opolskiego. Prezes Fundacji Rodu Przelaskowskich herbu Szreniawa. Redaktor Naczelny kwartalnika historyczno-naukowego Młody Szreniawa. W 2016 roku zamieszkał w Holandii, gdzie w wolnych chwilach pracuje jako wolontariusz w Polskiej Szkole w Groningen. Łączy podróże z konkursami fotograficznymi, pisze i publikuje książki oraz poezję.
 


PANORAMA - MAGAZYN RADIA POLONIA CFMB 1280 AM, MONTREAL, KANADA
Tel: (514) 367-1224, (514) 963-1080, E-mail: kontakt@panoramanews.org
Designed and maintained by Andrzej Leszczewicz
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
ZALOGUJ SIĘ