.
NUMER 11 / KWIECIEŃ 2020

Wydawcą magazynu PANORAMA jest 
Radio Polonia - CFMB1280 AM w Montrealu

Adres do korespondencji: 

MAGAZYN PANORAMA
6625, 38e Avenue, Suite 5 
Montreal, Qc
H1T 2X8 

E-mail: kontakt@panoramanews.org

Tel. (514) 367-1224 
Tel. (514) 963-1080
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Emigracyjne drogi (cz. 11) 

Wiedeń...Początki

Znaleźliśmy się w Wiedniu. Dostaliśmy rządowe zakwaterowanie w Hotelu Laxenburg, w 10 dzielnicy (Bezirk'u) na Laxenburger Strasse, która prowadziła liniami tramwajowymi od Sudbahnhof (Południowego Dworca kolejowego) do placu Reumannplatz i dalej do Nordbahnhof. Hotel Laxenburg ledwie zasługiwał na nazwę hotelu - była to stara obskurna kamienica w rzędzie innych, podobnych, z nudnymi na szaro otynkowanymi ścianami, frontem do hałaśliwej ulicy. Hotel znajdował się na drugim i trzecim piętrze, a na pierwszym mieściło się jedno z biur rządzącej wówczas partii politycznej, o której Sepp z pogardą mówił "Die Sozialisten". Do części hotelowej można było dostać się dzięki maleńkiej, ciasnej windzie z której wychodziło się wprost na portiernię. W recepcji pracowała młoda Polka oraz Martin - wysoki, chudy mężczyzna. Wkrótce Polka została zwolniona i został tylko Martin - Jugosłowianin, totumfacki właściciela hotelu, odpowiedzialny za całą obsługę. Właściciel hotelu, nalany, obskurny, zawsze ponury, pokazywał się rzadko; nie miał potrzeby dbać o nic, pieniądze dostawał tak czy inaczej, więc już i tak obskurny hotel stał się wkrótce jeszcze bardziej obskurny. (Joleczka, gdy już nie mogła znieść naniesionego brudu, od widoku, którego nikogo, poza nią, nie bolały oczy, od czasu do czasu sama czyściła dywan na korytarzu.) Hotel Laxenburg był zamieszkany teraz wyłącznie przez polskich uchodźców przyjętych na stałe do Austrii. W naszym pokoju były cztery łóżka, mały stolik z krzesełkiem i o dziwo, maleńka łazienka z prysznicem i umywalką (cóż za luksus!), ale bez ubikacji. Okno wychodziło na zakurzoną ulicę, na której nieustannie przez całą dobę jęczały tramwaje, warczały ruszające ze świateł samochody i motocykle. Przez kilka tygodni, po nocach, by nie tamować ruchu, naprawiano jezdnię, więc do późna w nocy i z samego rana łomotały młoty pneumatyczne. 

W pokoju zmieściliśmy się bez trudu, nie mieliśmy wtedy jeszcze żadnych dóbr i pokornie przyjmowaliśmy wszelkie dary losu. A los był dla nas wielkoduszny: prócz zakwaterowania w hotelu otrzymaliśmy również całodzienne wyżywienie, symboliczne (równowartość $10) kieszonkowe na miesięczne wydatki oraz obowiązkowy kurs języka niemieckiego. Po około sześciu miesiącach obiecano nam, że otrzymamy przydział na mieszkanie. Mieliśmy oficjalne pozwolenie na pracę, jak również prawo do, lub raczej nakaz, oficjalnego zameldowania się w Austrii. Żywność hotelowa, podawana w niewielkiej jadalni, była standardowa dla wszystkich: śniadania z dwiema świeżymi(!) bułeczkami, maleńkim pudełeczkiem masła, marmoladą i kubkiem kawy z mlekiem. Obiady i kolacje dostarczane z jakiejś, chyba najtańszej kantyny, w porcjach zapakowanych jak w samolotach, w aluminiowe pudełka. Nie było mowy o wyborze dań, zrezygnowaliśmy wówczas z naszej diety wegetariańskiej, tym bardziej, że nasze przekonanie o słuszności filozofii tej diety znacznie się osłabiło wobec nowych doświadczeń i praktyk duchowych. Siedem lat wegetarianizmu pozostawiło nam jednak po sobie na zawsze bardzo dobre doświadczenie. Jedynie w czasie postu wielkanocnego, kiedy to przyjęliśmy zasadę nie jedzenia w ciągu dnia aż do wieczora, udałem się do szefa hotelu, by mu oznajmić, że na czas postu rezygnujemy z obiadów, i poprosiłem, by je zamienić na codzienną porcję owoców dla całej naszej rodziny. Szef hotelu, aczkolwiek zdumiony, o dziwo, zgodził się i to nawet chętnie. Zastanawiałem się później nad tą jego chęcią współpracy w tej materii: czy zostało podyktowane zaskoczeniem religijną niezwykłością takiej prośby, czy też dlatego, że mógł w ten sposób zaoszczędzić na nas parę szylingów. Cokolwiek jednak nim kierowało aż do Wielkanocy, codziennie w zamian za obiady dostawaliśmy spory koszyk świeżych owoców.
 

Wiedeńskie życie i niuanse językowe

Przed kursem języka niemieckiego zrobiono nam ewaluację wstępną i przydzielono  do grupy zaawansowanej. Razem z nami było tam jeszcze z piętnaście innych osób. Kurs odbywał się w dzielnicowym domu kultury oddalonym o 15 minut piechotą od naszego hotelu. Po drodze mijaliśmy kawiarnię z dużą witryną, w której wyłożone były wykwintne austriackie ciasta, ciasteczka i czekoladki. Z daleka już pachniało wiedeńską kawą z ekspresu. Mogliśmy sobie tylko na te wspaniałości popatrzeć, powąchać i powzdychać, w najmniejszej mierze nie było nas stać na takie luksusy.

Na czas kursu, małe dzieci, w tym Magunia i Krzyś, jeździły autobusem do przedszkola, te większe zaś szły do szkoły. 

Zajęcia na kursie niemieckiego były codziennie od ósmej do szesnastej z przerwą na obiad. Uczestnictwo w lekcjach było sprawdzane z biurokratyczną, austriacką skrupulatnością, a nieobecność bez solidnego usprawiedliwienia groziła wydaleniem z kursu z pozbawieniem wszelkich związanych z tym przywilejów imigranta. Nas się to nie tyczyło, bo byliśmy zdeterminowani udoskonalić nasz niemiecki, nie tylko by zwiększyć szanse pracowania w zawodzie, ale również dla samej przyjemności uczenia się. 

Dla większości kursantów nauka języka była prawdziwą męczarnią. Wysiadywanie w klasie, dukanie słówek, uczenie się gramatyki, gdy tam czekały pola, farmy, fabryki, w których do kieszeni robotników wpadały cenne szylingi, było czymś nie do zniesienia; niektórzy więc rezygnowali z kursu, gdy tylko nadarzyła się jakaś okazja do pracy i natychmiastowego zarobku. My zaś z Joleczką szukaliśmy każdej okazji, by rozmawiać po niemiecku, rozumieć wyrafinowane zdania i umieć wyrażać skomplikowane myśli czy uczucia. Na lekcjach często wypytywaliśmy naszych instruktorów o coraz bardziej zawikłane niuanse językowe czy wyrażenia. Chętnie opowiadaliśmy historyjki, a jedną z nich zakończyłem zdaniem: "Endlich, habe ich mich satisfiert.", co według mnie miało oznaczać: "W końcu byłem z siebie zadowolony". Instruktor roześmiał się i powiedział żartobliwie, że chyba nie miałem tego na myśli, co powiedziałem.

- Jak to! – żachnąłem się. – Właśnie to miałem na myśli, wreszcie byłem zadowolony z tego, co zrobiłem.

- No właśnie. – wyjaśnił instruktor – może chciałeś to powiedzieć, ale zabrzmiało jak: "wreszcie mogłem się masturbować".

Pragnęliśmy się nauczyć obcego języka, jego niuansów i pułapek. Nie chcieliśmy być inwalidami umysłowymi w tym kraju, chcieliśmy czuć jego język, chcieliśmy nim myśleć, bo wiedzieliśmy, że będziemy posługiwać się nim na co dzień. Rozwijaliśmy więc nie raz dyskusje nad znaczeniem jakiegoś słowa w przeróżnych sytuacjach i kontekstach, nieświadomi, że może to być źle widziane przez innych uczestników kursu. 

Któregoś razu, zazwyczaj małomówny Aleksander zerwał się ze swojej ławki: - Ja już mam tego dość! - wykrzyknął mieszaniną niemieckiego i polskiego. - Nic tylko siedzę tu całymi dniami i godzinami i wysłuchuję jaka jest różnica pomiędzy "genissen" a..., albo... jak się wymawia "u" a jak "u-umlaut"... Ja tu przychodzę codziennie i tracę czas na takie głupoty. Ja potrzebuję wiedzieć jak jest po niemiecku "młotek", "obcęgi", "gwoździe"!!!

Dyskusja toczyła się jeszcze potem na przerwie na korytarzu, gdy podeszliśmy do Aleksandra, by o tym pogadać. Zrobiła się grupka tych, którzy byli za nami i za naszym sposobem uczenia się, ale także i grupka tych, którzy wspierali Aleksandra i jego potrzebę poznania tylko witalnych w życiu słów.

- Słuchajcie no - mówił Aleksander - ja jestem człowiek prosty, ja tu przyjechałem do roboty, zarabiać pieniądze na rodzinę, na codzienne życie. Mnie to nie obchodzi, jak się pisze to, a jak się wymawia tamto. Mnie to nie potrzebne ani do roboty, ani do życia, książki po niemiecku nie będę pisać. Ja mam rodzinę na utrzymaniu. 

Słuchałem Aleksandra uważnie, zrozumiałem, że to było jego życie. Ja miałem swoje życie i swoje argumenty, więc może dałoby się to jakoś pogodzić... i jakoś to godziliśmy, dzień po dniu, dzień po dniu... W końcu Joleczka i ja mieliśmy nasze, stopniowo rozrastające się, koło przyjaciół od zawsze lub od dawna zamieszkałych w Austrii, nasz język niemiecki, również dzięki nim, stawał się on coraz bogatszy, płynniejszy, bardziej  wyrafinowany.
 

Austriacka biurokracja

Poprzez nakaz zameldowania zetknęliśmy się po raz pierwszy z austriacką biurokracją. Udaliśmy się do biura meldunkowego, które okazało się być integralną częścią policji miejskiej i mieściło się w komisariacie. Zanim znaleźliśmy i dotarliśmy do właściwego urzędnika, musieliśmy zgłosić się do recepcji za kratą i kulo-odporną szybą z ponurym, znudzonym policjantem niższej rangi. Musieliśmy wykrzyczeć przez podwójne okienko, do którego trzeba się było pokornie schylać, cel naszej wizyty. Przemierzaliśmy długie, posępne korytarze wymijając policjantów prowadzących prostytutki, pijaków i kryminalistów. Biuro meldunkowe było podzielone na dwa oddziały: jeden dla Austriaków, a drugi dla Ausländer – obcokrajowców (słowo to w naszych umysłach było już teraz na zawsze połączone z "raus" w napisach widywanych na co dzień Ausländer raus!!!). Podział ten natychmiast tworzył w nas poczucie inności, nie-przynależności i w naszym przypadku podrzędności a następnie poniżenia, które rosło w miarę bezsilnego czekania na długim korytarzu, w długiej kolejce, przed drzwiami biura, w którym przyjmował Pan Urzędnik. Nierzadko jeden Pan Urzędnik wysyłał petenta do innego Pana Urzędnika na innym korytarzu i do innej kolejki. Miałem nieustanne poczucie, że jestem w świecie Franza Kafki. W przeciągu kilku godzin czekania i załatwiania zostaliśmy w końcu posiadaczami Meldezettel für Ausländer (Karty meldunkowej dla obcokrajowców). Poczucie ulgi ustąpiło przerażeniu, gdy dowiedzieliśmy się, że ów Meldezettel ma ważność maksimum 3 miesiące i po ich upływie, do załatwiania czegokolwiek byliśmy zobowiązani wyrabiać nowy, świeży Meldezettel, znów czekając na korytarzach policji miejskiej w długich kolejkach dla Ausländer. Inną lekcją biurokracji było załatwianie austriackiego prawa jazdy (Führerschein). Nasz pobyt czasowy się skończył a wraz z nim prawo używania naszego polskiego prawa jazdy.

Postanowiliśmy wyrobić sobie austriackie prawa jazdy na wypadek, gdyby kiedyś trzeba było poprowadzić jakiś samochód. Nie myśleliśmy wetdy jeszcze o naszym własnym, bo nie bardzo wyobrażaliśmy sobie, że kiedykolwiek na taki zarobimy. Aby uzyskać Führerschein potrzebne było poświadczone tłumaczenie na niemiecki polskiego prawa jazdy, a także oświadczenie rdzennego Austriaka, że prowadziliśmy już austriacki samochód. Zdobyliśmy notarialne tłumaczenie naszych polskich praw jazdy. Sepp napisał oświadczenie, że prowadziliśmy jego samochód w Burgenland, ale okazało się to niewystarczające, bo przepisy wymagały, abyśmy, jako mieszkańcy Wiednia, prowadzili samochód po Wiedniu. Ja się zniechęciłem do tej sprawy, nie chciałem bowiem ani prosić Seppa o napisanie nieprawdy (chociaż on był gotów to zrobić), ani też sam nie chciałem kłamać. Joleczka nie dała za wygraną, poskarżyła się na tę sytuację znajomym i zaprzyjaźniona Maria natychmiast wyprodukowała wymagane oświadczenie. Bez zwłoki, Joleczka załatwiła swoje prawo jazdy i namawia mnie, bym i ja również to zrobił. Udałem się więc do odpowiedniego urzędu. Nie chciałem jednak kłamać - takie miałem zasady i nie chciałem ich łamać, tylko po to, aby ułatwić sobie w ten sposób załatwienie Führerschein. Mimo protestów Joleczki, która uważała, że nie powinienem "komplikować sprawy", byłem zdecydowany mówić prawdę. Stanąłem przed urzędniczką. Wręczyłem jej notarialne tłumaczenie polskiego prawa jazdy oraz oba papiery z zaświadczeniami, jeden od Seppa z Burgenland a drugi od Marii z Wiednia.

- Oto - powiedziałem - dwa oświadczenia. Tu jest jedno, prawdziwe, którego jednak nie przyjęliście, a tu jest drugie, które jest nieprawdziwe, ale za to spełniające wasze wymagania. Urzędniczka spojrzała na mnie zdumiona, nie była pewna, czy dobrze zrozumiała mój niemiecki. Popatrzyła na jeden papier, popatrzyła na drugi papier, popatrzyła znowu na mnie:

- Nie rozumiem, o co panu chodzi. Ja tylko potrzebuję jeden papier... ten! – wskazała na papier od Marii.

- No tak. – powtórzyłem na nowo – ale, jak już mówiłem, ten papier jest nie całkiem prawdziwy, napisany tylko dlatego, że wasze biuro odrzuciło ten pierwszy papier, który jest prawdziwy.
Urzędniczka była skonfundowana. Spojrzała na mnie, uchodźcę, mówiącego wybrakowanym niemieckim i na oba dokumenty napisane przez prawdziwych Austriaków. Wzruszyła ramionami, szybkim ruchem włożyła do teczki moje prawo jazdy i oświadczenie Marii.

- Tego papieru nie potrzebuję – powiedziała zdecydowanym tonem i wręczyła mi papier Seppa.
Wypełniła przygotowane druczki, z głośnym stukiem podbiła wymagane stemple i podała mi mój nowiutki austriacki Führerschein.

Tuż za mną stał inny Polak, masywny, młody człowiek o wiejskiej aparycji. Przestępował niepewnie z nogi na nogę i jednocześnie próbował robić wrażenie człowieka pewnego siebie i zdecydowanego. Jego dół wskazywał na onieśmielenie, jego góra próbowała okazać odważne zdeterminowanie. Widziałem, że coś tu nie gra i postanowiłem chwilę zaczekać, na wypadek, gdyby potrzebował pomocy. Młodzieniec podszedł do urzędniczki desperacko zdecydowanym krokiem, wysunął w jej kierunku dłoń z rozłożonym polskim prawem jazdy, opatrzonym jego zdjęciem.

- Sztempel byte!! – powiedział twardym nieznoszącym sprzeciwu głosem.

Na to urzędniczka, spokojnym, grzecznym tonem wyjaśniła mu wymaganą procedurę: że musi pójść do biura notarialnego, dać sobie przetłumaczyć prawo jazdy, a także, że powinien przynieść potwierdzenie Austriaka, że faktycznie jeździł już po Wiedniu samochodem.

Młody człowiek wydawał się słuchać z uwagą tego, co mówi urzędniczka, ale gdy tylko skończyła, wyciągnął rękę jeszcze dalej w jej kierunku i powtórzył nieco głośniej i z lekka zniecierpliwiony:

- Sztempel byte!

Urzędniczka, z niezmąconym spokojem, nieco wolniej i wyraźniej powtórzyła całą wymaganą procedurę. Młody człowiek na to wycofał rękę wraz ze swym prawem jazdy, potoczył gniewnym wzrokiem po urzędnikach i po stojących w kolejce petentach:

- Osz kurwa! Ta głupia baba nic nie rozumie. Pierdolę to wszystko i ten cały kasztański interes!!!...

I wyszedł trzaskając drzwiami. 
 

Jan Duniewicz


Jan Duniewicz - magister inżynier elektronik (Politechnika Warszawska). Pracował na kierowniczych stanowiskach w firmach informatycznych. Był zatrudniony w rządzie kanadyjskim: Industry Canada, Treasury Board. Doradca międzynarodowy w biznesie, leadership i transformacji osobistej. Pasjonat pisarstwa interaktywnego.(Montreal)


PANORAMA - MAGAZYN RADIA POLONIA CFMB 1280 AM, MONTREAL, KANADA
Tel: (514) 367-1224, (514) 963-1080, E-mail: kontakt@panoramanews.org
Designed and maintained by Andrzej Leszczewicz
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
ZALOGUJ SIĘ