| Życie zwielokrotnione
(cz. 9)
Ad futuram rei memoriam
Aresztowania, strajki, podziemne
struktury "Solidarności" i emigracja - życie Krzysztofa Jagielskiego to
kronika walki o wolność, które splatają się z jego twórczością literacką,
politycznym zaangażowaniem i codziennymi wyzwaniami na obczyźnie.
W 1969 roku aresztuje mnie Kontrwywiad
Wojskowy, na statku MS Boginka, w czasie wpływania do portu w Gdańsku.
To wynik donosu na mnie pierwszego oficera P. Prawdopodobnie przygotowywano
widowiskowy proces pokazowy szpiegów i zdrajców PRL, rekrutowanych przez
CIA pośród marynarzy. Postawiono mi zarzut z paragrafu przestępstwa dewizowego.
Wypuszczono za kaucją. Uratował mnie
tow. Wiesław, który ogłosił amnestię z okazji 22 Lipca. Informacja Wojskowa
nie zdążyła przekwalifikować zarzutów na inne ścigane prawem czyny.
W tym samym roku na skutek reorganizacji
floty handlowej przeniesiony zostaję do Polskich Linii Oceanicznych. 25
sierpnia 1980 roku zostaję z wyboru Przewodniczącym Komitetu Strajkowego
w PLO, w oddziale szczecińskim.
Po podpisaniu Porozumień Szczecińskich,
Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z Rządem 30 sierpnia, przewodniczę
dalej Komisji Robotniczej PLO do czasu wolnych wyborów w NSZZ "Solidarność".
Zostaję członkiem Prezydium Międzyzakładowej Komisji Robotniczej Pomorza
Zachodniego.
Zostaję wybrany do Ogólnopolskiej
Komisji Wyborczej NSZZ "Solidarność". Z wyboru pełnię funkcję Przewodniczącego
Komisji Wyborczej Pomorza Zachodniego.
Zrzekam się obydwu funkcji, bo zamierzam
kandydować do Zarządu Regionu i na delegata na I Zjazd NSZZ "Solidarność".
W czasie pierwszych wolnych wyborów
związkowych, zostaję wybrany do: Prezydium Komisji Zakładowej PLO NSZZ
"Solidarność", do Zarządu Regionu Pomorza Zachodniego NSZZ" Solidarność"
jako delegat Pomorza Zachodniego na I Zjazd NSZZ "Solidarność" w Gdańsku-
Oliwie.
Biorę udział w Krajowej Komisji
Zjazdowej przygotowującej I Zjazd NSZZ "Solidarność" w Gdańsku- Oliwie.
Uczestniczę w Zjeździe jako delegat Pomorza Zachodniego.
W Szczecinie opracowuję i powołuję
do życia system szybkiej informacji i łączności "ABC", wzorowany na strukturach
Armii Krajowej. To także na wypadek stanu wojennego, gdyby NSZZ "Solidarność"
został unicestwiony. Niestety brak wyobraźni i zwyczajne lekceważenie przestrzegania
podstawowych reguł systemu spowodowały, że ten przestał działać już od
pierwszego dnia stanu wojennego.
Równolegle pracowałem nad powstaniem
"Obywatelskich Komitetów Obrony Społecznej" na zasadzie współpracy wszystkich
obywateli i instytucji w danej dzielnicy. Byłyby przygotowaniem społeczeństwa
do przyszłych wolnych wyborów.
Byłem ojcem Związkowego Parlamentu
Pomorza Zachodniego, jedynego w Polsce, opracowując jego statut, nakreślając
cele działania i doprowadzając do jego powstania. Miał być szkołą dla przyszłych
parlamentarzystów w wolnej Polsce.
13 grudnia 1981 roku, po północy
na wieść o wprowadzeniu stanu wojennego uciekłem z domu i zatrzymałem się
u strajkujących studentów Akademii Rolniczej. Przejąłem dowodzenie i nad
ranem zawiesiłem strajk, prosząc studentów by przyszli do Stoczni Szczecińskiej.
Wieczorem i ja tam dotarłem. Zasiliłem
skład Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego NSZZ "Solidarność" Pomorza
Zachodniego. Zgodnie ze statutem ogłosiliśmy strajk generalny.
Z 14 na 15 grudnia po pacyfikacji
Stoczni przez ZOMO i wojsko, pod dowództwem generała Szumskiego, nagrodzonego
za to doradzaniem prezydentowi Kwaśniewskiemu, zostałem razem z wieloma
działaczami aresztowany przez Służbę Bezpieczeństwa i osadzony w areszcie
na Małopolskiej.
Wyselekcjonowaną przez funkcjonariusza
SB Jerzego Łagowskiego jedenastkę członków Komitetu Strajkowego przewieziono
do aresztu KWMO w Bydgoszczy i postawiono przed Sądem Wojskowym. Po przeszło
trzech miesiącach ogłoszono wyrok. Sześciu otrzymało od pięciu do jednego
i pół roku więzienia. Mnie i pozostałą piątkę zwolniono z powodu niskiej
społecznej szkodliwości popełnionego czynu.
Do celi, którą dzieliłem z Janem
Denisewiczem, przydzielono jeszcze jednego lokatora, młodego, sympatycznego
chłopaka, maturzystę, który zajmował się podziemną poligrafią, Piotra Najsztuba,
dzisiejszego naczelnego redaktora "Przekroju". Widocznie przypadliśmy sobie
do serca, bo przed samym wyjazdem do Niemiec, podarował nam pokaźnych rozmiarów
namalowane wspaniałym pędzlem portrety - Magdaleny i mój.
Pracowałem nadal w PLO, ale miałem
zakaz okrętowania. Wielokrotnie byłem wzywany na przesłuchania, aresztowany
to na dwadzieścia cztery, to na czterdzieści osiem godzin przez funkcjonariusza
SB, opiekuna zakładowego, Mariana Kłosa. Bywał też z kolegami u mnie w
domu na ulicy Tatrzańskiej 6, dokonując skrupulatnych rewizji. Myślę, że
nawet wbrew prawu wtedy obowiązującemu. Sąsiadka z parteru chętnie udostępniała
im swoje mieszkanie na potrzeby operacyjne, najczęściej do obserwacji mojej
skromnej osoby.
Nie zapomnę nigdy jak w złości krzyczała
na mnie: - Ty cwaniaczku solidarnościowy! Obydwaj funkcjonariusze Kłos
i Łagowski, za swoje zasługi w organizacji przestępczej jakim była Służba
Bezpieczeństwa, zostali pozytywnie zweryfikowani do dalszej pracy w policji.
3 września 1982 roku Magdalena została
zwolniona z pracy w PŻM przez dyrektora, a raczej Kierownika Jednostki
Zmilitaryzowanej Ryszarda Kargera za to, że była moją żoną. W kontrasygnacie
podpisała się także Kierownik Działu Kadr Lądowych Zofia Wierzchowska.
13 maja 1983 roku rodzi się moja
wnuczka Balbina, Monika córka Tibora i Ewy Mazurek.
23 czerwca 1983 roku żegnani przez
licznych przyjaciół na przystani w Świnoujściu, z paszportami w jedna stronę,
cała nasza rodzina opuszcza Polskę promem "Wilanów", przypuszczając wtedy,
że na zawsze. Ja emigruję z powodów politycznych. Magdalena z dziećmi w
ramach łączenia rodzin. Jej rodzice i brat mieszkają w RFN, w Berlinie
Zachodnim. To ułatwia nam zabranie ze sobą wyposażenia mieszkania i rzeczy
osobistych. Ekspediujemy je do Niemiec wynajętym samochodem ciężarowym.
24 czerwca meldujemy się w obozie
przejściowym dla uchodźców w Friedlandzie w Niemieckiej Republice Federalnej,
a w dniu moich urodzin 28 tegoż miesiąca przyjmują nas w Berlinie Zachodnim,
także w obozie przejściowym dla uchodźców na Marienfelder Allee.
Otrzymujemy obywatelstwo niemieckie,
zachowując polskie.
W tym miejscu chciałbym podziękować
Niemcom za szczególną troskę i opiekę jakiej doznaliśmy po przyjeździe.
Pozwoliła nam przeżyć najtrudniejsze chwile adaptacji.
Po półrocznym pobycie na Marienfeldr
Allee przenosimy się do wybranego przez nas socjalnego mieszkania, na ulicy
Neukollner Str. 266. Tibor otrzymuje osobne mieszkanie. Oboje z Magdaleną
korzystamy z zasiłku dla bezrobotnych. Tibor wznawia studia socjologiczne
na Uniwersytecie, a Tomasz idzie do szkoły.
Staram się bezskutecznie o pracę
kucharza, bo stanowisko ochmistrza jest znane tylko we flocie socjalistycznej,
wysyłając ponad pięćset ofert do armatorów na całym świecie. Niemiecka
flota handlowa masowo przechodzi pod tak zwaną "tanią flagę" a zatrudnienie
się na takich "pirackich" statkach równałoby się samobójstwu. Czas otrzymywania
zasiłku dla bezrobotnych dobiega końca, a zasady nie pozwalają mi na korzystanie
z pomocy socjalnej. Moja znajomość języka niemieckiego nie jest zbyt dobra,
a poza tym nie mam żadnego innego wykształcenia jak "morskie". Co robić?
Dzięki protekcji dostaję pracę jako
akordowy robotnik fizyczny w Państwowej Manufakturze Porcelany. Pracuję
w dziale wyrobu masy porcelanowej, z której na dalszych etapach produkcji
"lepi się" garnki. Mimo, że mam do pomocy maszyny, praca jest ręczna. Tego
wymaga szyld tej fabryki. Manufaktura. Wyroby jej są tak cenne jak porcelany
miśnieńskiej czy Rosenthala.
W wieku czterdziestu dziewięciu lat
podejmuję morderczą pracę fizyczną. Nie dałem się "śmierci", chociaż pół
roku płakałem i nie spałem z powodu bólu mięśni. Ciężko pracowałem w fabryce
trzy lata, ale też godziwie zarabiałem.
Odsyłam do mojej drugiej książki
"Karczma pod Krzywym Ryjem" wydanej w roku 2001 przez wydawnictwo Cindarella
Books. Jest to zbiór opowiadań pisanych w czasie mojego pobytu w Berlinie.
W wielu z nich można odnaleźć wątki autobiograficzne.
Nie zaprzestałem działalności politycznej.
Możliwości i efekty miałem jednak prawie zerowe. Emigranci z "Solidarności"
zatrzymywali się na krótko w Berlinie i rozjeżdżali po całym świecie. Mimo
dawanych sobie obietnic o stałym kontakcie, rwał się on natychmiast. Nie
usprawiedliwia tego nawet ciężkie, pełne stresów przystosowywanie się do
nowych warunków życia.
Grupa Polaków liczyła sobie w Berlinie
około dwadzieścia tysięcy. Byli to jednak tak zwani "tolerowani", którzy
dostali zgodę na czasowy pobyt z perspektywą pozostania na stałe. Byli
także "przesiedleńcy", tacy jak my, to znaczy połączeni z rodzinami.
Dziewięćdziesiąt procent polskich
mieszkańców Berlina zadowolona była z warunków panujących w Polsce, gdyż
przeważająca większość posiadała paszporty konsularne i pobierając tutaj
zasiłek socjalny, znakomitą część czasu (popełniając przestępstwo według
prawa niemieckiego) spędzała w kraju, udając krezusów. Powodował to "czarny"
przelicznik marki na złotówki.
Ci co jednak przejawiali chęć politykowania
rozbici byli na drobniutkie grupki, o nikłych możliwościach działania,
a do tego śmiertelnie skłóceni. To zjawisko, powtarzające się od zarania
polskich emigracji, nabrało już cech patologicznych. Myślałem wtedy, że
to jest symptomatyczne tylko dla emigrantów. Teraz jestem pewny, że jest
to cecha naszego charakteru narodowego.
Porwałem się z motyką na słońce.
Powołałem do życia Emigracyjny Klub "Solidarność" obejmujący swoim zasięgiem
cały świat. Idea była piękna: skoordynować działania emigrantów NSZZ "Solidarność"
na rzecz niepodległości Polski, blisko współpracować z organizacjami Armii
Krajowej i "starej emigracji".
Przeszkody organizacyjne przekraczały
moje możliwości i moich finansów. Gdyby w owym czasie istniał internet,
mimo wielu trudności na jakie natrafiałem, dałbym radę! Ale gdyby babcia
miała wąsy!
Biuro Koordynacyjne w Brukseli nie
wsparło mnie. Dzisiaj wiadomo, że oprócz CIA byli tam też agenci KGB z
Polski. Gdy w Paryżu podobną mojemu klubowi organizację zaczął tworzyć
opozycjonista Chojecki z dużymi koneksjami, wysłałem do niego list akcesyjny
bez żadnych warunków, zwyczajnie przekazując siebie i klub. Nie dostałem
żadnej odpowiedzi. Po perturbacjach organizacyjnych, Emigracyjny Klub "Solidarność"
został rozwiązany, a dokumentację przekazałem Uniwersytetowi Stanforda
w USA.
Berlin Zachodni był jedynym miejscem
za żelazna kurtyną, do którego obywatel polski nie musiał posiadać wizy
wjazdowej. Wobec tego do Berlina waliły tłumy.
Pociągi były zapchane. Naprzeciwko
Filharmonii rozłożył się "polski rynek" nazywany tak przez Berlińczyków.
Sprzedawano tam dosłownie wszystko: od wódki, papierosów, kiełbasy po drewniane
łyżki. Handel był nielegalny, ale tolerowany przez władze miasta.
Przez dziesięć lat interesowało się
nami dziesiątki osób. Zgromadziłem ogromną szufladę listów. Pamiętała o
nas nie tylko rodzina, ale bliscy znajomi, znajomych znajomi i osoby polecane.
Zapewnialiśmy im w miarę naszych możliwości dobry dach nad głową z całodziennym
wyżywieniem i ze zwiedzaniem miasta.
Bardzo nas wszyscy wtedy kochali
i w rewanżu zapraszali do siebie, do Polski wiedząc, że jest to dla nas
niemożliwe. Przyjeżdżali tajni kurierzy z podziemia szczecińskiego z różnymi
zamówieniami. Tylko, że nie mieli na to pieniędzy. Czasami, zmęczeni gośćmi,
udawaliśmy, że nas nie ma w domu.
Niespodziewanie mur berliński runął
i naturalną rzeczy koleją zrobiło się pusto. Listów nie przybywało, rodzina
miała wiele innych spraw na głowie, przyjaciele i znajomi zajęli się transformacją.
Dzisiaj w Szczecinie, gdzie czasowo przebywam, nikt jakoś nie kwapi się
by mnie zaprosić. Telefon milczy. Kto zauważy średniozamożnego emeryta,
już nikomu niepotrzebnego?
Krzysztof Jagielski - pisarz,
członek Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie - Londyn, działacz ZZ "Solidarność"
w Szczecinie.
POPRZEDNIE
CZĘŚCI
|