.

MAGAZYN PANORAMA
352 Bergevin, Suite 6 
Lasalle, Qc
H8R 3M3 

E-mail: kontakt@panoramanews.org

Tel. (514) 367-1224 
Tel. (514) 963-1080



 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Emigracyjne drogi - Kanada (cz. 25)

Montreal innymi oczami...

Pierwsze kroki w nowym mieście zawsze są pełne zachwytu i zaskoczeń. 

Jakoś wkrótce po naszym przybyciu do Kanady, którejś z pierwszych montrealskich niedziel, nasi przyjaciele Czesia i Tolek zabrali nas na samochodową wycieczkę po mieście. Chcieli pokazać nam ciekawe dzielnice i podzielić się praktycznymi poradami z życia w Montrealu: gdzie szukać mieszkania, a gdzie nie szukać, gdzie co kupować, a gdzie nie kupować, co zwiedzać, a czego unikać.

Między innymi odwiedziliśmy dzielnicę żydowską, gdzie po raz pierwszy w życiu zobaczyłem na żywo to, co dotąd znałem tylko z filmów: ortodoksyjnych Żydów w znoszonych czarnych garniturach, z pejsami, cylindrami i myckami. Niemal każdy wyglądał dla mnie jak rabbi. Tam po raz pierwszy poczułem się prawdziwym gojem, szczególnie gdy zatrzymaliśmy się według Tolka w najlepszej piekarni begli w Montrealu. Wtedy jeszcze nie mieliśmy pojęcia, czym są te begle.
Zdumiało mnie, że coś uznawane za "najlepszą piekarnię begli" mogło mieścić się w niewielkim, prostym, wcale nielśniącym czystością i luksusem pomieszczeniu, z jedyną, obsypaną mąką ladą i kilku klientami w kolejce. Za kasą uwijał się mężczyzna w prawie białym fartuchu. Jeśli nie pobierał pieniędzy ani nie pakował begli, dołączał do dwóch innych piekarzy przy ogromnym, ziejącym ogniem piecu. Cyrkowo zręcznymi ruchami wyrabiali z ciasta długie jakby lassa, które w powietrzu zwijali w obwarzanki wielkości dłoni i układali w równe rzędy na ruchomych półkach, by wsuwać je do czeluści pieca.

Były to begle z najprzeróżniejszej mieszanki mąk, ziaren, orzechów i suszonych owoców. Można je było jeść od razu, prosto z pieca, same lub posmarowane humusem, tzatziki albo serowym kremem "Philadelphia". Bagle stały się wkrótce stałym elementem naszych śniadań - z dodatkiem plasterków podwędzonego łososia, krążka czerwonej cebuli i kilku ziaren capers. Pycha!  Piekarnia cieszyła się powodzeniem przez 24 godziny na dobę cały tydzień, prócz szabasu.

Następnie Tolek i Czesia przewieźli nas przez dzielnice grecką, włoską, chińską, a nawet serbo-chorwacką - gdzie dwadzieścia trzy lata później kupiliśmy nasz pierwszy ajwar.

Potem wjechaliśmy na Pont Champlain - olbrzymi most o długości 6 kilometrów, wysokości 50 metrów i szerokości sześciu pasów, łączący Brossard z Verdun. Był to most płatny (toll bridge), z budkami po obu stronach, gdzie wrzucało się monety lub przekazywało pieniądze urzędniczce. Trzy lata później opłaty zniesiono. 

Z mostu rozpościerał się imponujący widok na południową stronę śródmieścia - montrealski Manhattan ze szklanymi wieżowcami oraz stary i nowy port, gdzie cumowały majestatyczne statki wielkomorskie.

Wracając z mostu, zjechaliśmy, by obejrzeć Nuns’ Island (Wyspę Sióstr), rozciągającą się na zachód od Pont Champlain, między odnóżami rzeki Św. Wawrzyńca. 
Wyspa była niemal wyłączną własnością Sióstr Kongregatek od 1769 roku aż do 1956, które wykupiły ją jeszcze w czasach kolonialnych od głównego chirurga niemieckiego pochodzenia, Ferdynanda Feltza. Powoli zasiedlały ją, tworząc niezależną społeczność religijną i farmerską, aż w końcu uzyskały prawa miejskie prowincji Quebec.

Wyspa Sióstr była urokliwym miejscem, pokrytym gęstym dzikim lasem. Oddalona zaledwie kilka kilometrów od centrum miasta, stanowiła nie lada kąsek dla firm konstrukcyjnych szukających soczystych dochodów. Po pięćdziesięciu siedmiu latach zacisznego istnienia, wyspa została wykupiona przez kanadyjsko-amerykańską spółkę i rozpoczęła się intensywna zabudowa przeznaczona na zasiedlenie 50 000 mieszkańców.

Podczas przejazdu serca nasze zachwycały: dziki las, łąki, tereny golfowe, korty tenisowe, baseny.
Północna strona wyspy była dzika i niezabudowana z wydeptanymi przez spacerowiczów ścieżkami wzdłuż szerokiej na kilka kilometrów rzeki Św. Wawrzyńca. Na brzegu południowej strony wyspy wznosiły się ogromne budynki mieszkalne, których rozległe okna patrzyły daleko ponad rzeką w kierunku dróg prowadzących do USA.

Nie wyobrażaliśmy sobie, że moglibyśmy tu zamieszkać. Czesia krótko podsumowała sprawę, to co już sami wiedzieliśmy, że jest za drogo. Mogliśmy tylko podziwiać i pomarzyć. Była naszą wyrocznią w sprawach praktycznych: gdzie kupować mieszkanie, meble czy naczynia kuchenne. Dzięki niej wybraliśmy garnki najlepszej jakości - nawet dziś szkoda nam je wyrzucić.

Objechaliśmy również kilka innych dzielnic, gdzie według Czesi powinniśmy skoncentrować nasze poszukiwania jakiegoś porządnego, lecz niedrogiego mieszkania. Gdy Tolek spokojnie i fachowo panował nad kierownicą, od czasu od czasu pokazując co ciekawsze miejsca, Czesia na zwykły sobie rzeczowy i dobrze zorganizowany sposób, pouczała nas jak się zabrać do poszukiwania mieszkania, w jakim zakresie komfortu i kosztów, gdzie szukać informacji, z jakich agencji korzystać, o co pytać, czego unikać, na czym się wspierać.

Wycieczka była długa fascynująca i bardzo pouczająca. Wiedzieliśmy już od czego zacząć...
Nasze prawdziwe mieszkanie gdzieś na nas czeka...
 

Jan Duniewicz - magister inżynier, doradca międzynarodowy w biznesie, przywództwie i transformacji osobistej.
 

POPRZEDNIE CZĘŚCI


PANORAMA - NIEZALEŻNY MAGAZYN POLONII KANADYJSKIEJ
Tel: (514) 367-1224, E-mail: kontakt@panoramanews.org
Designed and maintained by Andrzej Leszczewicz
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
ZALOGUJ SIĘ