| Emigracyjne drogi - Kanada
(cz. 25)
Montreal innymi oczami...
Pierwsze kroki w nowym mieście zawsze
są pełne zachwytu i zaskoczeń.
Jakoś wkrótce po naszym przybyciu
do Kanady, którejś z pierwszych montrealskich niedziel, nasi przyjaciele
Czesia i Tolek zabrali nas na samochodową wycieczkę po mieście. Chcieli
pokazać nam ciekawe dzielnice i podzielić się praktycznymi poradami z życia
w Montrealu: gdzie szukać mieszkania, a gdzie nie szukać, gdzie co kupować,
a gdzie nie kupować, co zwiedzać, a czego unikać.
Między innymi odwiedziliśmy dzielnicę
żydowską, gdzie po raz pierwszy w życiu zobaczyłem na żywo to, co dotąd
znałem tylko z filmów: ortodoksyjnych Żydów w znoszonych czarnych garniturach,
z pejsami, cylindrami i myckami. Niemal każdy wyglądał dla mnie jak rabbi.
Tam po raz pierwszy poczułem się prawdziwym gojem, szczególnie gdy zatrzymaliśmy
się według Tolka w najlepszej piekarni begli w Montrealu. Wtedy jeszcze
nie mieliśmy pojęcia, czym są te begle.
Zdumiało mnie, że coś uznawane za
"najlepszą piekarnię begli" mogło mieścić się w niewielkim, prostym, wcale
nielśniącym czystością i luksusem pomieszczeniu, z jedyną, obsypaną mąką
ladą i kilku klientami w kolejce. Za kasą uwijał się mężczyzna w prawie
białym fartuchu. Jeśli nie pobierał pieniędzy ani nie pakował begli, dołączał
do dwóch innych piekarzy przy ogromnym, ziejącym ogniem piecu. Cyrkowo
zręcznymi ruchami wyrabiali z ciasta długie jakby lassa, które w powietrzu
zwijali w obwarzanki wielkości dłoni i układali w równe rzędy na ruchomych
półkach, by wsuwać je do czeluści pieca.
Były to begle z najprzeróżniejszej
mieszanki mąk, ziaren, orzechów i suszonych owoców. Można je było jeść
od razu, prosto z pieca, same lub posmarowane humusem, tzatziki albo serowym
kremem "Philadelphia". Bagle stały się wkrótce stałym elementem naszych
śniadań - z dodatkiem plasterków podwędzonego łososia, krążka czerwonej
cebuli i kilku ziaren capers. Pycha! Piekarnia cieszyła się powodzeniem
przez 24 godziny na dobę cały tydzień, prócz szabasu.
Następnie Tolek i Czesia przewieźli
nas przez dzielnice grecką, włoską, chińską, a nawet serbo-chorwacką -
gdzie dwadzieścia trzy lata później kupiliśmy nasz pierwszy ajwar.
Potem wjechaliśmy na Pont Champlain
- olbrzymi most o długości 6 kilometrów, wysokości 50 metrów i szerokości
sześciu pasów, łączący Brossard z Verdun. Był to most płatny (toll bridge),
z budkami po obu stronach, gdzie wrzucało się monety lub przekazywało pieniądze
urzędniczce. Trzy lata później opłaty zniesiono.
Z mostu rozpościerał się imponujący
widok na południową stronę śródmieścia - montrealski Manhattan ze szklanymi
wieżowcami oraz stary i nowy port, gdzie cumowały majestatyczne statki
wielkomorskie.
Wracając z mostu, zjechaliśmy, by
obejrzeć Nuns Island (Wyspę Sióstr), rozciągającą się na zachód od Pont
Champlain, między odnóżami rzeki Św. Wawrzyńca.
Wyspa była niemal wyłączną własnością
Sióstr Kongregatek od 1769 roku aż do 1956, które wykupiły ją jeszcze w
czasach kolonialnych od głównego chirurga niemieckiego pochodzenia, Ferdynanda
Feltza. Powoli zasiedlały ją, tworząc niezależną społeczność religijną
i farmerską, aż w końcu uzyskały prawa miejskie prowincji Quebec.
Wyspa Sióstr była urokliwym miejscem,
pokrytym gęstym dzikim lasem. Oddalona zaledwie kilka kilometrów od centrum
miasta, stanowiła nie lada kąsek dla firm konstrukcyjnych szukających soczystych
dochodów. Po pięćdziesięciu siedmiu latach zacisznego istnienia, wyspa
została wykupiona przez kanadyjsko-amerykańską spółkę i rozpoczęła się
intensywna zabudowa przeznaczona na zasiedlenie 50 000 mieszkańców.
Podczas przejazdu serca nasze zachwycały:
dziki las, łąki, tereny golfowe, korty tenisowe, baseny.
Północna strona wyspy była dzika
i niezabudowana z wydeptanymi przez spacerowiczów ścieżkami wzdłuż szerokiej
na kilka kilometrów rzeki Św. Wawrzyńca. Na brzegu południowej strony wyspy
wznosiły się ogromne budynki mieszkalne, których rozległe okna patrzyły
daleko ponad rzeką w kierunku dróg prowadzących do USA.
Nie wyobrażaliśmy sobie, że moglibyśmy
tu zamieszkać. Czesia krótko podsumowała sprawę, to co już sami wiedzieliśmy,
że jest za drogo. Mogliśmy tylko podziwiać i pomarzyć. Była naszą wyrocznią
w sprawach praktycznych: gdzie kupować mieszkanie, meble czy naczynia kuchenne.
Dzięki niej wybraliśmy garnki najlepszej jakości - nawet dziś szkoda nam
je wyrzucić.
Objechaliśmy również kilka innych
dzielnic, gdzie według Czesi powinniśmy skoncentrować nasze poszukiwania
jakiegoś porządnego, lecz niedrogiego mieszkania. Gdy Tolek spokojnie i
fachowo panował nad kierownicą, od czasu od czasu pokazując co ciekawsze
miejsca, Czesia na zwykły sobie rzeczowy i dobrze zorganizowany sposób,
pouczała nas jak się zabrać do poszukiwania mieszkania, w jakim zakresie
komfortu i kosztów, gdzie szukać informacji, z jakich agencji korzystać,
o co pytać, czego unikać, na czym się wspierać.
Wycieczka była długa fascynująca
i bardzo pouczająca. Wiedzieliśmy już od czego zacząć...
Nasze prawdziwe mieszkanie gdzieś
na nas czeka...
Jan Duniewicz - magister
inżynier, doradca międzynarodowy w biznesie, przywództwie i transformacji
osobistej.
POPRZEDNIE
CZĘŚCI |