.

MAGAZYN PANORAMA
352 Bergevin, Suite 6 
Lasalle, Qc
H8R 3M3 

E-mail: kontakt@panoramanews.org

Tel. (514) 367-1224 
Tel. (514) 963-1080



 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Życie zwielokrotnione (cz. 7) 

Ad futuram rei memoriam

Studia. Politechnika Poznańska - Wydział Inżynierii Lądowej i Transportu. Muszę przyznać, że odpowiadały mi te nauki. Nawet matematyka, którą komisyjnie doskonale zaliczyłem. Gdyby nie przeszkodziły mi inne zainteresowania, bez trudu zostałbym magistrem inżynierem. 
Właśnie te inne zainteresowania...

Dzień wypełniały mi treningi pływackie. Należałem do klubu Olimpia. Chociaż byłem już za stary na bicie rekordów, to jednak widziano we mnie dobrze zapowiadającego się zawodnika. Przepływałem codziennie pięć tysięcy metrów, co w owym czasie było wyczynem.

Gdy Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu ogłosił nabór do zespołu teatralnego, poleciałem w te pędy i dostałem rolę Sir Andrzeja Chudogęby w "Wieczorze Trzech Króli" W. Shakespeare. Wspaniała reżyseria i prowadzenie zespołu przez Ireneusza Kanickiego zaowocowało zdobyciem pierwszej nagrody w Ogólnopolskich Teatralnych Eliminacjach Studenckich w 1955 roku. Jury długo debatowało i przyglądało się aktorom, podejrzewając nas o zawodowstwo. 
Fantastyczną scenografię opracowali studenci Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych - Bogusława Michałowska i Czesław Kowalski. Pamiętam niezapomnianego w roli Księcia - Janusza Barańskiego, przyszłego notariusza w Szczecinie. Nasz spektakl wystawialiśmy na scenie Teatru Polskiego w Poznaniu przy pełnej widowni. W Inowrocławiu była klapa. Trzydziestu widzów.

A potem nastąpiły przygotowania do nowej sztuki teatralnej - "Godiwa" Leopolda Staffa. Ta sama obsada, jak w poprzedniej. Leofryka grał Janusz Barański, ja dublowałem. Obsadzono nas i w drugiej roli, Mieszczanina Pierwszego. Tą prowadziłem ja, a dublował Janusz.

Wielu z nas wystartowało do egzaminu wstępnego do Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Dostała się tylko odtwórczyni głównych ról w naszym zespole - Violi i Godiwy - Hanna Krupianka. 
Jakże mogłem się uczyć, gdy zaakceptowała mnie tak zwana "złota młodzież": córki i synowie nieźle sytuowanych rodziców, studenci, mimo że byłem biedny jak mysz kościelna. Miejscem naszych stałych spotkań była kawiarenka przy pasażu do kina "Apollo". Okupowaliśmy stoliki przy szklance herbaty. W dzień wypłaty stypendiów zamawialiśmy "Kasaty" - lody, z których słynął ten lokal. 

No i oczywiście nielegalnie krążył alkohol. Był to także "dzień handlu dziewczynami". Ciekawe, ładne i majętne pozostawały niezmiennie w kręgu zainteresowania. Przestrzegano jednak jednej zasady, że kolegom nie podrywano partnerek. Modne było wiązanie się w "stałe stadła" z pracującymi dziewczynami aż do zakończenia studiów. Te związki gwarantowały tak zwany wikt i opierunek.

Żyłem z dnia na dzień. Kładąc się spać nie przejmowałem się następnym dniem. Byłem biedny, źle ubrany, często głodny. Stypendium roztrwaniałem w parę dni. Darmową zupę i dowolną ilość kromek chleba można było ukraść w stołówce akademickiej. Do pewnego czasu, bo podobnych głodomorów było wielu.

Gdybym był pokorny i mądry mógłbym stale mieszkać u ciotki i babki. Były właścicielkami dwóch kamienic, ale mogły domami tylko administrować i z tego się utrzymywały. Też były biedne. Ale mnie "nosiło", kłóciłem się z ciotką, która miała mnie serdecznie dosyć. Przeprowadziłem się do akademika. Na krótko, bo nie miałem grosza by go opłacić. Przygarnął mnie Edward Wende, do wynajmowanego pokoiku tak wąskiego, że ledwie mieściło się łóżko. 

Spaliśmy na nim na przemian, chociaż Edek był gospodarzem. Za drugie miejsce do spania służyły nam nasze rzeczy rozłożone na podłodze. Chociaż ojciec Edka był adwokatem w Kaliszu i rodzice mu pomagali, też bywał bez grosza i często głodny. Kiedyś znaleźliśmy pomiędzy książkami pół bochenka czerstwego chleba. To była wspaniała uczta, którą zapamiętałem na długo. Dokarmiały nas też koleżanki z akademika. Przyjaźniliśmy się, a jego rodzice zapraszali mnie do Kalisza na święta.

Znalazłem wreszcie pokój w małym domku na peryferiach Poznania, na ulicy Dobrzyńskiej u gospodyni z litościwym sercem, bo czekała cierpliwie na zaległe czynsze.

Namiętnie czytałem i za ostanie złotówki kupowałem książki. Interesowałem się filozofią i kinem. Byłem w tym naprawdę dobry. Pamięć miałem doskonałą i byłem erudytą. Zaliczałem wszelkie możliwe konkursy, różne zgaduj zgadule i przeważnie wygrywałem. Nagrody sprzedawałem. Ale to było wciąż mało by wiązać koniec z końcem. To ciągłe szukanie chleba musiało zaważyć na moich postępach w nauce. Oczywiście z perspektywy czasu, mogłem sobie inaczej ułożyć życie, biednie, bo biednie, a takich jak ja była znakomita większość. Najważniejsze było przetrwać do końca studiów. 

Ireneusz Kanicki widząc moją piszczącą, studencką biedę zaproponował mi chałturę: tourne po Polsce z objazdową grupą teatralną. Trzech aktorów, grających komedyjkę "Niebożątko". Przy dobrym impresario, a takiego mieli, można było nieźle zarobić. Miałem być technicznym, czyli stawiać dekoracje, dbać o rekwizyty, oświetlenie i spełniać wszelkie życzenia aktorów za sto złotych dziennie! Oczywiście zgodziłem się i poczułem się milionerem. 

Po paru miesiącach wróciłem na łono uczelni.

Wyładowywałem także wagony na stacji kolejowej. Zdarzały się też chwile życia na bogato. W czasie Targów Poznańskich pracowałem na czarno w firmie holenderskiej AEG. Za dolary! Mieli mi zostawić większość wystawianych eksponatów, ale Powstanie Poznańskie pokrzyżowało te zamiary. W owym targowym czasie także kelnerowałem w restauracji i zarabiałem krocie! Napiwki dla biednego studenta sypały się jak z rogu obfitości. Taki oto był wielobarwny obraz mojej walki o byt.

Pewnego dnia Edek Wende, wprowadził do Klubu Atletycznego  "Arizona" dwie uczennice Liceum Kulturalno - Oświatowego. Jedną z nich była Magdalena. Nie było mi wtedy do tańca, a raczej do różańca, bo przeżywałem rozstanie z wyróżniającą się pięknością wśród studentek - Mariolą. Niestety byłem za biedny by "udźwignąć" taką miłość. Wyspowiadałem się z moich grzechów w duszpasterstwie akademickim oo. Dominikanów i biegałem codziennie na poranną mszę.
Tak było ze mną źle. Czyniłem Edkowi grzeczność, że zajmowałem się tą drugą dziewczyną, a nawet odprowadziłem do szkolnego internatu na Starym Rynku, nie umówiwszy się z nią na randkę, choć odróżniała się od swoich rówieśniczek oryginalną południową urodą i pięknymi brązowymi oczami. Ta obojętność zaintrygowała Magdalenę i nie dawała jej spokoju tak długo, aż Edek zorganizował nasze "przypadkowe" spotkanie. Od tej chwili do dnia Jej śmierci przeżyliśmy razem trzydzieści dziewięć lat.

Magdalena, a było to w 1955 roku, gdy ją poznałem, była jeszcze Węgierką. Jej rodzice: Władysław Starak - potomek Sasów z Banatu i Terezsia  Gabosi - córka bogatego kupca z Siedmiogrodu mieszkali w Szczecinie. W 1956 roku, władze polskie postawiły Magdalenę przed wyborem: przyjmie obywatelstwo polskie i zrezygnuje z węgierskiego, albo wyjedzie. Miała do wyboru Rumunię lub Węgry. Rumunię, bo urodziła się w Bukareszcie. Pod przymusem zrzekła się obywatelstwa kraju swoich dziadów. Humanizm socjalistyczny odsłaniał wciąż swoje prawdziwe oblicze.

Krzysztof Jagielski – pisarz, członek Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie – Londyn, działacz ZZ "Solidarność" w Szczecinie.
 

Krzysztof Jagielski 

Krzysztof Jagielski - pisarz, członek Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie - Londyn, działacz ZZ "Solidarność" w Szczecinie. 
 

POPRZEDNIE CZĘŚCI
 


PANORAMA - NIEZALEŻNY MAGAZYN POLONII KANADYJSKIEJ
Tel: (514) 367-1224, E-mail: kontakt@panoramanews.org
Designed and maintained by Andrzej Leszczewicz
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
ZALOGUJ SIĘ