| "Są wśród nas" - fenomen
Polonii montrealskiej
Bożena Szara: Skąd wziął
się pomysł na zorganizowanie cyklu "Są wśród nas"?
Jerzy Adamuszek: Pod koniec
lat 90. zapraszałem na organizowane przeze mnie "Spotkania Podróżnicze"
montrealskich twórców, aby mogli zaprezentować swoją działalność środowisku
polonijnemu. Z czasem pojawił się pomysł stworzenia osobnego cyklu, w którym
to właśnie oni byliby głównymi bohaterami. Pomysł dojrzewał przez kilka
lat, a na początku 2007 roku narodziła się jego nazwa. Przecież tych ludzi
spotykamy na co dzień, mieszkają w Montrealu - są wśród nas.
Jerzy Adamuszek
Chciałem przybliżać Polonii ich działalność,
zgodnie z powiedzeniem: "Cudze chwalicie, swego nie znacie". Przyjąłem
zasadę, że gość wieczoru musi mieszkać w Montrealu albo być silnie związany
z naszą metropolią. Staram się w pierwszej kolejności zapraszać osoby starsze,
choć nie wykluczam młodszych. Jeżeli moje pokolenie nie zadba o pamięć
pokolenia naszych rodziców, nie możemy oczekiwać, że nasze dzieci będą
pamiętały o nas.
B.Sz.: Jak cykl zmieniał
się przez lata?
J.A.: Jego główna zasada pozostała
niezmienna: najważniejszy jest gość wieczoru. Jako prowadzący pozostaję
z boku i tylko w odpowiednich momentach zadaję pytania. Od czwartego spotkania
program wzbogacają występy, które nasza nieżyjąca już przyjaciółka Hanka
Moszczyńska nazwała "ilustracją muzyczną". Od 21. spotkania sam, z nielicznymi
wyjątkami, piszę relacje publikowane na stronie internetowej. Pojawia się
na niej także coraz więcej zdjęć. Z czasem przychodzą nowe pomysły, ale
nie zmieniają one charakteru cyklu.
B.Sz.: Ilu bohaterów wystąpiło
podczas stu spotkań?
J.A.: Na liście gości wieczoru
widnieje 112 nazwisk. Podczas niektórych spotkań występowały bowiem dwie,
a czasem nawet trzy osoby.
B.Sz.: Które spotkania
zapisały się w Twojej pamięci szczególnie mocno?
J.A.: Pamiętam każdy wieczór,
ale kilka było naprawdę wyjątkowych. Jednym z bohaterów był Lech Czerwiński,
weteran II wojny światowej i autor książki. Zgodził się wystąpić dopiero
po kilkunastu latach zapraszania, kiedy miał już 97 lat. Przez ponad godzinę,
siedząc na scenie, opowiadał wszystko z pamięci. Mówił tak interesująco,
że na wypełnionej sali panowała kompletna cisza. Zmarł niespełna rok później,
w 2020 roku.
Wspominam także Marię i Henryka Szóstaków,
urodzonych przed wojną we Francji. Po wojnie przybyli do Alberty, a później
zamieszkali w Montrealu. Dopiero w starszym wieku postanowili aktywnie
włączyć się w życie polonijnych organizacji, mówić po polsku i w ten sposób
świadomie powrócić do swoich korzeni.
Wyjątkowe było również spotkanie
z Krzysztofem Soroczyńskim, choreografem cyrkowym, zorganizowane w styczniu
2008 roku w siedzibie Cirque Éloize na Starym Mieście. Ponad dwieście osób
obejrzało nie tylko rozmowę, lecz także pokaz akrobatów. Wypowiedzi gościa
tłumaczono na francuski i angielski, a wieczór zakończył się dopiero przed
północą.
B.Sz.: Jaką rolę cykl odegrał
w integrowaniu montrealskiej Polonii?
J.A.: Ludzie chcą wychodzić
z domu, spotykać się i rozmawiać. Pomagają przy organizacji kolejnych wieczorów,
polecają następnych bohaterów i przychodzą poznawać ich historie. To pokazuje,
że taka działalność jest potrzebna.
Ważną rolę odgrywa również strona
internetowa, przez wiele lat prowadzona przez Jacka Stomalę, a w latach
2011-2016 oraz ponownie od początku 2026 roku przez Andrzeja Leszczewicza.
Dzięki niej otrzymywałem wiadomości, głównie z Polski, od osób poszukujących
informacji o naszych gościach do prac magisterskich i doktorskich. Historie
opowiedziane podczas montrealskich spotkań zyskały więc znacznie szerszy
zasięg.
B.Sz.: Czy spodziewałeś
się, że projekt przetrwa niemal dwadzieścia lat?
J.A.: Nigdy poważnie się nad
tym nie zastanawiałem. Wiele projektów po pewnym czasie się wypala albo
napotyka problemy organizacyjne. Ja jednak nie działam sam. Bardzo ważne
było zaangażowanie Konsulatu Generalnego RP, a w ostatnich dwóch latach
także Związku Weteranów Polskich i Kongresu Polonii Kanadyjskiej. Od początku
proszę o pomoc i zawsze znajdują się ludzie gotowi jej udzielić - współpracownicy,
rodziny oraz przyjaciele bohaterów spotkań. Skoro taka działalność jest
potrzebna, a ja wciąż mogę ją prowadzić, dlaczego miałbym przestać?
B.Sz.: Czy Polonia zmieniła
się od 2007 roku?
J.A.: Czas płynie, a pokolenie
przedwojenne powoli odchodzi. Zmieniają się ludzie i świat wokół nas, ale
jedno pozostaje niezmienne: wciąż spotykamy rodaków o niezwykłych życiorysach,
którzy są gotowi publicznie opowiedzieć swoje historie. Nie zmienia się
też gotowość ludzi do pomocy przy organizowaniu spotkań.
B.Sz.: Co było najtrudniejsze
w utrzymaniu ciągłości cyklu?
J.A.: Najtrudniejsze jest
pogodzenie działalności społecznej z życiem rodzinnym. Moja jedyna córka
dwadzieścia lat temu wyemigrowała na drugi koniec świata. Mam wnuki i staram
się spędzać z nimi jak najwięcej czasu. Kiedy jestem z nimi w Australii,
myślę o organizowaniu kolejnych imprez, a kiedy przebywam w Montrealu -
czekam na następny wyjazd do rodziny. Dużym wyzwaniem były również pandemiczne
zakazy zgromadzeń w latach 2020-2022, które opóźniły organizację kolejnych
spotkań.
B.Sz.: Po stu spotkaniach
czujesz przede wszystkim satysfakcję czy apetyt na następne?
J.A.: Sto spotkań daje ogromną
satysfakcję, ale nie traktuję tego jubileuszu jako zakończenia. Dopóki
są wśród nas ludzie z ciekawymi życiorysami i dopóki publiczność chce ich
poznawać, warto organizować kolejne wieczory. Następne historie wciąż czekają
na opowiedzenie.
Rozmawiała Bożena Szara
|