Polinezja Francuska.
Papeete z bliska.
Przelot z Europy
jest bardzo długi, jak dobrze pójdzie, to trwa 24 godziny. Są dwie samolotowe
drogi na Tahiti. Pierwsza, bodaj najkrótsza, prowadzi przez Los Angeles.
Można wsiąść do samolotu w Paryżu albo Londynie.
To właśnie
tą drogą ze stolicy Francji, podróżowałem do Papeete kilkakrotnie.
Jest też inna
trasa, o wiele bardziej skomplikowana, znacznie dłuższa, ale za to pełna
niepowtarzalnych atrakcji. Nie mógłbym jej polecić tym, którzy szukaliby
oszczędnej podróży. Ale dla tych, którzy chcieliby o niej pamiętać przez
całe życie jest z pewnością najlepsza. To trasa wiodąca przez Santiago
de Chile i Wyspę Wielkanocną. Z Europy to monstrualnie długa noc i jeszcze
jeden dzień. Leci się bowiem na zachód i jeśli startuje się pod wieczór,
noc dosłownie goni. 24 godziny w ciemnościach. Lądowanie przed południem.
Na dole oceany.
Najpierw Atlantyk, a potem Spokojny, choć nie wiadomo, dlaczego tak go
nazwano. Wśród żeglarzy miał zawsze złą sławę. Trzydziestometrowe fale
potrafią rzucić okazałym statkiem tak, że rozsypuje się w drzazgi! W jego
otchłaniach mógłby się schować Mount Everest.
I wreszcie
samolot zniża się do lądowania. Z ciemności powoli wyłania się kształty
wyspy. Z każdą chwilą nabiera kolorów, staje się coraz bardziej wyraźna.
Widać wianuszek z pian. To rafa koralowa tworząca atol.
W środku znajduje
się wulkaniczna wyspa. Otacza ją spokojna laguna. O rafę rozbijają się
fale. Nie warto przestawiać zegarków. We Francji zapadł wieczór, jest osiemnasta.
A dla mnie to szósta o świcie, pełne 12 godzin różnicy czasu. Gdybym chciał
teraz wybrać się na wschód, musiałbym skierować się na zachód i przekroczyć
linię zmiany daty.
Pierwszym Europejczykiem,
który postawił stopę na tej ziemi był kapitan Samuel Wallis - dowódca statku
Dolphin. 19 czerwca 1767 roku na początek ostrzelał z dwóch armat, znajdujących
się na statku, pirogi Maorysów, które próbowały podpłynąć do żaglowca.
Błękitna woda zabarwiła się na czerwono. Tubylcy nie mieli jednak złych
intencji. Wieźli na powitanie gości kobiety, banany, kokosy i całe naręcza
kwiatów. W ten oto sposób Tahiti stało się częścią brytyjskiej korony.
Słynny odkrywca
kapitan James Cook w czasie swej pierwszej wyprawy dookoła świata nadał
temu archipelagowi miano Wysp Towarzystwa - na cześć londyńskiego Towarzystwa
Królewskiego. "Nie wierzę, żeby jakiekolwiek inne miejsce na ziemi dawało
oczom wspanialszy i bogatszy widok" - pisał o Tahiti. Zaś pisarz i podróżnik
James Norman Hall konkludował po latach: "Na tych wyspach jest jakaś czarodziejska
siła, która przeciwstawia się czasowi.
Hall był tą
osobą, która w dużym stopniu wpłynęła na moją wyobraźnię. Właściwie to
on sprawił, że chciałem podróżować. Jako dziecko, chciałem być marynarzem
i popłynąć na jakąś wyspę, pełną palm kokosowych. Hallowi się to udało.
Na Tahiti znajduje się jego dom. A w nim pamiątki, fotografie, no i oczywiście
największy skarb, jaki ta wyspa posiada. Czyli "Mutiny on the Bounty".
Okręt "Bounty"przybił
do Point Venus - zatoki położonej nieopodal Papeete. Dziś znajduje się
tam niewielka plaża, a przy niej wzniesiono pomnik ku pamięci tamtego wydarzenia.
Statek, którym przypłynął Paul Gauguin cumował już w porcie, na wprost
samego miasta.
Papeete - stolica
Francuskiej Polinezji, bo to właśnie Francuzi przejęli po Anglikach pięć
archipelagów południowego Pacyfiku i objęli tam pełnię władzy.
I stało się
tak jak chciał wielki artysta. "Moi potomkowie będą ze mnie dumni" pisał,
kiedy w tahitańskim szpitalu odmówili mu leczenia, bo ...nie miał pieniędzy."
Będą dumni"powtarzał, kiedy maoryscy sąsiedzi przynosili mu ryby i uczyli,
jak obłupać orzech kokosowy, gdyż inaczej umarłby z głodu.
Dziś niemal
wszystko, co ma przyciągać turystów na Tahiti nosi imię Paula Gauguina.
Ogromny statek, pływający między wyspami z setkami pasażerów z różnych
stron świata, sklepy z czarnymi perłami, pensjonaty, wycieczki po wyspie.
I oczywiście muzeum. Nikt nie zadbał o to, by zachować jego dom, kiedy
Gauguin stąd wyjeżdżał. Był wtedy jednym z wielu, ubogich mieszkańców wyspy.
Dziwakiem. Nikt nawet nie przypuszczał, że pamiątki po nim będą miały jakąkolwiek
wartość Dom Gauguina znamy tylko z fotografii.
Do tego miejsca
zabrał mnie Joël. Nazywał się Joël Hart, twierdził, że jest pół Niemcem,
albo pół Tahitańczykiem. Na co dzień jeździł taksówką i woził turystów
do muzeum Gauguina, albo na drugą stronę wyspy.
A zatem i my
pojechaliśmy do domu Gauguina.
Joël zatrzymał
samochód obok wysokiego, metalowego płotu. - To było tutaj pokazał
teraz za płotem mieści się szkoła podstawowa dla okolicznych dzieci.
"Poznałem szczęście
i wyleczyłem się z zachodniej choroby nadziei" - pisał Paul Gauguin w "Noa
Noa". I pisał też o Tehurze - swojej vahine, dziewczynce jeszcze,
którą przeznaczono mu na towarzyszkę życia. O tym, jak wybrał się w góry
po pień drzewa różanego i wrócił duchowo odmieniony i o grotach, w których
mieszkają tapapausy - duchy zmarłych o fosforyzujących oczach.
A teraz Joël
mknął asfaltową drogą dokoła wyspy. Do muzeum i z powrotem do Papeete.
Do miejsca
po chacie Gauguina jeździł rzadziej, chyba że jacyś maniacy lub wielbiciele
jego malarstwa o to poprosili. Ale to się nie zdarzało zbyt często. Z reguły
turyści jedynie wertują kolorowe ulotki w hotelach, mają niewiele wymagań.
Nie zadają pytań. Nie szukają historii Mórz Południowych. Ani tym bardziej
śladów poetów, pisarzy czy malarzy. Było ich przecież wielu. Sam fakt,
że są tutaj na Tahiti jest wystarczającą dla nich satysfakcją. Szczęściem.
Bo przecież trafili do raju. Poruszają się pomiędzy luksusowymi bungalowami,
a restauracjami nad samą laguną.
Tahiti to nie
tylko świat turystycznych bajek. We, wpadających do oceanu rzekach, dzieci
łowią słodkowodne krewetki, ktoś wiesza pranie na sznurku, czuje się zapach
gotowanej dyni. Na Tahiti mieszkają zwykli ludzie. Ich życie toczy się
cały czas, gdzieś obok.
W pewnym momencie
asfaltowa droga się skończyła. Zaczął się leśny dukt. Joël zwolnił. Obok,
na niewielkim straganie zauważyłem zieloną kulę. Błyszcząca, pokrytą czymś
na kształt łuski. To Ulu, nazywany czasami Uru krótko mówiąc był to owoc
drzewa chlebowego.
To właśnie
po owe "złote runo" płynęli marynarze "Bounty. Opisał je i sklasyfikował
uczestnik wyprawy kapitana Jamesa Cooka, szwedzki botanik Daniel Solander.
W swym sprawozdaniu napisał, że owoce zebrane z dwóch, albo nawet trzech
drzew, mogą zaopatrzyć człowieka w pożywne jedzenie na cały rok. Z głodu
nie umrze. Właśnie to odkrycie, tak pobudziło wyobraźnię, że postanowiono
zorganizować ekspedycję, pod wodzą jednego z najlepszych ówczesnych kapitanów
brytyjskiej marynarki Williama Bligh'a, aby przetransportowała życiodajne
sadzonki z Tahiti na plantacje trzciny cukrowej na Karaibach. Wyliczono
także przy tej okazji, że znakomicie obniży to koszty wyżywiania niewolników.
Okręt nazwano "Bounty" czyli dar.
Sadzonki chlebowca
nigdy jednak do celu nie dotarły. Kapitan Bligh dopłynął na Tahiti, załadował
na pokład okrętu młode drzewka, ale tysiąc kilometrów od wyspy doszło do
buntu załogi. Doniczki spoczęły na dnie oceanu. Jest coś w słowach kapitana
Bligh'a, który stając, wiele miesięcy później, przed wojskowym trybunałem,
analizując przyczyny buntu swej załogi mówił, że te wyspy uczyniły niejednego
szalonym. Marlon Brando, podczas pracy nad pierwszym filmem o "Bounty,
tak zakochał się w tych wyspach, że kupił nieopodal cały atol. Tetiaroa.
Przyjeżdżali
tu i inni znużeni cywilizacją. Urywali się ze swojego świata, mieszczańskiego
życia, rytmu codzienności, obowiązków, korporacyjnej zależności.
Spytałem Joëla,
dlaczego mieszkańcy sprzedają przy drodze chlebowce.
- A czemu nie?
- Bo wszędzie
pełno rosnących drzew ulu. Można je sobie zerwać samemu.
- Eee, zamruczał
mój taksówkarz.
Machnął ręką.
Chyba nie chciało mu się tłumaczyć. Wyglądał na leniwego. Siedział w swojej
rozklekotanej taksówce. Miał rozpiętą koszulę. Dostrzegłem jego owłosiony
tors. I gęste krople potu na czole i włosach. Joël był cały mokry. Spokojnie
grzebał wykałaczką w zębach. Uśmiechał się do mnie.
- Pieniądze,
tak to ważne, ale do dziś nie ma na Tahiti zasiłków dla bezrobotnych. Rozejrzyj
się, wszędzie rosną drzewa chlebowe, kokosy, a w lagunie pływa mnóstwo
ryb. Nikt nie umrze z głodu. Proste?
Kiwam głową,
tak proste... takie gadanie dobre jest dla turystów. Bajki. Życie toczy
się jednak inaczej. Po swojemu, z całą uciążliwością jego zobowiązań. Doświadczył
tego Paul Gauguin. Właśnie na Tahiti. To niby dlaczego ma być teraz inaczej.
Joël zamknął
drzwi samochodu. Zamachnął do mnie ręką. Rusz się - rzucił, widząc jak
i ja osłabłem z duchoty i upału. Poszliśmy drogą pod górę. Nagle rosnące
w tej gęstwinie, pandanusy, chlebowce, aito ustąpiły miejsca ogromnej,
pustej polanie. Na jej skraju dostrzegłem kamienną konstrukcję. To marae,
święte miejsce Maorysów. Pełniło rolę greckiej agory. Tu toczyło się życie
polityczne i religijne. Ale kobiety mogły przekroczyć progi marae tylko
wtedy, kiedy brały ślub lub przynosiły nowonarodzone dziecko. Tu też składano
ofiary z ludzi. W takim jak dziś, mocno rozgrzanym powietrzu, na strome
zbocza wdrapał się kapitan James Cook. Zobaczył jak na ofiarnym, kamiennym
stole leżał stary człowiek. Szybko go zabito. Na chwałę, bogom. Po to,
aby Cook i inni biali przybysze pozostawili na wyspie swe dzieci.
Dla Maorysów
taka ofiarna śmierć nie była straszna. Była szybkim zespoleniem z duchami
przodków. Kiedy zbudowano nowe marae, każdy z jego rogów musiał być poświęcony
ofiarą z jakiegoś człowieka. To wszystko tłumaczył mi, sapiący i spocony
Joël. Na Tahiti marae to obiekt turystyczny. Rodzaj muzeum na wolnym powietrzu.
Chroniony przez prawo. Ci, którzy dotrą na inne wyspy na przykład Huahine
czy Rangiroa, mogą zobaczyć coś bardziej unikatowego, nie tak zadeptanego
przez turystów jak na Tahiti.
Marae to sens
życia Polinezyjczyków. To ich świątynie, kościół. Miejsce na ziemi. Miejsce,
gdzie spotykają się wszystkie światy. Ten żywych i umarłych. Bo maoryskiej
ziemi strzegły duchy, ucieleśnione w postaci kamiennych Tiki. W hotelach,
nieopodal dróg, przy osiedlach, niemal wszędzie, można zobaczyć takie,
kamienne pomniki. Raz ustawionego Tiki nie wolno przenosić z miejsca na
miejsce. Tiki strzeże też muzeum Gauguina. Ten posąg przywieziono z Tuamotu.
Kiedy statek wypłynął z Papeete, dzień później, podczas sztormu zginęło
kilku członków załogi, a pozostali też wkrótce umarli. Ciężarówka, którą
przewożono Tikiego, w powrotnej drodze rozbiła się. Kierowca zginął na
miejscu.
Fatum.
Tak minął mój
pierwszy dzień w Papeete.
Tomasz Rudomino
Historyk
sztuki, dziennikarz, fotograf. Mieszka w Paryżu. Pisuje głównie o podróżach
i sztukach pięknych. Z aparatem fotograficznym zwiedził ponad 140 krajów.
www.wsztuce.com
Zdjęcia
autora. |