| Być albo
nie być?
W Nowym
Jorku to pytanie nie ma charakteru filozoficznego. Jest bardzo praktyczne.
Oznacza: być doskonałą albo wypaść z obiegu. Być w formie albo się poprawić.
Być na czasie albo zostać w tyle.
Nie lubię Nowego
Jorku. I wcale nie dlatego, że jest głośny, zatłoczony i wiecznie spóźniony.
Nie dlatego,
że kawę podają tam w kubkach wielkości wiadra, a rozmowy prowadzi się w
biegu - między jednym spotkaniem a drugim. Tego wszystkiego można się nauczyć.
Można się przyzwyczaić. Można nawet polubić to zabójcze tempo życia.
Nie lubię go
za coś znacznie bardziej męczącego.
Za obowiązek
bycia doskonałą.
W Nowym Jorku
kobieta musi być piękna.
To znaczy:
szczupła, wysportowana i opalona - w sposób umiarkowany, ale całoroczny.
Musi wyglądać młodo, niezależnie od tego, ile ma lat. Przy czym młodość
nie jest tu stanem ducha, lecz efektem dobrze dobranego chirurga, dietetyka
i trenera personalnego.
Zmarszczki
są niedozwolone!
Musi wyglądać
młodo nawet, gdy przekroczyła sześćdziesiątkę. A najlepiej wtedy wyglądać
jeszcze młodziej. W Nowym Jorku wiek nie jest liczbą. Jest winą, którą
należy starannie ukrywać.
W Nowym Jorku
kobieta musi odnieść sukces.
Najlepiej kilka
naraz: zawodowy, towarzyski, macierzyński, wizerunkowy - i jeszcze medialny.
Wszystkie obowiązkowo na dwunastocentymetrowych obcasach.
Musi być idealną
matką, która zawsze wie, co dziecko czuje, myśli i dlaczego nie lubi brokułów.
Musi mieć
czas, cierpliwość i talent do przygotowywania codziennie ekologicznych
lunchboxów.
Musi być idealną
przyjaciółką - empatyczną, wspierającą, ale nigdy absorbującą.
Idealną sąsiadką
- uprzejmą, lecz niewidzialną.
Jeśli pracuje
- powinna być szefową.
Jeśli nie jest
szefową - pracownikiem miesiąca.
Jeśli nie miesiąca
- to roku.
A jeśli nie
roku - to przynajmniej mieć bardzo precyzyjny plan, kiedy nim zostanie.
W Nowym Jorku
kobieta nie ma prawa być zmęczona.
Zmęczenie jest
oznaką złej organizacji czasu. Przepracowanie - brakiem asertywności. Depresja
- tematem na terapię, ale broń Boże nie do rozmowy przy kawie.
Słabość jest
nietaktowna i niepraktyczna.
Łzy są nieprofesjonalne
- dopuszczalne wyłącznie w windzie, między dwudziestym siódmym a trzydziestym
piętrem.
Zwątpienie
należy przepracować. Najlepiej przy proteinowym smoothie.
W Nowym Jorku
kobieta musi być silna.
A najlepiej
silniejsza od mężczyzny. Mądrzejsza. Skuteczniejsza. Bardziej odporna.
Tak, żeby nikt nie miał wątpliwości, że "dała radę". I jeszcze powinna
wyglądać jak milion dolarów - albo jakby właśnie wróciła z jogi, a nie
z pola bitwy.
W którymś momencie
zaczynam się zastanawiać, czy kobieta w Nowym Jorku może po prostu być
kobietą. Bez planu rozwoju. Bez aplikacji do liczenia kroków. Bez potrzeby
udowadniania czegokolwiek komukolwiek.
I wtedy patrzę
na Montreal.
Bo w Montrealu
kobieta niczego nie musi.
Może wyjść
z domu bez perfekcyjnego makijażu i nie czuć się z tego powodu winna. Może
mieć siwe włosy, zmarszczki i nie tłumaczyć ich ani modą, ani filozofią
życia. Może być zadbana, bo tak chce - a nie dlatego, że "wypada". Może
być piękna. Może być zwyczajna. A najczęściej bywa po prostu sobą.
W Montrealu
kobieta nie jest projektem do nieustannej poprawy. Nikt nie pyta jej, czy
"już wróciła do formy", ani "co planuje zrobić z kolejną dekadą życia".
Może mieć sześćdziesiąt lat i wyglądać na sześćdziesiąt. I nikogo to naprawdę
nie interesuje.
Tutaj wolno
być zmęczoną. Wolno mieć gorszy dzień. Wolno nie wiedzieć. Wolno powiedzieć
"nie mam dziś siły" - i nie dostawać w odpowiedzi numeru do coacha ani
linku do aplikacji motywacyjnej.
W Montrealu
kobieta nie musi być "naj". Wystarczy, że jest. Może żyć spokojnie albo
ambitnie. Głośno albo cicho. Może zmieniać zdanie i nie mieć pięcioletniego
planu. Może mieć tyle lat, ile ma - i tyle życia, ile akurat potrafi unieść.
Dlatego nie
lubię Nowego Jorku.
A Montreal
kocham.
Za wolność
bycia niedoskonałą.
Sara
Borska - felietonistka |