Kolory Maroka (cz. 2)
Po miejskim
zgiełku Casablanki czas odpocząć. Jadę na pustynię. To chyba najważniejszy
dla mnie fragment podróży do moich miejsc sentymentalnych. Czuję się jak
pielgrzym z wiersza Norwida, który "ziemi tyle mam, ile jej stopa ma pokrywa,
dopokąd idę", a "dom mój ruchomy z wielbłądziej skóry".
Pustynia? Maroko
to przecież kraj górzysty, w którym znajdują się najwyższe szczyty Afryki
Północnej, czyli Góry Atlasu. Aż osiem z nich sięga czterech tysięcy metrów
n.p.m., a ludzie, którzy je zamieszkują, w większości pasterze, boją
się, aby niebo nie spadło im na głowę.
Wielkie piaszczyste
Ergi wkradają się tu od wschodu, a kamienista szara Hamada ciągnie się
na południu kraju. Złociste morze wydm Sahary, zmieniających się
z każdym muśnięciem wiatru, pamięta jeszcze czasy, kiedy wędrowały przez
nie karawany nie tylko z przyprawami, solą, złotem czy podróżnikami, ale
także z niewolnikami.
Pustynia to
cisza, a przecież nie ma słów, by opisać ciszę. Pustynia to paleta zmieniających
się pod wpływem światła kolorów, raj dla impresjonistów. Pustynia to wszechogarniające
ze wszystkich stron ziarenka piasku, wdzierające się pod ubranie, we włosy,
w oczy...Tak jakby chciały Cię pochłonąć, zagarnąć na własność, bo przecież
to Ty jesteś tu intruzem. Pustynia to niebo z milionem gwiazd, prawie na
wyciągnięcie ręki. To wschodząca delikatna poświata słońca, aby już za
moment rozbłysnąć nad głowami południowym żarem.
Pustynia jest
piękna (...). To prawda. Zawsze kochałem pustynię. Można usiąść na wydmie.
Nic nie widać. Nic nie słychać. Ale mimo to coś promieniuje w ciszy
("Mały
Książe)".
Nic nie widać,
ale przecież, jak powiedział Mały Książę, najważniejsze jest niewidoczne
dla oczu". Zanurzam się w pustynnej mistyce Sahary, by odczytać jej rzeczywisty
obraz, aby ją zobaczyć, aby ją zrozumieć, aby ją poczuć. Po nocy na niej
spędzonej, zostałam, jak powiedział pewien Marokańczyk, nagrodzona niezwykłym
kolorem ujawniającym się tylko o świcie, pomiędzy blednącą gwiazdą a dojmującą
ciszą.
A przejażdżka
na wielbłądzie o zachodzie słońca pośród złotych wydm gdzieś za horyzont
to creme de la creme dla serca i pamięci.
Bycie Marokańczykiem
oznacza noszenie w sobie tysiąca i jednej historii, tych opowiedzianych
i ciągle jeszcze tych, które czekają na swój czas. To gościnność i zapraszanie
z uśmiechem nawet nieznajomego na herbatę miętową bez żadnego powodu, po
prostu dla przyjemności dzielenia się. To duma z posiadania złotych wydm
Sahary i ośnieżonych szczytów Atlasu, lasów cedrowych i dzikich plaż. To
duma z tradycji, to otwartość na świat; są religijni, owszem, ale i tolerancyjni.
To także płynna znajomość kilku języków - arabskiego, amazigh (berberyjskiego),
francuskiego, angielskiego i hiszpańskiego i elastyczne przechodzenie
z jednego do drugiego, niczym składanie kolorowej mozaiki życia lub tkanie
wielobarwnego dywanu.
W tym kraju,
mimo że pełnym kontrastów, wszystko w urzekający sposób pozostaje w harmonii,
współistnieje, oddycha historią i nowoczesnością, po prostu żyje. Stare
mediny tętnią życiem. Kupcy, często w tradycyjnych ubiorach sprzedają współczesne
towary. Śpiewy Amazigh (Berberów) rozbrzmiewają w górach, a przy ogniskach
wibrują bębny Gnawa, zanoszą modlitwy i radość życia do nieba. Młodzi ludzie
tańczą w rytm hip-hopu i słuchają współczesnej muzyki w Rabacie czy w Casablance.
Tu wszystko
współistnieje. Wszystko jest na swoim miejscu. Wszystko jest harmonią oddziałującą
na emocje. Góry Atlasu sięgające nieba, cisza wydm, gaje palmowe i ogrody
różane, zapachy kwiatu pomarańczy i garbowanej skóry w Fezie, warowne kasby
i ksary czasem opustoszałe, czasem zamieszkałe, pasterze podążający za
swoim stadami, kobiety w hidżabie, w burce, w nikabie lub całkowicie bez
nich, dzieci zmierzające do lub ze szkoły, czasem nawet bose i skromnie
ubrane. Bo edukacja to przyszłość Maroka.
Pachnące sterty
soczystych pomarańczy i daktyli, słodka zielona miętowa herbata, tadżiny,
stosy glinianych kolorowych naczyń na potrawę o tej samej nazwie na straganach
i przy drodze - symbole Maroka. I zatrzęsienie bocianów.
Jakie perełki
zapakowałam do swojej walizki wspomnień? Ciągle błyszczą, dlatego chcę
się nimi z Wami podzielić.
Otóż czy przyszło
Wam do głowy, że palma, roślina jednoliścienna, to w rzeczywistości najwyższa
trawa? Ja tym odkryciem tak się zachwyciłam, że dzielę się nim z kim tylko
mogę. Często także w miastach wszystkie przekaźniki i nadajniki przyjmują
jej kształt. Nie szpecą tym samym miejskiej architektury.
A daktyle,
przepyszne, które zawsze spożywa się nieparzyście, bo inaczej nawzajem
wykluczają swoje wartości, popite mlekiem na śniadanie wybornie smakują.
W Maroku król
sprawuje władzę i wszystko może - nawet przesunąć o kilka dni termin Ramadanu
i tym samym często rozpoczyna się on w innym czasie niż w pozostałych państwach
islamu.
Pięknym zwyczajem
i wyrazem jałmużny jest sponsorowanie posiłku dla biednych na zakończenie
Ramadanu. Dodatkowo, każdy Marokańczyk, oddaje 10% swojego dochodu rocznie
na ubogich.
Rodzina jest
ważna! Domy są wielopokoleniowe, a nad płaskimi dachami wystają druty gotowe
do kolejnego piętra nadbudowy. Z zawieraniem małżeństw wiążą się kolejne
ciekawostki. Obowiązkowe są badania przedmałżeńskie. Pan młody płaci za
posag dla rodziny panny młodej, za wesele, za makijaże, za depilację i
nawet za noc henny, czyli nasz wieczór panieński, ceremonię, która odbywa
się na krótko przed ślubem. Polega na ozdabianiu dłoni i stóp panny młodej
naturalnym barwnikiem, henną, tworząc unikalne wzory, uważane za symbol
szczęścia, ochrony i pomyślności w nowym życiu.
Wymierne w
dirhamach, marokańskiej walucie, jest targowanie się, tak już zapomniane
w europejskiej kulturze. Tu się odgrywa cały spektakl z ustalaniem ceny,
z gestykulacją, kręceniem głową, słowami. Łącznie z przerwą, czyli odchodzeniem,
a sprzedawca i tak pobiegnie za nami z ponownym zaproszeniem do negocjacji.
Wszystko ostatecznie kończy się zawarciem transakcji pomyślnej dla obu
stron, w myśl zasady win-win.
A bakszysz?
Pierwotnie był prezentem powitalnym, znakiem gościnności i przyjaźni. Dzisiaj
słowo to używane jest jako napiwek i pewnie nie raz je usłyszycie w Maroku.
Warto pamiętać, że w niektórych przypadkach brak napiwku jest lepszy niż
zbyt skąpy napiwek, który jest bardziej obraźliwy niż nie danie żadnego.
Prawdziwego
ducha Maroka, Amur n akuch, Kraju Boga, odkrywa się i celebruje powoli.
Bo skoro słońce wzeszło to i zajdzie, i po co się spieszyć? Chyba że muezin
przypomni o porze modlitwy. Obdarowani gościnnością i uśmiechami, nawet
od nieznajomych, można wędrować marokańskim szlakiem barw: czerwonym -
jak tło marokańskiej flagi i czerwień Marrakeszu, złotem Sahary, bielą
Casablanki i ośnieżonymi szczytami Atlasu, orzeźwiającymi zielenią oazami
i miętowymi herbatami, różnobarwnymi pachnącymi przyprawami, no i błękitem
Chefchaouen (Szafszawan), który zlewa się z błękitem nieba.
Ponoć Chefchaouen
zostało po raz pierwszy pomalowane na niebiesko przez Żydów, którzy tu
zamieszkali w latach 30. XX wieku uciekając przed nasizmem. Wybór odcienia
błękitu nawiązuje do żydowskiej tradycji wplatania niebieskiej nici w szal
modlitewny, tałes, aby przypominać ludziom o niebie, niebiosach i Bogu.
A to wszystko przyprószone przez gwiazdy ich srebrzystym pyłem spadającym
wprost na nasze głowy z nieba.
Po Maroku wędrowałam
w czas Ramadanu. Ani razu nie spotkałam się z niechęcią czy wrogością.
Nigdzie też nie czułam zagrożenia, mimo późnowieczornych wędrówek. Czułam
się komfortowo i bezpiecznie. Po prostu Maroko otwarło przede mną swoje
ramiona. Moja podróż, perfekcyjnie przygotowana przez marrakeskie biuro
Green Atlas Travel, które szczerze polecam, dobiegła końca, ale wiem na
pewno, że to kwestia czasu, kiedy tam wrócę.
Maryla Kania
Maryla
Kania - harcmistrzyni z Hufca ZHP Kraków Śródmieście.
|