| Dwie pasje Nadii Monczak
Muzyka bywa pasją, zawodem, czasem
marzeniem do spełnienia. Dla Nadii Monczak jest także narzędziem niesienia
pomocy. Kanadyjska skrzypaczka polskiego pochodzenia od lat łączy działalność
artystyczną z zaangażowaniem humanitarnym - od obozów dla uchodźców w Grecji
po koncerty charytatywne w Montrealu i Europie. W rozmowie z Beatą Gołembiowską
opowiada o własnych doświadczeniach uchodźczych, sile muzyki i odpowiedzialności
artysty wobec świata.
 |
.... |
Nadia Monczak
jest kanadyjską skrzypaczką polskiego pochodzenia, która od lat dzieli
swoją działalność zawodową między Europę a Amerykę Północną. Jako solistka
i kameralistka występowała w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, Rosji, Niemczech,
Szwajcarii, Włoszech, Grecji, Islandii, Holandii, Polsce, Słowacji, Ukrainie,
Serbii, Rumunii, Peru i Chile. Koncertowała między innymi w Weil Hall w
Carnegie Hall, Orford Arts Centre, Europejskim Centrum Muzyki im. Pendereckiego,
Kursaal Interlaken oraz w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Limie w Peru.
Jej artystyczną drogę kształtowali prof. Vladimir Landsman na Uniwersytecie
w Montrealu, prof. Boris Belkin w Konserwatorium w Maastricht, a także
prof. Zakhar Bron na kursach mistrzowskich w całej Europie oraz w Zakhar
Bron Academy w Interlaken w Szwajcarii. We wrześniu 2025 roku rozpoczęła
studia doktoranckie w Montrealu. |
Przywiązana do swoich polskich korzeni,
regularnie koncertuje w ambasadach i konsulatach RP na całym świecie, a
od 2012 roku jest założycielką i dyrektorką Towarzystwa Muzycznego im.
Chopina w Montrealu. Działalność humanitarna jest nieodłącznym elementem
jej działalności muzycznej. Prowadziła warsztaty dla orkiestr El Sistema
w Peru i Chile, a ostatnio udzielała lekcji gry na skrzypcach i koncertowała
w obozach dla uchodźców na Lesbos w Grecji - projekt ten został sfilmowany
na potrzeby krótkometrażowego filmu dokumentalnego dla CBC Arts.
Przeprowadziłam z Nadią dwie rozmowy,
oddalone od siebie w czasie, ale niestety na tematy ciągle aktualne. Pierwsza
miała miejsce tuż po ataku Rosji na Ukrainę, a druga po ataku Izraela na
strefę Gazy.
Beata Gołembiowska - W
bardzo wczesnym wieku zaznałaś losu uchodźcy, gdyż przyjechałaś do Kanady
jako niemowlę, z rodzicami, którzy uciekali przed komunistycznym reżimem
...
Nadia Monczak - Podczas udzielania
wywiadów dla CBC wspomniałam, że los uchodźców jest mi szczególnie bliski,
gdyż sama w wieku trzech miesięcy byłam uchodźcą, chociaż nie towarzyszyły
mojej "ucieczce" dramatyczne okoliczności. Moi rodzice wyemigrowali z Polski
w 1988 roku, czyli jeszcze za czasów komunizmu. Przez wiele miesięcy starali
się o paszporty, ale bezskutecznie. W końcu mój tata dostał pozwolenie
na wyjazd na konkurs muzyczny do Włoch, a mama do tego kraju miała wykupioną
wycieczkę. Na wypadek, gdybym nie dostała paszportu, rodzice planowali
schować mnie w samochodzie. Wyjeżdżali maluchem, a ponieważ nie było wtedy
w Polsce fotelików dla niemowląt umieścili mnie w skrzynce na jabłka. Bezpiecznie
dotarliśmy do Rzymu. Rodzice starali się o emigrację do Stanów, Australii
i Kanady. W tym okresie we Włoszech nie było już obozów dla uchodźców,
więc zamieszkaliśmy w domku na działce i żeby przeżyć, mama dawała lekcje
gry na fortepianie. Miałam osiem miesięcy, kiedy Kanada nas przyjęła.
B.G. - Na całym świecie
- z nielicznymi wyjątkami - kariera artystyczna nie jest szczególnie intratna.
Jak rodzice-muzycy dali sobie radę w Kanadzie jako poczatkujący imigranci?
Nauka dzieci gry na skrzypcach
w obozie dla uchodźów Kara Tape na Wyspie Lesbos
N.M. - Mama ukończyła średnią
szkołę muzyczną w klasie wiolonczeli, a potem nie kontynuowała studiów
muzycznych, lecz zajęła się - i do tej pory to kontynuuje - organizacją
koncertów i festiwali. Tata studiował na Akademii Muzycznej we Wrocławiu,
a potem na dwóch uczelniach w Montrealu, gdzie ukończył studia doktoranckie.
Do dzisiaj jest skrzypkiem, a mama menadżerką. Rodzice zdawali sobie sprawę,
że nie mają "rozchwytywanych" zawodów, lecz byli zdeterminowani, żeby w
nowym kraju kontynuować pracę zgodnie ze swoim wykształceniem. Gdy osiedlili
się w Montrealu i nauczyli się francuskiego, ojciec od razu rozpoczął studia
muzyczne i na uczelni poznał wiele osób z kręgów artystycznych. Większość
początkujących imigrantów chwyta się jakiegokolwiek zajęcia, żeby przeżyć
i rezygnuje ze swojej wcześniejszej kariery zawodowej. Tata postanowił,
że będzie pracować jako muzyk. Po studiach zaczął grać w orkiestrach i
dawać lekcje gry na skrzypcach. Ciągle mi powtarzał, żebym szukała pracy
wyłącznie jako muzyk, gdyż zawsze znajdą się jakieś możliwości.
B.G. - A Twoja droga muzyczna?
N.M. - Zaczęłam grać na skrzypcach
w wieku czterech lat, lecz nie od razu stało się to moją pasją. Ojciec
mnie namawiał do obrania kariery muzycznej, ale ja się buntowałam. Może
po prostu przez przekorę? Aż przyszedł przełomowy moment. Miałam
wtedy 17 lat i w Polsce grałam z kwintetem smyczkowym wersję kameralną
Koncertu F moll Chopina. Solistą był zwycięzca Konkursu Chopinowskiego
z 1990 roku, Kevin Kenner. Zafascynowana jego wykonaniem, które wydało
mi się czystą poezją, uświadomiłam sobie nagle, że muzyka jest moją drogą.
Ponieważ "obudziłam" się dość późno, musiałam ostro wziąć się do roboty,
żeby nadrobić lata wahań, kim naprawdę chcę być.
B.G. - W pewnym momencie
Twoja droga muzyczna zaczęła się splatać z działalnością humanitarną. W
2018 roku pojechałaś na Wyspę Lesbos, by uczyć gry na skrzypcach dzieci
z obozu dla uchodźców. Skąd wziął się ten impuls?
N.M. - To była realizacja
innej drogi, o której marzyłam już we wczesnym dzieciństwie. Niemalże od
zawsze pociągała mnie pomoc humanitarna. Najpierw chciałam być siostrą
misjonarką, później lekarką, a zawsze w moich marzeniach pojawiała się
Afryka. Możliwe, że tak późno zaczęłam na serio traktować karierę muzyka,
gdyż wydawało mi się, że będę się spełniać w pomaganiu ludziom. Gdy nastąpił
przełom, o którym wspomniałam, musiałam bardzo ostro wziąć się do roboty
i nie miałam czasu, żeby myśleć o realizacji moich wcześniejszych pragnień.
Lecz one zawsze we mnie były. Wydawało mi się, że to jest normalne, że
wszyscy chcą pomagać. Jakże byłam zdziwiona, gdy odkryłam, że pod tym względem
nie jestem aż tak typowa.
Nadia Monczak z wolontariuszami
w Ukrainie
Gdy w 2018 roku zaczęłam szukać możliwości
połączenia pracy humanitarnej z muzyką, sprawa uchodźców była głośna i
obóz na greckiej wyspie Lesbos był wspominany we wszystkich mediach. Do
Grecji czuję duży sentyment, jakby była moją duchową ojczyzną. Może między
innymi dlatego, że moja mama przebywała w tym kraju, kiedy była ze mną
w ciąży. Szukałam organizacji dającej możliwość połączenia pracy muzycznej
z humanitarną. Udało mi się skontaktować z Art Angels Relief - organizacją,
która rozpoczęła program muzyczny dla dzieci dzięki donacjom wielu instrumentów
smyczkowych z Anglii. Niestety, gdy przyjechałam do Grecji, kilka miesięcy
wcześniej organizacja z braku funduszy przerwała kursy muzyczne, dlatego
musiałam większość dzieci uczyć od podstaw.
B.G. - Czy wszystkie te
dzieci były utalentowane muzycznie?
N.M. - Nie, nie wszystkie.
Miałam jedną klasę, którą zaczęłam uczyć zbiorowo, ale czasami oprócz dawania
lekcji brałam skrzypce, chodziłam po terenie obozu i po prostu grałam melodie
typu La vie en Rose czy inne znane, wpadające w ucho. W takich miejscach,
gdzie ludzie często żyją w desperacji, bo nie wiedzą, jak długo tam będą,
moja gra wywoływała uśmiech na ich twarzach, dawała chwilę relaksu. Były
takie momenty, że po drodze spotykałam dzieci i wtedy robiłam małą prezentację,
jak się gra na skrzypcach. Raz mały chłopiec, gdy tylko wziął instrument
do ręki i pokazałam mu pozycję, już za pierwszym razem miał najbardziej
doskonałą prawą i lewą rękę, tak jakby od lat grał na skrzypcach. A potem
spotkałam inne dziecko, nastolatka z Afganistanu, który w ciągu pierwszej
godzinnej lekcji nauczył się zagrać melodię Twinkle Twinkle Little Star.
B.G. - Czy nadal masz kontakt
z tymi dziećmi?
W bunkrze we Lwowie z
wolontariuszami z Folkowiska
N.M. - Niestety nie, ale z
jedną rodziną tak. Ich córka pomagała mi uczyć dzieci, więc się zaprzyjaźniłyśmy.
To była rodzina kurdyjska. Udało się im wyjechać z Lesbos i są obecnie
w Anglii. Czułam się bardzo wdzięczna za wszystkie chwile z młodymi uchodźcami
i ich rodzinami. Natomiast, od strony bardziej negatywnej, moje doświadczenie
na Lesbos uświadomiło mi, że zawsze się znajdą ludzie i organizacje gotowe
użyć każdą kryzysową sytuację, by na tym osobiście skorzystać. Odtąd, zanim
zaangażuję swoją energię lub pieniądze, chcę się upewnić czy organizacja
jest naprawdę wiarygodna.
B.G. - Tocząca się obecnie
wojna w Ukrainie poruszyła cię do tego stopnia, że tuż po jej wybuchu zorganizowałaś
koncert w Montrealu w celu zebrania funduszy na ofiary wojny. Czy
możesz mi opowiedzieć o tym koncercie? Kto był jego pomysłodawcą? Jaki
był odbiór i czy udało się osiągnąć cel?
N.M. - Gdy zaczęła się wojna,
miałam koncertowe tournée w Quebecu. Tak przeżyłam tę wiadomość, że nie
spałam prawie całą noc i sprawdzałam doniesienia z Ukrainy. Mam trzech
przyjaciół Ukraińców. Poprzez osobiste więzi inaczej się odbiera tego typu
tragedię. Cały czas czekałam na wiadomości od nich. Wszyscy są muzykami
i nasza profesja dodatkowo nas powiązała. Jeden z nich jest Ukraińcem,
ale mieszka w Niemczech i pojechał na kilka koncertów do Kijowa. Gdy wybuchła
wojna, nie mógł wrócić do Niemiec.
Czułam się bezradna, a chciałam jakoś
pomóc, szczególnie tym wszystkim, którzy uciekali przed wojną. Dlatego
postanowiłam zorganizować koncert, aby dodatkowymi funduszami wesprzeć
uchodźców. Zorganizowanie tak wielkiego przedsięwzięcia trochę mnie przerażało,
ale coraz więcej osób okazywało pomoc. Po dwóch latach "covidowej" izolacji
to było niesamowite, jak ludzie potrafili nagle się zjednoczyć. Tyle osób
pomogło przy tym koncercie, nie tylko sponsorzy, ale firma graficzna, potem
firma drukarska, szef firmy Québecor Media, który za darmo nagłośnił koncert
w "Journal de Montreal". Nieoceniony wkład finansowy i organizayjcny włożyła
także Fundacja Rodziny Korwin-Szymanowskich. W przeciągu zaledwie dwóch
tygodni koncert został zorganizowany! Mieliśmy najwyższej jakości nagłośnienie
i oświetlenie firmy Solotech, niesamowitą ekipę, która filmowała cały koncert
i puszczała na żywo, świetnych, znanych w Quebecu muzyków, którzy przyciągnęli
publiczność. Dodatkowo koncert odbył się w pięknej scenerii montrealskiej
Bazyliki Notre Dame. Proboszcz tego najbardziej okazałego kościoła w Montrealu
był nam bardzo przychylny, otworzył dla nas szeroko drzwi - prawdziwy duchowny
z powołania. Widownia wypełniła wszystkie 1600 miejsc, a dodatkowo ponad
5 tysięcy osób oglądało na żywo koncert w Internecie. W sumie zebraliśmy
205 tys. Dolarów i przekazaliśmy tę sumę polskiej organizacji Folkowisko,
która od ponad 10 lat organizuje festiwale muzyczne przy granicy z Ukrainą.
Już w pierwszym dniu wojny członkowie
Folkowiska pojawili się na granicy i byli pierwszymi, którzy zaoferowali
konkretną pomoc. Są to artyści zaangażowani w pomoc humanitarną i robią
to z pasją na zasadzie wolontariatu. Ponad 1000 wolontariuszy z Europy
i świata przyjechało im pomóc. Prawie codziennie jeździli do Ukrainy, mieli
kontakty z władzami różnych miast. Dwa razy miałam możliwość ich spotkać
- pierwszy raz w Jaworowie, tuż przy granicy polsko-ukraińskiej, pod koniec
marca 2022 roku, niecały tydzień po koncercie w Montrealu, a ponownie w
kwietniu, tym razem we Lwowie, kiedy filmowaliśmy następny dokument dla
kanadyjskiej TV. Zostali oznaczeni medalami za swoją działalność.
B.G. - Co czułaś, gdy byłaś
we Lwowie, na terenie kraju ogarniętego wojną?
N.M. - Na zachodzie Ukrainy
nie odczuwało się tak działań wojennych jak na wschodzie. Miałam aplikację
"trwoga" i raz musiałam uciekać do schronu, ale ludzie muszą żyć dalej,
pracować, więc z pozoru wszystko wyglądało normalnie. Jednak widok namiotów
dla uchodźców naprzeciwko dworca kolejowego stale przypominał, że toczy
się wojna.
B.G. - A jak Twoi przyjaciele-muzycy?
Czy byli w miarę bezpieczni?
Nauka dzieci gry na skrzypcach
w obozie dla uchodźów Kara Tape na Wyspie Lesbos
N.M. - Przyjacielowi, który
na stałe mieszka w Niemczech, udało się pod koniec marca 2022 roku wrócić
do domu. Drugi, który jest muzykiem w orkiestrze w Odessie, w czerwcu 2022
roku, razem z wiolonczelistą wyjechał do Szwajcarii na koncert i tam został,
chociaż jest mu teraz bardzo ciężko się utrzymać. W czasie wojny kultura
jest na ostatnim miejscu, aby ją wspierać. Martwię się o moich przyjaciół,
jak sobie radzą, jak przeżyją tę straszną wojnę.
B.G. - Twoja muzyczno-charytatywna
działalność nie ogranicza się tylko do tych dwóch wydarzeń - wyjazdu na
wyspę Lesbos czy zorganizowania koncertu w Montrealu na rzecz uchodźców
z Ukrainy. W 2007 roku odwiedziłaś obóz w Saltillo, w Meksyku, w 2014 roku
prowadziłaś zajęcia z orkiestrami El Sistema w Peru i w Chile, w 2018 roku
powróciłaś do Grecji, by prowadzić warsztaty muzyczne w Atenach w Centrum
dla uchodźców Sissa Education, w 2019 uczyłaś w programie Encore! Sistema,
który oferuje darmowe kursy grupowe dla dzieci z biedniejszych rodzin w
Montrealu. W latach 2020-2021, podczas pandemii Covid-19, wraz z kilkoma
innymi osobami polskiego pochodzenia podjęłaś dwie inicjatywy pomocy seniorom
z Polonii. Jedna z nich, Infolinia Polonia, była finansowana przez rząd
kanadyjski. Od tego czasu regularnie organizujesz koncerty w domach dla
seniorów. W 2022 roku współorganizowałaś koncert dla sierocińca w Chernovitsi,
razem z polskim oddziałem Smile Foundation w Nowym Jorku, w prestiżowej
Carnegie Hall. Która z tych akcji wywarła na Tobie największe wrażenie
i została najdłużej w Twojej pamięci?
N.M. - Dwa wyjazdy do greckich
obozów wywołały najwięcej moich emocji, ponieważ tam bezpośrednio spotkałam
się z ludźmi po strasznych wojennych przeżyciach. Byli to głównie Kurdowie
i Syryjczycy, i dla mnie dodatkowo było to pierwsze bezpośrednie zetknięcie
z bardzo odmiennymi kulturami. Historie tych ludzi były bardzo wzruszające,
najbardziej odległe od mojej rzeczywistości. Bo jeśli chodzi o dzieci z
Montrealu, są wprawdzie z biedniejszych rodzin, ale mieszkają w spokojnej,
bogatej Kanadzie. Podobnie ludzie z Ameryki Południowej, chociaż też dużo
przeszli, ale tam nie ma wojny. A w Grecji to są uchodźcy, którzy
zostawili wszystko i uciekli do lepszego życia. Te rodziny, czekające w
kompletnym zawieszeniu, najbardziej mnie ujęły.
B.G. - Czy te historie
czasami cię prześladują? Czy to nie obciąża twojej psychiki? Czy Twoja
wiara w człowieka nie jest zachwiana?
N.M. - To jest głębokie pytanie.
Pobyt w Grecji długo we mnie "siedział". Podobnie odczuwają to inni wolontariusze.
Razem z moją przyjaciółką, Ukrainką, organizowałyśmy koncerty dla sierocińca
w Ukrainie, a ona była tam latem i do dzisiaj nie może dojść do siebie.
Tamte historie, które słyszała, są przerażające. Dlatego zdecydowała nie
wracać do Ukrainy. To, co czyta się w mediach, prawie zupełnie nie odzwierciedla
tego, co się widzi na własne oczy.
B.G. - Czy muzyka daje
Ci siłę, która powoduje, że mimo wszystko angażujesz się w pomoc dla tych
ludzi?
N.M. - Dla mnie miłość jest
moją siłą - gdy daję ją innym i ją otrzymuję od tych, którym pomagam i
od moich najbliższych. Natomiast muzyka jest dla mnie ciągłym wyzwaniem,
jest niekończącą się wspinaczką. Cały czas muszę się doskonalić, poprawiać,
ulepszać. Pragnę stać się muzykiem bardziej głębokim, więcej improwizować,
więcej komponować. Dzięki muzyce nigdy nie spocznę na laurach, bo zmusza
mnie do planowania następnych projektów. Kreatywność w życiu daje mi najwięcej
satysfakcji, daje mi energię i sprawia, że życie jest barwne.
Że chce mi się po prostu żyć!
Beata Gołembiowska - pisarka,
dziennikarka, blogerka, reporterka torontońskiej Gazety. bgbooks.com.pl
|