| Kanada pachnąca przygodą
(cz.3)
Trzecia
część naszej kanadyjskiej wędrówki prowadzi przez miejsca, w których natura
mówi najgłośniej - lodowce "cofające się na naszych oczach", bezkresne
drogi, oceaniczne wybrzeża i ślady dawnej historii Ziemi. To etap podróży
pełen zachwytu, pytań i refleksji nad czasem, przemijaniem i miejscem człowieka
w świecie. Jest to również początek drogi powrotnej do Montrealu, prowadzącej
przez kolejne krajobrazy i doświadczenia, które dopełniają całość tej wyprawy.
Duże wrażenie
robi na nas pole lodowcowe Kolumbia, stanowiące największą na świecie pokrywę
lodu, niepolarną, wewnątrz kontynentu. Wody z topniejących lodowców spływają
do trzech oceanów: Atlantyckiego, Spokojnego i Arktycznego. Niedługa ścieżka
z parkingu przy drodze Icefields Parkway prowadzi nas na jęzor lodowca.
Naszą uwagę zwracają oznaczenia pokazujące kolejne etapy jego cofania się.
To zjawisko jest pilnie obserwowane od końca XIX wieku. Zadajemy sobie
pytanie czy to wynik naturalnego ocieplania się Ziemi, czy też działalności
człowieka? Icefields Parkway to jedna z najbardziej malowniczych dróg na
świecie. Przeprawa przez nią nie jest zwykłą podróżą autostradą, lecz wyprawą
przez czas i przestrzeń, w której każdy zakątek, wzniesienie, wodospad,
jezioro, rzeka zapiera dech w piersiach, a surowa przyroda dyktuje własne
warunki. Unikalna, jedyna na świecie sceneria tego miejsca zapisuje się
w naszej pamięci na całe życie.
W drodze powrotnej
natykamy się na czarnego niedźwiedzia! Buszuje w przydrożnych zaroślach
szukając przysmaków. Za naszym samochodem ustawia się sznureczek, wszyscy
chcą zobaczyć zwierzę na wolności. Spray na szczęście znowu nie jest potrzebny!
Z żalem opuszczamy
Golden, ale przecież jeszcze przed nami sporo wrażeń. Na trzy dni zatrzymujemy
się w miasteczku Anglemont w uroczym drewnianym domku nad Jeziorem Shuswap.
Roi się ono od niezliczonych łososi, które tu właśnie wracają na tarło
po długiej i uciążliwej wędrówce, najwięcej jest ich pod koniec lata.
Następnym etapem
jest Victoria na Wyspie Vancouver, a po drodze Whistler, miasteczko olimpijskie.
Jedziemy drogą nr 99 wzdłuż potężnego kanionu Thompson. Ręce pocą mi się
ze strachu na ostrych zakrętach, czasem pod kątem 180 stopni, a potęguje
go widoczna w dole głęboka na ponad 100 metrów przepaść. Spacerujemy po
miasteczku olimpijskim zaglądając do uroczych butików, kawiarenek, parków,
restauracji. Znajdujemy nazwiska polskich sportowców, którzy zdobyli medale
na olimpiadzie zimowej w 2010 - Adama Małysza i Justyny Kowalczyk. Jeszcze
robimy obowiązkowe zdjęcie na tle kół olimpijskich, potem uwieczniamy się
na loga ilanaaq (w języku Inuitów oznacza przyjaciela) i malowniczą autostradą
Sea to Sky (Od morza do nieba) wyruszamy w dalszą drogę aż do promu na
Wyspę Vancouver.
Prawdziwym
klejnotem w stolicy BC jest Butchart Garden. Wspaniały ogród z dywanami
kwiatów i różnorodnymi drzewami wygrywa w naszym rankingu na najpiękniejszy
park. Jola z Jurkiem podpatrują jak najdoskonalej urządzić ich kwiatowy
zakątek w Gdańsku. Zadziwiają nas palmy rosnące w wielu miejscach na wyspie.
Okazuje się, że jest to specjalny kanadyjski gatunek, który bez trudu znosi
łagodną zimę w tym regionie Kanady. Szkoda, że nie można ich przewieźć
do Polski
Odbywamy amerykański
spacer samochodem panoramiczną drogą wiodącą nad cieśniną Juan de Fuca,
co pozwala nam docenić cudowne położenie Victorii i zobaczyć miasto w pełnej
krasie. W tym miejscu zaczyna się słynna Droga Transandyjska nr 1 o długości
8 000 km biegnąca aż do Nowej Funlandii. Jeszcze szybki rzut oka na centrum
z pięknie oświetlonym budynkiem parlamentu, który wraz z dumnie wznoszącym
się Fairmont Empress Hotelem zjawiskowo odbija się w wodach przystani.
Jest wieczór, wracamy do naszej suite executive" (mieszkanie o wyższym
standardzie", tak z lekką przesadą w porównaniu z luksusowym Fairmont zostało
przedstawione airbnb). Ma tę przewagę nad hotelem, że możemy wieczór spędzić
w ogrodzie, przy ognisku pod rozgwieżdżonym niebem.
Następnego
dnia odbywamy wycieczkę zachodnim wybrzeżem. Podziwiamy dziką przyrodę
tego miejsca, gdzie fale oceaniczne uderzając o brzeg wyrzucają ogromne
pnie, które z kolei zmywane są przez przypływy. Plaże są piękne, choć nie
zachęcają do kąpieli, bo woda jest zimna. Można powiedzieć, że jesteśmy
na końcu świata, bo po drugiej stronie już tylko ogromna morska przestrzeń
Pacyfiku.
Potem my oboje
z mężem odbieramy rulotkę z postoju w Courtenay, a Jola i Jurek sami zwiedzają
Victorię. Nasza wyprawa prawie się kończy. Wracamy promem do Vancouver,
gdzie ostatnie dni spędzamy w gościnnym airbnb pani Beaty (polecamy wszystkim,
którzy myślą o podróży w to miejsce!). W nocy budzi nas gwizd słynnego
pociągu. Trochę nam przeszkadza, ale właściciele się przyzwyczaili i mówią
nam, że co roku goszczą pewną Amerykankę, która przyjeżdża do nich m.in.
po to, żeby usłyszeć ten gwizdek...
Ostatniego
dnia zwiedzamy wspaniałe Muzeum Antropologiczne, które zadziwiło nas ogromną
kolekcją sztuki rdzennych ludów północno-zachodniego wybrzeża, a także
niezwykłą architekturą. Budynek jest arcydziełem Arthura Ericksona z 1976
r. Frontowa ściana swym wyglądem przypomina maskę indiańską. Jasna, oszklona
Wielka Sala ze słupami totemicznymi harmonijnie wpisuje się w otaczającą
przyrodę zacierając granice między naturą a dziełem człowieka. I znowu
zadajemy sobie pytanie: Jak potoczyłyby się losy rdzennej ludności, gdyby
nie przybycie Europejczyków?
Nasza podróż
z Jolą i Jurkiem kończy się doskonałą kolacją na wyspie Grainville - dawnej
dzielnicy przemysłowej przekształconej z części fabrycznej w urokliwe miejsce
pełne butików, galerii, restauracji. Przeżyliśmy razem intensywny miesiąc
wśród niezwykłej natury, fajnych ludzi, wypełniony różnymi obrazami, smakami,
zapachami, wrażeniami.
W czasie naszej
powrotnej drogi do Montrealu zobaczyliśmy kilka miejsc zasługujących na
wzmiankę. Badlandy w Albercie położone w dolinie rzeki Red Deer to tereny
najbogatszych skamielin na świecie. Tu właśnie odkryto pochodzące sprzed
64 -140 milionów lat setki szkieletów dinozaurów. Ich skamieniałe szczątki
odsłoniła erozja i spływające wody. Wyłoniły się też zbocza nietypowych
surowych skał zwanych złymi ziemiami". Ten dziki, prawie księżycowy krajobraz
niezwykle porusza naszą wyobraźnię. Można tu odbyć wędrówkę po łysych pagórkach
Hoodoos przypominających grzyby czy kominy. Nie jest to spacer zbyt trudny,
bo górki są dość łagodne. Na pewno inspiruje do zastanowienia nad przeszłością
Ziemi. Takim też miejscem jest jedno z największych na świecie muzeów poświęcone
istotom żywym z czasów geologicznych - Royal Tyrrell Museum. W galerii
dinozaurów znajdują się imponujące figury tych gadów odtworzone częściowo
z autentycznych szczątków, częściowo zaś z odlewów na podstawie znalezionych
tu skamielin. Nie jestem fanką dinozaurów, ale to muzeum zaimponowało mi
naukowym podejściem do historii Ziemi i początków życia na niej. A wszystko
pokazane niezwykle obrazowo i przystępnie. I znowu zadajemy sobie pytanie:
Jak wyglądałoby życie na Ziemi, gdyby w wyniku uderzenia asteroidy 66 mln
lat temu nie wyginęły dinozaury?
W Reginie -
stolicy Saskatchewan zwiedzamy parlament pięknie położony w otoczeniu ogrodów
francuskich na terenie Wascana Center na brzegu jeziora. Duże wrażenie
robi architektura tego budynku oraz jego wnętrze, które oglądaliśmy z przewodnikiem.
Wszędzie dominuje postać królowej Elżbiety II: a to na koniu, a to na balu,
a to na defiladzie
Galeria portretów przedstawia premierów prowincji,
wśród których nie ma żadnej kobiety. Ale góruje nad nimi oczywiście królowa
Elżbieta, a pewnie niedługo pojawi się też portret króla Karola
Dewiza
miasta The Queen City zobowiązuje...
Nasza dwuipółmiesięczna
podróż okazała się piękną lekcją geografii i historii i potwierdziła słowa
Marka Bieńczyka: Kanada nie jest rajem na ziemi, ale doprawdy niezłym
przystankiem".
Magda
Chylewska - polonistka, felietonistka
|