| Moja Compostela w Québecu
Od końca XX-ego
wieku popularność Szlaku św. Jakuba nieustannie rośnie. Powiedzmy to inaczej:
populacja pielgrzymów, którzy wybierają się do Santiago de Compostela w
Hiszpanii, powiększa się z roku na rok. Zwykle nie chodzi tu o jednorazowy
wypad, ale o ciągły powrót jak do źródła oraz o przeżywanie szlaku inaczej
i gdzie indziej, poprzez filmy, książki, spotkania czy inne formy podróżowania.
W ten sposób pielgrzymi nie tyle przemieszczają się od punktu A do punktu
B, co zamieszkują ten szlak, który to jednocześnie się rozrasta, gdyż jego
kłącza pokrywają właściwie całą Europę, a nawet docierają poza ocean.
Sam do Santiago
wybierałem się co lato między 2015-tym a 2018-tym rokiem. Mimo że nie wychodziłem
z progu własnego domu, jak zwykliśmy sobie wyobrażać wędrówki średniowiecznych
pielgrzymów, przeszedłem również część Camino Polaco, która prowadzi przez
Toruń, moje rodzinne miasto. Zamiast jednak opisywać te podróże (jak w
słowach oddać doświadczenie drogi?), chciałbym tutaj opowiedzieć o mojej
Composteli w Québecu.
Compostela
w Québecu? Brzmi to jak anomalia. Według legendy z XI-ego wieku grób św.
Jakuba jest przecież w hiszpańskiej Galicji, w mieście nazwanym na cześć
apostoła i wewnątrz katedry, która znajduje się w jego sercu. To w tamtym
kierunku zmierzały jak sobie to dziś wyobrażamy, "tłumy" pielgrzymów; te
tamte drogi pisane są intencjami oraz cudami, które miały na nich miejsce;
wreszcie, to tamte mury są świadkami opowieści snutych w schroniskach.
Warto natomiast powiedzieć, że w ostatnich dekadach Camino de Santiago
przybiera różne formy i znaczenia: pielgrzymka nie ogranicza się już do
podróży w danej intencji ku miejscu świętemu, gdyż może to być wyprawa
zarówna religijna, jak i duchowa, sportowa, czy nawet gastronomiczna lub
muzyczna. Sens podróży jest w ruchu.
Popularyzacja
pielgrzymowania sprawiła, że również w Québecu powstały szlaki na obraz
tego, który prowadzi do Santiago de Compostela. Istnieją przede wszystkim
trzy Camino ("drogi") inspirowane europejskim modelem: Mini Compostelle
de Mégantic, która znajduje się w regionie obserwatorium i prowadzi pod
czystym, gwiaździstym niebem, do Lac-Mégantic; Notre-Dame de Kapatakan,
która bierze swój początek u statuetki Maryi górującej nad fjordem Saguenay
przy Baie Éternité i kończy się w Ermitage Saint-Antoine niedaleko Lac
Saint-Jean; Entre Vents et Marées, która okrąża wyspy magdaleńskie i którego
symbolem jest muszla.
Każdy z tych
szlaków ma ponad 100 kilometrów, czyli tyle, ile wystarczy, by w biurze
przy katedrze w Santiago otrzymać certyfikat pielgrzyma. Jak w Hiszpanii,
można je przebyć pieszo, rowerem lub konno. Pomysłodawcy zadbali również
o to, by wędrowcy mogli się posilić i spać w schroniskach. Czasem oferowany
jest również transport bagaży. Infrastruktura przypomina zatem tę, którą
znamy ze szlaku jakubowego.
Tyle że oczywiście
szlaki te nie są pisane legendami i cudami, które w Europie tworzą Camino
od średniowiecza, tak jak wielorakie intencje tłumów pielgrzymów (słowo
to pasuje zwłaszcza dzisiaj) maszerujących w kierunku katedry. Mimo innych
sanktuariów i miejsc świętych - dla chrześcijan, autochtonów i ludzi innych
wierzeń - grobu apostoła przecież w Québecu nie ma.
Dlaczego
więc ten model, dlaczego te drogi? Czy pielgrzymką nie może być podróż
samochodem do parku narodowego lub spacer po mieście? Jeśli konieczny jest
plecak wypełniony intencjami i trzema zmianami ubrań, w Québecu nie brak
długodystansowych szlaków: myślę tu o Traversée de Charlevoix, Sentier
du Fjord, Circuit de LAbbaye
czy nie są to też swego rodzaju Compostele?
Przecież również trwają przynajmniej kilka dni, wymagają zatem wytrwałości
i - powiedzmy to - wiary, nawet jeśli nie prowadzą one do relikwii jednego
ze świętych. Nie zgodzę się jednak, że jest to wiara w samego siebie: przeciwnie,
wyruszenie na wędrówkę wymaga wiary w drogę, która zawsze wymyka nam się
spod kontroli, gdyż jest czymś więcej niż oczekujemy. Itinerarium to nie
opowieść. Droga przynosi spotkania i wydarzenia, na które trzeba być otwartym.
Dwa lata temu
okrążyłem z przyjaciółmi Gaspezję. W ciągu dwóch tygodniu podróży spacerowaliśmy
po skałach parku Bic, oddychając aromatami alg morskich; podziwialiśmy
zachody słońca
na plaży schroniska Sea Shack; odwiedziliśmy sanktuarium głuptaków na
wyspie Bonaventure,
gdzie ptaki te przylatują na okres lęgowy; w parku Miguasha dotknęliśmy
skał, które są strażnikami prehistorycznych szczątków. W połowie okrążenia,
zgoła 100 kilometrów przed słynną skałą Percé, znajduje się Gaspé: miejscowość,
która dała nazwę całemu półwyspowi i którą to możemy przetłumaczyć, z języka
mikmak, na "koniec świata". W parku Forillon latarnia morska postawiona
została na samym czubku wcinającej się w spienioną wodę skały. Stamtąd
wybiega wąska ścieżka, która prowadzi jeszcze dalej: jak wąż wije się aż
do drewnianego pomostu, skąd rozpościera się widok na szeroki ocean.
Postawiony
tam został znak: "koniec świata". Żadnego lądu jak okiem sięgnąć. Gdy spojrzymy
na mapę, wiemy jednak, że za Terre-Neuve, po drugiej stronie Atlantyku,
znajduje się Stary Kontynent; co więcej, Gaspé leży właściwie na tym samym
równoleżniku, co Finistere z Bretanii. Kilka stopni niżej zaś mamy inny
koniec świata, galicyjską Finisterrę oddaloną od Santiago de Compostela
o zaledwie 100 km, miejsce o symbolice wielce znaczącej dla pielgrzymów.
Gdy zdaję sobie z tego sprawę, wraca do mnie moment, gdy patrzyłem w drugą
stronę z półwyspu Quibéron w Bretanii, oczy skierowane ku Kanadzie w lato
poprzedzające mój przyjazd do Montrealu; wraca też inny moment, gdy dotarłem
do kamienia oznaczającego kilometr 0, który znajduje się w galicyjskiej
Finisterze. W jednym miejscu obserwowałem wschód, w drugim zachód słońca.
Wszystko się połączyło, gdy stanąłem na końcu świata w Gaspezji.
Czy to nie
w taki sposób właśnie "tworzy się" sens pielgrzymowania? W ostatnie lato
wybrałem się na noc Perseid do regionu Mont-Mégantic, który ustanowiony
został pierwszym międzynarodowym "sanktuarium" rozgwieżdżonego nieba. Gdy
leżałem na ziemi, obserwując roje meteorów przecinające konstelacje, myślałem
o ludowej legendzie, według której pielgrzymi zamiast mapą kierowali się
Drogą Mleczną która, jako odbicie drogi ziemskiej, miała ich prowadzić
do Santiago de Compostela i dalej, aż do końca świata. Ja dopiero tutaj
ją zobaczyłem, jaśniejącą w ciemności i oglądałem tak długo, aż zniknęła
w blasku pełnego księżyca. Jaki kierunek mi wskazywała?
Następnego
dnia pojechaliśmy wędrować po parku Mont-Mégantic, gdzie odkryłem, że schroniska
zostały nazwane według konstelacji, a nazwy ścieżek czerpią ze słownictwa
chrześcijańskiego pielgrzymowania (które zresztą miało tam miejsce w XX-ym
wieku do kaplicy św. Józefa).
Niebo i Ziemia
zdawały się lustrzanym odbiciem, zupełnie jak na Szlaku św. Jakuba. Na
początku jesieni wybrałem się samochodem w region Saguenay, przez który
przebiega szlak Notre-Dame de Kapatakan: postawiłem na nim stopy, lecz
moja pielgrzymka była gdzie indziej. Gdy wyruszyłem rowerem, by pokonać
jeden z etapów Véloroute des Bleuets, która okrąża Lac Saint-Jean i promowana
jest jako najważniejsza destynacja rowerowa w Ameryce Północnej, natknąłem
się w Alma na restaurację tak niewiarygodną, że zdała mi się przywidzeniem.
Le Saint-Cr?me to zdesakralizowany kościół przekształcony na hotel oraz
salę jadalną. Przez kolorowe witraże wpadały promienie słońca. Ludzie jedli
śniadanie i lody przy kościelnych ławkach. Tam, gdzie kiedyś był ołtarz,
znajdowała się kuchnia; tam też można było składać i odbierać zamówienia.
Trudno wyobrazić sobie schronisko, które lepiej pokazywałoby - należy to
zrozumieć z odrobiną ironii - przemiany w dzisiejszym pielgrzymowaniu.
Doświadczenie
pielgrzyma zmienia się, gdyż transformacja jest w jego naturze, lecz
nadal pozostaje
przede wszystkim spotkaniem z nieznanym i z samym sobą. Takich
momentów było
więcej w czasie moich podróży po Québecu: mozolna wspinaczka szlakiem Acropole
des Draveurs; namiotowanie tuż przy brzegu rzeki św. Wawrzyńca, kiedy to
sygnały wysyłane przez przepływający statek przebijały się przez mgłę i
budziły mnie ze snu; uczucie bycia zaledwie spadającym liściem, na łasce
i niełasce wiatru gnającego przez fiord; odczytywanie śladów zwierząt w
parku Grands Jardins, podczas gdy wokół nie było żadnego innego piechura
Oczywiście nie były to pielgrzymki do miejsc świętych, które wymagają wpisania
się w tradycję religijną i duchową, a nawet negocjowanie z tymi samymi
tradycjami.
Były to natomiast
przeżycia, które nazwałbym pielgrzymimi, gdyż dały mi zrozumieć, że
drogi nie
można samemu "wynaleźć" i nią podążać bez "wyjścia" z samego siebie.
Pielgrzymka
nie jest tylko wewnętrzna. To obcowanie z żyjącym światem, które już jest
duchowe.
Jedną z najważniejszych
pielgrzymich wartości jest również gościnność. Ta na szlakach, jak tych
wiodących do Santiago, Rzymu czy Jeruzalem, gdzie pielgrzymi myją sobie
stopy i jedzą razem, dzieląc się historiami z drogi, ale też ta oferowana
przez, między innymi, destylarnie czy wytwórnie sera. Od kilku lat, gdy
wybieram się na wędrówkę poza Montreal (a również na spacer po mieście)
zawsze staram się ją łączyć z odwiedzeniem lokalnych rzemieślników. Czy
są to piwa, kawy, przyprawy czy hodowla alpak, wędrówka wtedy nie jest
tylko stawianiem nogi za nogą, ale przeplata się z innymi smakami i aromatami.
W tradycyjnym rozumieniu nie jest to pielgrzymka: czy te spotkania, rozmowy
i zmysłowe odkrycia nie otwierają mnie jednak na nieznane, tak jak czyni
to droga pielgrzymia?
Myślałem o
tych wszystkich przeżyciach pod koniec mojej ostatniej podróży, siedząc
u Faux Bergers w regionie Charlevoix. Przed każdym kolejnym serwisem szef
kuchni dzwonił srebrnym dzwoneczkiem i opowiadał o tym, co cała sala miała
zaraz razem degustować; kelnerzy tuż wcześniej krążyli po sali, opisując
wina dopasowane do każdego z dań. Przypomniały mi się wtedy moje pierwsze
podróże do Francji, jeszcze przed studiami, w czasie których zwiedzałem
winnice w różnych regionów kraju. Przypomniały mi się metafory, których
używali winiarze i które brzmiały dla mnie jak poezja, nieznany język otwierający
przede mną zupełnie nowy świat. Przypomniały mi się wreszcie pierwsze degustacje
serów z winami. Wszystko to było jak podróż w czasie, jak gastronomiczna
liturgia lub inny rytuał. I pomyślałem sobie, jak to dobrze, że są jeszcze
miejsca, w których nie jesteśmy skazani na siebie, gdyż pozwalają nam one
uczestniczyć w czymś więcej. Taka też jest moja Compostela: to historie,
miejsca i ludzie które, połączone, tworzą moją mapę, moje terytorium.
Mikołaj
Wyrzykowski - doktorant na UQAM, pasjonat wędrówki oraz innych form
pielgrzymowania. Jego teza analizuje dziedzictwo szlaku św. Jakuba w literaturze.
Sam Camino przeszedł kilka razy, czego owocem były powieści, tomiki poezji
i badania naukowe. Powyższy artykuł powstał w ramach literacko-podróżniczego
projektu o Composteli w Quebecu, który został zrealizowany przy pomocy
George Greenia Fellowship.
mikolajwyrzykowski@outlook.com
|