.

MAGAZYN PANORAMA
352 Bergevin, Suite 6 
Lasalle, Qc
H8R 3M3 

E-mail: kontakt@panoramanews.org

Tel. (514) 367-1224 
Tel. (514) 963-1080



 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Moja Compostela w Québecu

Od końca XX-ego wieku popularność Szlaku św. Jakuba nieustannie rośnie. Powiedzmy to inaczej: populacja pielgrzymów, którzy wybierają się do Santiago de Compostela w Hiszpanii, powiększa się z roku na rok. Zwykle nie chodzi tu o jednorazowy wypad, ale o ciągły powrót jak do źródła oraz o przeżywanie szlaku inaczej i gdzie indziej, poprzez filmy, książki, spotkania czy inne formy podróżowania. W ten sposób pielgrzymi nie tyle przemieszczają się od punktu A do punktu B, co zamieszkują ten szlak, który to jednocześnie się rozrasta, gdyż jego kłącza pokrywają właściwie całą Europę, a nawet docierają poza ocean.

Sam do Santiago wybierałem się co lato między 2015-tym a 2018-tym rokiem. Mimo że nie wychodziłem z progu własnego domu, jak zwykliśmy sobie wyobrażać wędrówki średniowiecznych pielgrzymów, przeszedłem również część Camino Polaco, która prowadzi przez Toruń, moje rodzinne miasto. Zamiast jednak opisywać te podróże (jak w słowach oddać doświadczenie drogi?), chciałbym tutaj opowiedzieć o mojej Composteli w Québecu.

Compostela w Québecu? Brzmi to jak anomalia. Według legendy z XI-ego wieku grób św. Jakuba jest przecież w hiszpańskiej Galicji, w mieście nazwanym na cześć apostoła i wewnątrz katedry, która znajduje się w jego sercu. To w tamtym kierunku zmierzały jak sobie to dziś wyobrażamy, "tłumy" pielgrzymów; te tamte drogi pisane są intencjami oraz cudami, które miały na nich miejsce; wreszcie, to tamte mury są świadkami opowieści snutych w schroniskach. Warto natomiast powiedzieć, że w ostatnich dekadach Camino de Santiago przybiera różne formy i znaczenia: pielgrzymka nie ogranicza się już do podróży w danej intencji ku miejscu świętemu, gdyż może to być wyprawa zarówna religijna, jak i duchowa, sportowa, czy nawet gastronomiczna lub muzyczna. Sens podróży jest w ruchu.

Popularyzacja pielgrzymowania sprawiła, że również w Québecu powstały szlaki na obraz tego, który prowadzi do Santiago de Compostela. Istnieją przede wszystkim trzy Camino ("drogi") inspirowane europejskim modelem: Mini Compostelle de Mégantic, która znajduje się w regionie obserwatorium i prowadzi pod czystym, gwiaździstym niebem, do Lac-Mégantic; Notre-Dame de Kapatakan, która bierze swój początek u statuetki Maryi górującej nad fjordem Saguenay przy Baie Éternité i kończy się w Ermitage Saint-Antoine niedaleko Lac Saint-Jean; Entre Vents et Marées, która okrąża wyspy magdaleńskie i którego symbolem jest muszla.

Każdy z tych szlaków ma ponad 100 kilometrów, czyli tyle, ile wystarczy, by w biurze przy katedrze w Santiago otrzymać certyfikat pielgrzyma. Jak w Hiszpanii, można je przebyć pieszo, rowerem lub konno. Pomysłodawcy zadbali również o to, by wędrowcy mogli się posilić i spać w schroniskach. Czasem oferowany jest również transport bagaży. Infrastruktura przypomina zatem tę, którą znamy ze szlaku jakubowego.

Tyle że oczywiście szlaki te nie są pisane legendami i cudami, które w Europie tworzą Camino od średniowiecza, tak jak wielorakie intencje tłumów pielgrzymów (słowo to pasuje zwłaszcza dzisiaj) maszerujących w kierunku katedry. Mimo innych sanktuariów i miejsc świętych - dla chrześcijan, autochtonów i ludzi innych wierzeń - grobu apostoła przecież w Québecu nie ma.

 Dlaczego więc ten model, dlaczego te drogi? Czy pielgrzymką nie może być podróż samochodem do parku narodowego lub spacer po mieście? Jeśli konieczny jest plecak wypełniony intencjami i trzema zmianami ubrań, w Québecu nie brak długodystansowych szlaków: myślę tu o Traversée de Charlevoix, Sentier du Fjord, Circuit de L’Abbaye… czy nie są to też swego rodzaju Compostele? Przecież również trwają przynajmniej kilka dni, wymagają zatem wytrwałości i - powiedzmy to - wiary, nawet jeśli nie prowadzą one do relikwii jednego ze świętych. Nie zgodzę się jednak, że jest to wiara w samego siebie: przeciwnie, wyruszenie na wędrówkę wymaga wiary w drogę, która zawsze wymyka nam się spod kontroli, gdyż jest czymś więcej niż oczekujemy. Itinerarium to nie opowieść. Droga przynosi spotkania i wydarzenia, na które trzeba być otwartym. 

Dwa lata temu okrążyłem z przyjaciółmi Gaspezję. W ciągu dwóch tygodniu podróży spacerowaliśmy po skałach parku Bic, oddychając aromatami alg morskich; podziwialiśmy
zachody słońca na plaży schroniska Sea Shack; odwiedziliśmy sanktuarium głuptaków na
wyspie Bonaventure, gdzie ptaki te przylatują na okres lęgowy; w parku Miguasha dotknęliśmy skał, które są strażnikami prehistorycznych szczątków. W połowie okrążenia, zgoła 100 kilometrów przed słynną skałą Percé, znajduje się Gaspé: miejscowość, która dała nazwę całemu półwyspowi i którą to możemy przetłumaczyć, z języka mikmak, na "koniec świata". W parku Forillon latarnia morska postawiona została na samym czubku wcinającej się w spienioną wodę skały. Stamtąd wybiega wąska ścieżka, która prowadzi jeszcze dalej: jak wąż wije się aż do drewnianego pomostu, skąd rozpościera się widok na szeroki ocean.

Postawiony tam został znak: "koniec świata". Żadnego lądu jak okiem sięgnąć. Gdy spojrzymy na mapę, wiemy jednak, że za Terre-Neuve, po drugiej stronie Atlantyku, znajduje się Stary Kontynent; co więcej, Gaspé leży właściwie na tym samym równoleżniku, co Finistere z Bretanii. Kilka stopni niżej zaś mamy inny koniec świata, galicyjską Finisterrę oddaloną od Santiago de Compostela o zaledwie 100 km, miejsce o symbolice wielce znaczącej dla pielgrzymów. Gdy zdaję sobie z tego sprawę, wraca do mnie moment, gdy patrzyłem w drugą stronę z półwyspu Quibéron w Bretanii, oczy skierowane ku Kanadzie w lato poprzedzające mój przyjazd do Montrealu; wraca też inny moment, gdy dotarłem do kamienia oznaczającego kilometr 0, który znajduje się w galicyjskiej Finisterze. W jednym miejscu obserwowałem wschód, w drugim zachód słońca. Wszystko się połączyło, gdy stanąłem na końcu świata w Gaspezji. 

Czy to nie w taki sposób właśnie "tworzy się" sens pielgrzymowania? W ostatnie lato wybrałem się na noc Perseid do regionu Mont-Mégantic, który ustanowiony został pierwszym międzynarodowym "sanktuarium" rozgwieżdżonego nieba. Gdy leżałem na ziemi, obserwując roje meteorów przecinające konstelacje, myślałem o ludowej legendzie, według której pielgrzymi zamiast mapą kierowali się Drogą Mleczną która, jako odbicie drogi ziemskiej, miała ich prowadzić do Santiago de Compostela i dalej, aż do końca świata. Ja dopiero tutaj ją zobaczyłem, jaśniejącą w ciemności i oglądałem tak długo, aż zniknęła w blasku pełnego księżyca. Jaki kierunek mi wskazywała? 
Następnego dnia pojechaliśmy wędrować po parku Mont-Mégantic, gdzie odkryłem, że schroniska zostały nazwane według konstelacji, a nazwy ścieżek czerpią ze słownictwa chrześcijańskiego pielgrzymowania (które zresztą miało tam miejsce w XX-ym wieku do kaplicy św. Józefa).

Niebo i Ziemia zdawały się lustrzanym odbiciem, zupełnie jak na Szlaku św. Jakuba. Na początku jesieni wybrałem się samochodem w region Saguenay, przez który przebiega szlak Notre-Dame de Kapatakan: postawiłem na nim stopy, lecz moja pielgrzymka była gdzie indziej. Gdy wyruszyłem rowerem, by pokonać jeden z etapów Véloroute des Bleuets, która okrąża Lac Saint-Jean i promowana jest jako najważniejsza destynacja rowerowa w Ameryce Północnej, natknąłem się w Alma na restaurację tak niewiarygodną, że zdała mi się przywidzeniem. Le Saint-Cr?me to zdesakralizowany kościół przekształcony na hotel oraz salę jadalną. Przez kolorowe witraże wpadały promienie słońca. Ludzie jedli śniadanie i lody przy kościelnych ławkach. Tam, gdzie kiedyś był ołtarz, znajdowała się kuchnia; tam też można było składać i odbierać zamówienia. Trudno wyobrazić sobie schronisko, które lepiej pokazywałoby - należy to zrozumieć z odrobiną ironii - przemiany w dzisiejszym pielgrzymowaniu.

Doświadczenie pielgrzyma zmienia się, gdyż transformacja jest w jego naturze, lecz
nadal pozostaje przede wszystkim spotkaniem z nieznanym i z samym sobą. Takich
momentów było więcej w czasie moich podróży po Québecu: mozolna wspinaczka szlakiem Acropole des Draveurs; namiotowanie tuż przy brzegu rzeki św. Wawrzyńca, kiedy to sygnały wysyłane przez przepływający statek przebijały się przez mgłę i budziły mnie ze snu; uczucie bycia zaledwie spadającym liściem, na łasce i niełasce wiatru gnającego przez fiord; odczytywanie śladów zwierząt w parku Grands Jardins, podczas gdy wokół nie było żadnego innego piechura… Oczywiście nie były to pielgrzymki do miejsc świętych, które wymagają wpisania się w tradycję religijną i duchową, a nawet negocjowanie z tymi samymi tradycjami.

Były to natomiast przeżycia, które nazwałbym pielgrzymimi, gdyż dały mi zrozumieć, że
drogi nie można samemu "wynaleźć" i nią podążać bez "wyjścia" z samego siebie.
Pielgrzymka nie jest tylko wewnętrzna. To obcowanie z żyjącym światem, które już jest
duchowe.

Jedną z najważniejszych pielgrzymich wartości jest również gościnność. Ta na szlakach, jak tych wiodących do Santiago, Rzymu czy Jeruzalem, gdzie pielgrzymi myją sobie stopy i jedzą razem, dzieląc się historiami z drogi, ale też ta oferowana przez, między innymi, destylarnie czy wytwórnie sera. Od kilku lat, gdy wybieram się na wędrówkę poza Montreal (a również na spacer po mieście) zawsze staram się ją łączyć z odwiedzeniem lokalnych rzemieślników. Czy są to piwa, kawy, przyprawy czy hodowla alpak, wędrówka wtedy nie jest tylko stawianiem nogi za nogą, ale przeplata się z innymi smakami i aromatami. W tradycyjnym rozumieniu nie jest to pielgrzymka: czy te spotkania, rozmowy i zmysłowe odkrycia nie otwierają mnie jednak na nieznane, tak jak czyni to droga pielgrzymia?

Myślałem o tych wszystkich przeżyciach pod koniec mojej ostatniej podróży, siedząc u Faux Bergers w regionie Charlevoix. Przed każdym kolejnym serwisem szef kuchni dzwonił srebrnym dzwoneczkiem i opowiadał o tym, co cała sala miała zaraz razem degustować; kelnerzy tuż wcześniej krążyli po sali, opisując wina dopasowane do każdego z dań. Przypomniały mi się wtedy moje pierwsze podróże do Francji, jeszcze przed studiami, w czasie których zwiedzałem winnice w różnych regionów kraju. Przypomniały mi się metafory, których używali winiarze i które brzmiały dla mnie jak poezja, nieznany język otwierający przede mną zupełnie nowy świat. Przypomniały mi się wreszcie pierwsze degustacje serów z winami. Wszystko to było jak podróż w czasie, jak gastronomiczna liturgia lub inny rytuał. I pomyślałem sobie, jak to dobrze, że są jeszcze miejsca, w których nie jesteśmy skazani na siebie, gdyż pozwalają nam one uczestniczyć w czymś więcej. Taka też jest moja Compostela: to historie, miejsca i ludzie które, połączone, tworzą moją mapę, moje terytorium.

Mikołaj Wyrzykowski - doktorant na UQAM, pasjonat wędrówki oraz innych form pielgrzymowania. Jego teza analizuje dziedzictwo szlaku św. Jakuba w literaturze. Sam Camino przeszedł kilka razy, czego owocem były powieści, tomiki poezji i badania naukowe. Powyższy artykuł powstał w ramach literacko-podróżniczego projektu o Composteli w Quebecu, który został zrealizowany przy pomocy George Greenia Fellowship.
mikolajwyrzykowski@outlook.com
 


PANORAMA - NIEZALEŻNY MAGAZYN POLONII KANADYJSKIEJ
Tel: (514) 367-1224, E-mail: kontakt@panoramanews.org
Designed and maintained by Andrzej Leszczewicz
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
ZALOGUJ SIĘ