| Opisanie świata
O sztuce, o widzach, o wolności,
o nawróceniu, o świętych, o życiu i o śmierci
z Krzysztofem Zanussim rozmawia
Bożena Szara
Bożena Szara - W jednym
z wywiadów powiedział Pan, że widz który Pana interesuje to człowiek, który
stoi na szczycie drabiny trudnych pytań. Czy zechciałby Pan rozwinąć tę
myśl?
Krzysztof Zanussi - Z przyjemnością,
ale musiałbym na ten temat napisać esej.
Ten temat dotyka bowiem bardzo wielu
zastanych poglądów, z którymi chętnie polemizowałbym. Żyjemy w czasach
dużych transformacji na całym świecie. Polska jest tylko peryferyjnym uczestnikiem
tego co się wokół dokonuje. Powszechnie daje się zauważać zachwianie hierarchii
wartości. Zatem trzeba ją jakoś odbudować. Ludzie mają wielkie potrzeby
egalitaryzmu i tak strasznie chcą się czuć równi, że pomyliło się wiele
podstawowych pojęć. Wydaje mi się, że dla dynamiki społecznej należałoby
uświadomić sobie, że ludzie w żadnej sprawie nie są równi. Nie jesteśmy
równi w sporcie, w urodzie, ani w niczym. Nie wolno stwarzać złudzenia,
że wszystko jest do siebie podobne. Taka homogenizacja widzenia prowadzi
do stagnacji i jest to bardzo niezdrowe. Myślę, że społeczeństwa zachodnie
borykają się z tym problemem, bo wraz z pewnym złagodzeniem napięć przyszła
także stagnacja.
Krzysztof
Zanussi
Warto uświadomić sobie, że nierówność
zmusza ludzi do działania, napędza do wysiłku. Chętnie przypomnę, że jest
także kategoria nierówności ludzi w sferze ducha. Spotykamy ludzi ospałych,
o których mówimy, że duch lata nisko, ale żyją wśród nas także tytani ducha,
giganci ducha i niekoniecznie muszą stać na szczycie drabiny rozumianej
jako drabina wpływów czy drabina posiadania. Oni jednak z pewnością stoją
na szczycie drabiny, której szczeble prowadzą do najwyższego stopnia świadomości,
żeby nie powiedzieć wprost: do nieba. Tak było zawsze w historii. Różne
kościoły, zależnie od wyznania, nazywały ich świętymi lub prorokami. Świadomość,
że ludzie są w tym wymiarze nierówni jest świadomością szalenie pożyteczną,
bo dobrze jest o tym pamiętać. Aspiruję, nie wiem z jakim skutkiem, ale
dążę, by zwracać się do ludzi, których świadomość jest świadomością szerszą
niż średnia, których ambicje są duże, których potrzeba ideału jest większa
niż w średnim tłumie szarych zjadaczy chleba. Wiem, że ja tych ludzi znajdę
zarówno wśród śmieciarzy, jeśli pójdą do kina czy też otworzą telewizor,
ale także wśród dyrektorów banków. W tym przypadku nie jest jednoznaczne,
że ten kto znajduje się na szczycie drabiny społecznej ten w naturalny
sposób ma szerszy horyzont. We współczesnym świecie to się zatarło. Na
przykład polityka wręcz preferuje powszechną miernotę. Mamy wielu prezydentów,
wielu ludzi na świeczniku, którzy zrobili karierę podkreślając swoją przeciętność
i dlatego ludzie na nich głosowali.
Dla wizji społeczeństwa w perspektywie
historii, to zjawisko jest bardzo niekorzystne, ponieważ dobrze nam robi
świadomość, że jesteśmy gorsi od kogoś komu moglibyśmy próbować dorównać
gdybyśmy zrobili wysiłek. Skłanianie człowieka do wysiłku, od fizycznego
począwszy do wysiłku ducha, jest czymś potrzebnym i zdrowym.
B.Sz. - Rola sztuki w tym
wysiłku jest nieoceniona.
K.Z. - Człowiek rośnie albo
karleje całe życie. Jeśli sztuka jest elementem wzrostu człowieka, jeśli
w trakcie obcowania z nią, z obrazem, z utworem muzycznym, z filmem czy
też z powieścią stajemy się lepsi, lub czujemy się lepsi albo mądrzejsi,
czy też doznajemy głębszego poczucia wartości naszego istnienia, albo większej
świadomości tego kim jesteśmy, to wtedy możemy mówić o tym, że sztuka spełniła
swoją rolę. Oczywiście nie cała sztuka spełnia tę rolę. Czasem rzecz tylko
piękna czy też zawierająca cudowną grę rytmów albo wspaniałą grę kolorów
jest też czymś co człowieka podnosi. Piękno, podobnie jak sztuka, posiada
moc, która człowieka wzbogaca. Czasami dzieła poważnie zamierzone są nudne
albo brzydkie i siłą rzeczy nie potrafią spełnić swojej roli ubogacającej
odbiorcę. Nie chce w tym miejscu kategoryzować gatunków sztuki. Nie oznacza
to także, że jeśli uprawiam sztukę serio to ona z natury swojej jest lepsza.
Raz jest lepsza, a innym razem może być gorsza, ale na pewno, z samego
założenia, aspiruję do tego, by pomagać ludziom w spojrzeniu na siebie
z głębszą perspektywą, szerszym horyzontem czy też po prostu po to, by
moi widzowie rośli a nie karleli.
B.Sz. - Wspomniał Pan o
gigantach ducha. Jednym z nich był święty Bernard, ale przecież nie tylko
on. W historii wielu było jemu podobnych. Dlaczego więc ten święty Pana
zainteresował? Co było w nim nadzwyczajnego, że aż tyle miejsca poświęcił
mu Pan w swoim filmie: "Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą
płciową"?
Bożena Szara
i Krzysztof Zanussi podczas rozmowy
w Rawdon,
Qc (2001)
K.Z. - Na ślad świętego Bernarda
trafiłem jeszcze na studiach. Później wielokrotnie zabierałem się do napisania
scenariusza na temat jego życia. Chciałem ten scenariusz skonstruować z
polemiki czy też z przeciwstawienia postaci świętego Bernarda i Abelarda.
Abelarda racjonalisty, człowieka, który nie bardzo cenił sobie wartości
moralne Bernarda, który był rygorystą, przez co jest dziś tak szalenie
niemodny. To jeden z najmniej popularnych świętych. Spotkałem nawet ludzi,
którzy wręcz mówili o nim z niechęcią, jako o człowieku, który był natchnieniem
dla wypraw krzyżowych. Myślę jednak, że są to tylko nieporozumienia z historią,
gdyż nie bardzo rozumiemy średniowiecze. Mnie ujmuje jego rygoryzm, bardzo
podoba mi się fakt, iż nie zawierzał do końca miłosierdziu, nie wierzył
w to, że wszystko będzie bezkarne i wybaczone. Dlatego uważam, że święty
Bernard jest nam potrzebny i że warto o nim przypomnieć. Nie mogę na razie
zrobić o nim pełnometrażowego filmu, bo nikt mi go na razie nie chce sfinansować,
więc wprowadziłem go do scenariusza obrazu współczesnego. Czytałem kroniki
świętego Bernarda i wydarzenie, które opowiedziałem w filmie jest opisane
dosłownie tak, jak ja to nakręciłem. Nie zmieniałem w nim nic, by został
ten zdumiewający znak zapytania, o to, w jaki sposób święty Bernard potrafił
przygotować człowieka na śmierć, nie kwestionując jednocześnie ziemskiej
sprawiedliwości. Dla niego kara śmierci za kradzież konia, była rzeczą
oczywistą. Nie musiał rozczulać się nad losem koniokrada. On się rozczulił
nad jego zbawieniem, czyli jedyną ważną sprawą, która dotyczy kapłana.
B.Sz. - W filmie nie mówi
Pan co takiego święty Bernard powiedział koniokradowi, że ten się nawrócił.
Zostawia pan ten temat otwarty. Chciał Pan zmusić widzów tym niedopowiedzeniem
do przemyśleń?
K.Z. - Nawrócenie jest sprawą
osobistą. Do tego tematu nikt nie ma wglądu i dlatego artysta nie ma tutaj
nic do dodania. Nawrócenie z natury swojej jest pewną tajemnicą. Można
pokazać okoliczności w jakich to się stało, ale nigdy nie dowiemy się jak
było naprawdę i co kliknęło w rozumie i w sercu człowieka, że nagle poczuł
nadzieję i istnienie Stwórcy, że poczuł do Niego miłość i bliskość. To
są rzeczy, których nie można opisać. Ile razy mamy do czynienia z pismami
mistyków, tylekroć widać jak byli bezradni. Nawrócenie nie poddaje się
słowom ani obrazom. To trzeba przeżyć osobiście. Więc ja nie chciałem ani
nie zamierzałem tworzyć katechetycznej opowiastki w której ktoś po jednej
stronie mówiłby słuszne rzeczy, a ktoś po drugiej, na skutek tego co usłyszał,
zmieniłby się. To nie tak się dzieje. Musi coś człowieka dotknąć i nagle
staje się cud. Nie warto imitować cudu, bo cud nie jest do sfilmowania.
B.Sz. - Czy przeżył Pan
akt nawrócenia?
K.Z. - Ja muszę nawracać się
nieustannie jak każdy prawie człowiek. Nikt z nas nigdy nie osiąga takiej
wiary o której mógłby powiedzieć, że jest faktem i że można ją schować
do sejfu albo do lodówki. To jest bardzo fałszywe złudzenie. Ktokolwiek
jest blisko wiary, ten wie, że ona ma swoje pulsowanie, że przypływa i
odpływa, że nasila się i słabnie. I dlatego o wszystkich wierzących, których
znam, mogę powiedzieć, że nieustannie nawracają się.
B.Sz. - Dlaczego wybrał
pan trudny temat śmierci? Czy znalazł się Pan kiedyś w sytuacji w której
zagrażała panu śmierć?
K.Z. - Moje pokolenie ma wpisaną
śmierć w biografię. Urodziłem się trzy miesiące przed II wojną światową,
tak więc przez pierwszych pięć lat życia ciągle byłem narażony na spotkanie
jej. Później były lata stalinizmu, który także mnie w jakiś sposób dotykał
i był zagrożeniem. W wieku dojrzałym otarłem się o nią wielokrotnie. Nigdy
jednak, poza kilkoma wypadkami samochodowymi, nie było mi dane zetknąć
się z nią w osobistym wymiarze.
B.Sz. - Pisząc scenariusze
do filmów i realizując swoje pomysły, powołuje Pan do życia bohaterów,
którzy na ekranie żyją życiem przez Pana wykreowanym. Film wchodzi na ekrany
i w konfrontacji z widzem okazuje się, że obraz zaczyna żyć odmiennie niż
Pan go stworzył. Czy zdarzyło się Panu dowiedzieć czegoś o filmach, które
Pan kręci, od widzów?
K.Z. - Oczywiście. Dlatego
jeżdżę z moimi filmami po świecie i słucham uważnie tego, co ludzie mówią
i jak oddychają gdy oglądają film. Ilekroć mam siłę i odwagę, by z nimi
być, to jestem. Oczywiście nie robię tego nieustannie, bo pewnie dostałbym
jakiegoś rozstroju nerwowego. Konfrontacja filmu z publicznością jest zawsze
bardzo silnym przeżyciem. W rozmowach z widzami dowiaduję się mnóstwo rzeczy.
Czasem ludzie widzą to, czego w filmie nie ma, czasem odwrotnie: nie dostrzegają
mojego przesłania, moich myśli. Każdy ma prawo do własnych obserwacji i
własnego przeżywania fabuły filmu. Korzystam z tego innego spojrzenia widza.
W Indiach zawsze byłem zaskakiwany odbiorem moich filmów. Podobnie jest
w Korei, w Rosji. Niedawno byłem w Kijowie, gdzie pokazywałem "Życie jako
śmiertelną chorobę przenoszoną drogą płciową" i okazało się tam, że całe
zaplecze myśli prawosławnej zupełnie inaczej każe odbierać to co ja w nim
opowiadam. Spotkanie z widzami na Ukrainie było wspaniałym doświadczeniem.
Mógłbym do końca życia tylko jeździć z moimi filmami i nic więcej już nie
robić, ale zwykle dzięki tym wyjazdom i spotkaniom wynika wielkie pragnienie
by robić je nadal. Wiele rozmów zapładnia mnie do napisania kolejnego scenariusza.
B.Sz. - Zanim został Pan
reżyserem, ukończył Pan fizykę i filozofię. Czy te dwa tak zupełnie odmienne
kierunki mają wpływ na Pana twórczość filmową?
K.Z. - Mam na to odpowiedź,
którą proszę potraktować jak żart. Otóż gdybym miał brata bliźniaka, który
nie kończyłby tych kierunków i robiłby filmy, to wtedy można byłoby porównać.
Ta moja odpowiedź jest wyrazem myślenia empirycznego. Tak głośno myślą
naukowcy. Naprawdę nie wiem. Jestem taki, jak mnie moje studia ukształtowały.
B.Sz. - Opisuje Pan świat
językiem obrazu filmowego, ale nie tylko. Od kilku lat, w swoich felietonach
na łamach POLITYKI, dopowiada Pan to, czego nie chce Pan filmować? A może....
Od lewej:
Barbara Seguin, Boena Szara, Krzysztof Zanussi,
Liliana
Komorowska. Rawdon, Qc (2001)
K.Z. - Od bardzo dawna piszę
różne teksty i jest to przywilej człowieka umiejącego posługiwać się piórem.
Ponadto wygłaszam bardzo wiele wykładów, jestem profesorem uniwersyteckim
i robię dużo różnych rzeczy poza kręceniem filmów. Polega to chyba na tym,
że to co napiszę, to tego już nie muszę pokazywać w swoich filmach. Jeśli
jakieś przemyślenia mogę zawrzeć w słowach i przelać je na papier, a wiele
czasem takich rezonerskich myśli nadaje się na felieton, to robię to i
wówczas tekst pisany jakby uwalnia mnie od pokusy by wkleić go do ewentualnego
dialogu. Piszę z całym upodobaniem, bo w ten sposób może moje filmy są
mniej przemądrzałe i mniej bawią się efektownymi sformułowaniami do których
czasem mnie ciągnie. Jeśli zawrę te moje przemyślenia w felietonie, to
wówczas mam święty spokój. Ponadto uwalniam się od pewnej dozy obserwacji
społecznych czy obyczajowych. Może gdybym nie pisał, to próbowałbym te
moje spostrzeżenia wklejać do filmu. Myślę jednak, że wiele tematów jest
zbyt błachych i nie warto zajmować się nimi na ekranie.
B.Sz. - Czym jest dla Pana
wolność?
K.Z. - Wolność jest tym, co
nadaje smak naszemu istnieniu. Życie bez wolności jest życiem zwierzęcym,
ale wiemy jednocześnie, że poczucie wolności można osiągnąć siedząc w więzieniu.
Wolność nie jest więc faktem zewnętrznym. Wolność jest zdolnością kierowania
własnym losem i świadomością tego, że się tym losem kieruje. Wolność jest
oporem przeciwko inercji, przeciwko temu, do czego ciągnie nas strumień
czasu w którym jesteśmy zanurzeni i który nas niesie. Wolność jest aktem
świadomego wyboru. Myślę, że największą i najwspanialszą wolnością jakiej
człowiek może doznać jest wolność związana ze służbą Bogu. Uważam, że jest
to największy i najwyższy stopień służby. Najbardziej zrozumiałym dla chrześcijan
i najprostszym sposobem służenia Bogu jest służba bliźniemu, służba ludziom.
Rozmawiała Bożena Szara
|