| Czy jesteśmy jeszcze
społecznością?
Miałam osiemnaście
lat i jechałam na egzamin wstępny na uniwersytet. Wyruszyłam w drogę w
towarzystwie mojego dziadka. Gdy tylko zajęliśmy miejsca w przedziale kolejowym,
dziadek zaczął rozmawiać z jednym z pasażerów. Zastanawiałam się, dlaczego
w ogóle do niego zagaduje i po co podejmuje to ryzyko - przecież rozmówca
mógł się okazać nudny albo, co gorsza, niezaintereso- wany czy nawet agresywny;
słowem: "niekompatybilny" z podróżą.
Potem dosiedli
się kolejni pasażerowie i dołączyli do rozmowy. Podczas gdy mój dziadek
spędził cztery godziny na przyjemnych pogawędkach, ja przez te same cztery
godziny siedziałam zamknięta w sobie, jak ostryga.
Mając osiemnaście
lat - i, trzeba to przyznać, z pewną dozą arogancji, bo w tym wieku arogancja
bywa wygodną zasłoną dla nieśmiałości - obserwowałam rozmowę toczącą się
"o wszystkim i o niczym" między ludźmi spotkanymi zupełnie przypadkowo
i uważałam ją
za całkowicie
nudną, a nawet zbędną.
Czas jednak
minął i dziś rozumiem, jak bardzo się wówczas myliłam - i jak bardzo chciałabym
posiadać ten dar, który miał mój dziadek. On potrafił, jak za dotknięciem
czarodziejskiej różdżki, stworzyć dobrą atmosferę, sprawić, by ludzie porzucali
nieufność
i wchodzili
na parkiet rozmowy bez agresji, z otwartością i kieszeniami pełnymi anegdot.
Dwa różne
pokolenia, odmienne doświadczenia życiowe, inne podejścia i - przede wszystkim
- inne rozumienie świata: mój dziadek i ja.
Dziś, gdy wsiadam
do pociągu lub metra, obserwuję ludzi. Patrzę, co robią, jakie mają wyrazy
twarzy, jaka panuje atmosfera. Często nikt na nikogo nie patrzy, nikt nie
posyła życzliwego uśmiechu, a co gorsza - wszyscy przypominają zombie,
przyklejone do małego ekranu trzymanego w dłoni. Mają okno na całość wiedzy,
a jednocześnie stają się zakładnikami wirtualnej sieci. Jednostki zgromadzone
w tym samym miejscu, które jednak nie tworzą żadnej wspólnoty. Są gdzie
indziej. Są wszędzie a jednocześnie nie ma ich nigdzie. Horyzont się zamyka.
Ten obraz rodzi
pytanie: czy jesteśmy jeszcze społeczeństwem, czy już tylko częścią bezkształtnej
masy? Czy staliśmy się monadami Leibniza?
Monady - warto
przypomnieć - charakteryzują się tym, że nie mają ani drzwi, ani okien;
ich aktywność jest wyłącznie wewnętrzna, a każda posiada własną percepcję.
Nie wchodząc w filozoficzna teorie, potraktujmy je jako metaforę do spojrzenia
na naszą rzeczywistość.
Sony stworzyło
walkmana po to, by miłośnicy muzyki mogli cieszyć się nią wszędzie
i o każdej
porze, nie przeszkadzając innym. W modelu eurocentrycznym to samo urządzenie
zaczęto wykorzystywać po to, by inni nie przeszkadzali jednostce, gdy ta
słucha. Dziś niemal wszyscy noszą słuchawki: na ulicy, w kawiarni, podczas
spotkań
z przyjaciółmi,
a nawet w łóżku, obok ukochanej osoby. Jednocześnie dostępni i niedostępni.
Obecni i nieobecni. Zamknięci w niewidzialnym i niedostępnym dla otoczenia
świecie, pielęgnując obojętność do tego stopnia, ze rozmowy prowadzone
są na głośniku telefonu, bez najmniejszego względu na innych.
Pandemia w
sposób znaczący zmieniła oblicze świata. Nie zmieniła systemów, w których
żyjemy, lecz nieodwracalnie przeobraziła relacje - zarówno nasze bycie-w-świecie,
jak i bycie-z-innymi. Ale pandemia to tylko jeden z elementów. Żyjemy dziś
wśród masy jednostek, z których znaczna część skupiona jest na sobie, kosztem
całości i solidarności. Słowo "społeczeństwo" wywodzi się od socius - "towarzysz,
wspólnik, sprzymierzeniec" -
a więc osób
połączonych relacją. Czy wciąż jesteśmy powiązani więzią towarzyszy, poczuciem
wspólnoty? Czy istnieje między nami zaufanie, które trzyma nas razem i
pozwala iść naprzód wspólnie, a nie w zamkniętych podgrupach?
Obawiam się,
że wielu już z tej nadziei zrezygnowało. Ja jednak wciąż ją pielęgnuję.
Dum spiro spero (Dopóki oddycham, mam nadzieję).
Anna
Król - doktor filozofii, specjalistka etyki języka i walki z dyskryminacją.
|