| Kanada nie zmienia kontynentu
Mark Carney najwyraźniej postanowił
przypomnieć Kanadyjczykom o pewnym geograficznym i politycznym paradoksie.
Kanada leży w Ameryce Północnej, ale pod wieloma względami jest krajem
europejskim: wyrasta z europejskiej tradycji, podobnie rozumie demokrację,
państwo prawa, politykę społeczną i miejsce człowieka w społeczeństwie.
Przez dziesięciolecia nie trzeba było tego szczególnie podkreślać. Stany
Zjednoczone były nie tylko najbliższym sąsiadem, lecz także najbardziej
oczywistym partnerem gospodarczym i strategicznym. Dzisiaj ta oczywistość
przestała być oczywista.
Dlatego premier Kanady coraz śmielej
spogląda w stronę Unii Europejskiej. Nie jest to chwilowe zauroczenie ani
dyplomatyczna wycieczka dla efektownych fotografii. Carney mówi o "wyjątkowym
sojuszu" gospodarczym i bezpieczeństwa, a Ursula von der Leyen zaproponowała
Kanadzie rolę pierwszego w historii partnera stowarzyszonego z Unią. Pojęcie
to nie ma jeszcze gotowej definicji prawnej, ale jego polityczne znaczenie
jest czytelne: Europa chce przyciągnąć Kanadę możliwie blisko, a Kanada
chce mieć więcej niż jednego potężnego partnera.
Trudno się temu dziwić. Gdy największy
sąsiad używa ceł jako narzędzia nacisku, podważa dotychczasowe reguły handlu,
a od czasu do czasu pozwala sobie nawet na uwagi o Kanadzie jako "51. stanie",
odpowiedzialny rząd nie może wzruszyć ramionami i czekać, aż burza przejdzie.
Powinien szukać nowych rynków, nowych sojuszy i nowych zabezpieczeń. Carney
właśnie to robi.
W lutym Kanada została pierwszym
państwem spoza Europy, które przystąpiło do unijnego programu SAFE, wspierającego
wspólne zakupy i rozwój przemysłu obronnego. Dla kanadyjskich przedsiębiorstw
oznacza to dostęp do nowych zamówień, dla pracowników - nowe miejsca pracy,
a dla państwa - ściślejszą współpracę z partnerami, którzy podobnie oceniają
zagrożenia dla światowego bezpieczeństwa. W maju Carney jako pierwszy przywódca
spoza Europy uczestniczył w szczycie Europejskiej Wspólnoty Politycznej.
Teraz pojawia się perspektywa współpracy obejmującej nie tylko handel i
obronność, lecz także energię, sztuczną inteligencję, cyber-bezpieczeństwo,
surowce krytyczne, badania naukowe oraz mobilność pracowników i studentów.
To nie jest mało. To zalążek nowego
miejsca Kanady w świecie, który na naszych oczach staje się mniej przewidywalny.
Carney ma przy tym pewną przewagę
nad wieloma zawodowymi politykami. Nie sprawia wrażenia człowieka, który
zakochał się we własnych hasłach. Jest ekonomistą i byłym prezesem banków
centralnych Kanady oraz Anglii. Wie, że najpiękniejsze deklaracje muszą
ostatecznie znaleźć potwierdzenie w bilansie handlowym. Wie również, że
partnerstwa międzynarodowego nie buduje się z sentymentu, ale z interesów.
Interesy Kanady i Europy rzeczywiście
w wielu punktach się spotykają. Unia potrzebuje bezpiecznych dostaw energii,
minerałów krytycznych i technologii. Kanada posiada bogactwa naturalne,
stabilny system polityczny i wykwalifikowanych pracowników, a jednocześnie
potrzebuje kapitału, nowych odbiorców i dostępu do ogromnego europejskiego
rynku. Obie strony są przywiązane do demokracji i współpracy wielostronnej.
Obie przekonały się też, że gospodarcze uzależnienie od jednego partnera
może z dnia na dzień stać się narzędziem politycznego szantażu.
Nie znaczy to jednak, że Kanada może
po prostu odwrócić się plecami do Stanów Zjednoczonych i popłynąć ku Europie
niczym statek zmieniający port. Geografii nie da się unieważnić uchwałą
parlamentu. Większość kanadyjskiego eksportu wciąż trafia do USA, gospodarki
obu krajów są połączone tysiącami więzi, a miliony miejsc pracy zależą
od handlu przez najdłuższą pokojową granicę świata. Unia Europejska jest
drugim partnerem handlowym Kanady, ale różnica między pierwszym a drugim
miejscem pozostaje ogromna.
Również Europa nie jest krainą bez
przeszkód. Umowa CETA, choć stosowana prowizorycznie od lat i przynosząca
wyraźny wzrost wymiany handlowej, nadal nie została ratyfikowana przez
wszystkie państwa członkowskie. Unijny rynek ma swoje regulacje, interesy
narodowe i protekcjonistyczne odruchy. Kanada także pilnie strzeże własnego
rolnictwa, telekomunikacji i innych wrażliwych sektorów. Kiedy przyjdzie
czas rozmów o konkretnych ustępstwach, entuzjastyczne uściski mogą ustąpić
miejsca bardzo twardym negocjacjom.
I dobrze. Przyjaźń między państwami,
w przeciwieństwie do przyjaźni między ludźmi, powinna być mierzona nie
temperaturą słów, lecz trwałością wspólnych korzyści.
Największą zasługą Carneya jest dzisiaj
nie to, że "wybiera Europę zamiast Ameryki". Taki wybór byłby zresztą nierealny
i nierozsądny. Jego zasługą jest próba wyrwania Kanady z wygodnego, lecz
niebezpiecznego przekonania, że jeden rynek, jeden sąsiad i jeden strategiczny
kierunek wystarczą na zawsze. Nie wystarczą. Świat oparty na dawnych pewnikach
właśnie się kończy, a państwa średniej wielkości muszą nauczyć się współpracować,
jeżeli nie chcą zostać pionkami w rozgrywce największych mocarstw.
Zbliżenie z Unią Europejską jest
więc nie tyle romantycznym powrotem Kanady do europejskiej rodziny, ile
polisą ubezpieczeniową na niespokojne czasy. Może otworzyć nowe rynki,
wzmocnić przemysł obronny, przyciągnąć inwestycje oraz dać młodym Kanadyjczykom
większe możliwości nauki i pracy. Może też przypomnieć Waszyngtonowi, że
Kanada jest lojalnym sąsiadem, ale nie krajem bez alternatywy.
Mark Carney nie próbuje przenieść
Kanady do Europy. Próbuje sprawić, by Kanada stała mocniej na własnych
nogach. A jeśli prowadzi do tego droga przez Brukselę, Strasburg i stolice
europejskie, warto nią pójść - uważnie, pragmatycznie i bez kompleksów.
Kanada pozostaje w Ameryce, lecz
przestaje być skazana wyłącznie na Amerykę.
Karol Wilk - komentator
polityczny
|