| Bart Soroczyński - cena
międzynarodowej kariery
Występował
na scenach Royal Shakespeare Company, pracował z Terrym Gilliamem, grał
u boku gwiazd światowego kina. Dziś mieszka w Montrealu i mówi bez upiększeń
o cenie międzynarodowej kariery. Bart Soroczyński - aktor i artysta cyrkowy
- opowiada o drodze, która zaprowadziła go z cyrkowej areny na światowe
sceny, i o momencie, w którym musiał się zatrzymać.
Bart (Bartłomiej
Dawid) Soroczyński urodził się w Polsce w 1980 roku. Wychował się w Kanadzie,
a jego dorosłe życie zawodowe związane było z Argentyną oraz największymi
ośrodkami teatralnymi Europy - Paryżem, Londynem i Szwajcarią. W 2018 roku
powrócił do Kanady i osiadł w Montrealu.
Jest absolwentem
Narodowej Szkoły Sztuki Cyrkowej w Montrealu oraz Actor's Temple w Londynie.
Od dziecka związany z cyrkiem, przez cztery lata występował w spektaklu
"Nomade" Cyrku Éloize w reżyserii Daniele Finzi Pasca, grając w przedstawieniach
na całym świecie.
Pracował m.in.
z Terrym Gilliamem w English National Opera, występował w Royal Shakespeare
Company i na londyńskim West Endzie. Zagrał także w filmach fabularnych,
w tym w "Fantastycznych zwierzętach: Zbrodniach Grindelwalda" w reżyserii
Davida Yatesa.
Beata Gołembiowska
- Przyjechał Pan do Kanady z rodzicami w wieku trzech lat. Czy pamięta
Pan ten początkowy okres?
Bart Soroczyński
- Przylecieliśmy do Winnipegu, do Manitoby. Zamieszkaliśmy w zielonym bloku,
który do dziś pamiętam. Gdy poszedłem do szkoły, mówiłem tylko po polsku,
ale szybko "złapałem" angielski. Ogólnie bez większych problemów zaaklimatyzowałem
się w nowym kraju.
B.G.
- A rodzice? Początki emigrantów są bardzo trudne...
B.S.
- Tata, Krzysztof Soroczyński, podejmował się każdej pracy - między innymi
był kierowcą ciężarówki. Mama, Teresa Soroczyńska z domu Pszczoła, pracowała
w przedszkolu.
Dość szybko
jednak oboje wrócili do zawodu - w Polsce byli cyrkowcami. W Winnipegu
założyli dwuosobową firmę i występowali z numerami akrobatycznymi na różnych
imprezach.
To wtedy tata
zaczął mnie trenować. W wieku trzech lat jeździłem już na monocyklu, a
jako pięciolatek zacząłem występować razem z rodzicami.
B.G. -
Jak rodzice się poznali?
B.S.
- Mama była sportową akrobatką. W wieku 14 lat zdobyła brązowy medal na
pierwszych mistrzostwach świata w akrobatyce w Moskwie w 1974 roku.
Tata ukończył
szkołę cyrkową i występował w Polsce, Rosji i Austrii. Kiedy jedna z akrobatek
w jego grupie poszła na urlop macierzyński, szukał partnerki - i tak została
nią mama.
B.G.
- Oboje spełniali się zawodowo, więc skąd pomysł na ucieczkę z Polski?
B.S.
- Tata był na występach we Włoszech, a mama ze mną jako niemowlęciem została
w Polsce. To były lata 80., sklepy świeciły pustkami i było trudno zdobyć
żywność. Dwa tygodnie przed ogłoszeniem stanu wojennego mama dołączyła
do taty.
Wszyscy Polacy
z grupy cyrkowej postanowili nie wracać do kraju. Trzy państwa przyjmowały
emigrantów z Polski: Nowa Zelandia, USA i Kanada. Nowa Zelandia była za
daleko, politykę USA rodzice odrzucili, więc wybrali Kanadę.
B.G.
- Jak im się podobała Kanada?
B.S.
- Mama opowiadała, że kiedy jechali taksówką z lotniska do miasta, zapytała
kierowcę: "Gdzie jest centrum Winnipegu?". Gdy usłyszała, że już w nim
są, rozpłakała się.
Przez jakiś
czas rodzice myśleli o powrocie do Polski, ale ostatecznie zostali, między
innymi dzięki angażowi w słynnym Cirque du Soleil w Montrealu.
B.G.
- Po ukończeniu szkoły średniej chciał Pan studiować fotografię,
a jednak wybrał szkołę cyrkową. Dlaczego?
B.S.
- Zawsze byłem związany z cyrkiem, to część mnie. National Circus School
w Montrealu pochłonęła mnie całkowicie. Jeśli chce się być w czymś dobrym,
to trzeba ciężko pracować. Byłem dzieckiem cyrkowców, więc nie mogłem zawieść
rodziców, a ponadto byłem bardzo ambitny. Przejeżdżałem do szkoły o 9 rano
i wychodziłem o 9 wieczorem. Byłem najpilniejszym uczniem tej szkoły! Chciałem
być tak dobry jak mój ojciec. W szkole przed południem mieliśmy lekcje
anatomii, filozofii, historii, angielskiego i francuskiego, a po południu
właściwie wszystkie zajęcia: trampolina, chodzenie na linie, trapez, balet
i aktorstwo. W drugim roku wybierało się specjalizację - zdecydowałem się
na żonglerkę, monocykl i klaunadę.
B.G.
- Wydaje mi się, że zawód klauna jest niezwykle trudny, gdyż łączy aktorstwo
oraz kilka dziedzin cyrkowych. Dodatkowo klaun musi rozbawić publiczność...
B.S.
- Rola klauna była dla mnie pierwszym spotkaniem z aktorstwem, chociaż
w szkole uczyłem się tej sztuki. Po szkole zostałem zatrudniony w przedstawieniu
"Nomade" w Cyrku Eloize w reżyserii Daniele Finzi Pasca. Przez cztery lata
występowałem w roli klauna podczas międzynarodowego tournée tego cyrku.
Zagrałem w 707 spektaklach, w tym również w Polsce.
Występowaliśmy
w najbardziej prestiżowych teatrach na świecie: w londyńskim Barbican,
w paryskim Folies Bergere, w Wiedniu, w Neapolu i w Rzymie, w Nowej Zelandii,
na Hawajach, w Los Angeles. Zakochałem się wtedy w aktorstwie, ale pociągał
mnie również taniec i fotografia. Gdy mieszkałem przez cztery lata w Argentynie,
uczęszczałem na kursy tanga i brałem lekcje fotografii. W 2007 roku wróciłem
do Montrealu i poznałem Teo Spychalskiego, który wówczas był dyrektorem
Teatru Prospero.
B.G. -
Czy od tego spotkania zaczęła się Pana kariera aktorska?
B.S.
- Teo mnie zachęcił, abym ukończył staż aktorski u Marca Zammita, który
pod Paryżem prowadził Le Théâtre du Conte Amer. Marc zaproponował mi pracę
w tym teatrze i tak znalazłem się w Paryżu. Zagrałem tam w dwóch sztukach
- "L'lle Des Esclaves" Pierre'a de Marivaux i w adaptacji powieści Stendhala
- "Le Rouge et Le Noir".
B.G.
- Później poznał Pan słynną reżyserkę Irinę Brook.
B.S.
- Tak, wystąpiłem w jej Brook Theatre Company w adaptacji "Don Quichotte
Somewhere La Mancha" oraz jako Ferdinand Trinculo w "The Tempest" Szekspira.
Z tym teatrem odbyłem międzynarodowe tournée, a w Paryżu zamieszkałem na
stałe
B.G.
- A jednak zamienił Pan Paryż na Londyn...
B.S.
- W 2009 roku w Théâtre de Complicité w Londynie odbywałem staż aktorski
u Marcello Magni, jednego z założycieli tego teatru. Magni z żoną występował
u Petera Brooka w Théâtre des Bouffes du Nord. Oboje obejrzeli mój występ
w "The Temptest" i następnego dnia zaprosili mnie na śniadanie. Powiedzieli
mi, że chcą mnie zaangażować do sztuki "Tell them That I'am Young and Beautiful"
w Arcola Theatre. Dołączył się do mnie aktor Patrice Niaimbana.
Poszedłem również
na przesłuchanie w Royal Shakespeare Company i dostałam się do dwóch przedstawień.
Grałem doktora Caiusa w "The Merry Wives of Windsor" i wiele ról w adaptacji
książki dla dzieci "The Mouse and His Child".
B.G.
- To musiało być ogromne wyróżnienie.
B.S.
- Do dziś trudno mi uwierzyć. Byłem jedynym obcokrajowcem w tym słynnym
teatrze, grając Szekspira z szekspirowskimi aktorami! W przerwach nie przestawałem
się dokształcać w sztuce aktorskiej. To były bardzo intensywne lata.
B.G.
- Czy w tym czasie poznał Pan również polskich aktorów i reżyserów?
B.S.
- Tak. Gdy w Paryżu występowałem w sztuce "Nomade", Roman Polański przyszedł
na przedstawienie ze swoją żoną. W Teatrze Roma w Warszawie "Nomade" oglądał
Wojciech Pszoniak - uwielbiał spektakl! Gdy w 2018 roku powiedziałem mu,
że chciałbym zagrać u polskiego reżysera, natychmiast zadzwonił do reżyserki
castingu. Poznałem też Maję Komorowską w Paryżu podczas sztuki Krzysztofa
Warlikowskiego w Théâtre du Rond Point. To dzięki niej poznałem Krzysztofa
Warlikowskiego i jego żonę, Małgorzatę Szczęśniak.
Brałem również
udział w tworzeniu spektakli Kristiana Lupy w Paryżu, Lozannie i Warszawie,
pracując tam m.in. jako tłumacz. Poznałem wielu znanych polskich aktorów,
jak Katarzyna Figura, Adam Ferency czy Krzysztof Majchrzak.
B.G.
- Od czasu spotkania z Wojciechem Pszoniakiem minęło osiem lat. Czy
nadal chciałby Pan zagrać w polskim filmie?
B.S.
- Od kilku lat, ze względów zdrowotnych, mieszkam w Montrealu i w tym okresie
dwa razy otrzymałem propozycję roli. Jedną od Patryka Vegi, a drugą od
Piotra Dumały. Niestety obie musiałem odrzucić. Przyjechałem tutaj w 2018
roku z promocją filmu "Fantastyczne zwierzęta", gdzie zagrałem obok takich
sław jak Eddie Redmayne i Jude Law.
Nie mieszkałem
w Kanadzie przez 20 lat. Moje dotychczasowe życie było w ciągłym biegu,
bez chwili odpoczynku. I nagle dopadło mnie wypalenie zawodowe. Do tego
doszło poważne złamanie nogi, wymiana biodra i do tej pory nie czuję się
na tyle silny psychicznie i fizycznie, żeby z pełną energią "ruszyć w bój".
W świecie aktorskim cały czas trzeba walczyć o role, o uznanie, a ja na
razie nie jestem na to gotów. Jest to bardzo smutne, szczególnie, że do
niedawna moja kariera świetnie się rozwijała.
B.G.
- Może zmiana angielskiej aury na mroźną Kanadę też się przyczyniła
do Pana załamania?
B.S. - Powrót
do Montrealu był wielkim błędem. W Europie miałem wszystko - karierę, miłość,
cudowne miejsce do mieszkania w Hastings, małym miasteczku blisko Londynu.
Codziennie mogłem spacerować nad morzem! A od powrotu do Kanady moje życie
jest naznaczone cierpieniem i leczeniem. W Europie nigdy nie odmówiłem
pracy, a tutaj byłem zmuszony zrobić to dwa razy. Dla aktora to niemal
samobójcze.
B.G.
- Europa by Pana uzdrowiła?
B.S.
- Zdecydowanie tak. Mimo że Quebec jest znany w Kanadzie z życia kulturalnego,
to w porównaniu do Polski, Anglii, Francji czy Szwajcarii jest ono bardzo
ubogie. W Paryżu czy w Londynie cały czas spędzałem w teatrze albo w muzeach,
tańczyłem, miałem mnóstwo znajomych z branży teatralnej i filmowej. W Kanadzie
scena teatralna i muzea są biedniejsze. W Europie wszędzie jest blisko
- na weekend można polecieć z Londynu do Madrytu, a z Montrealu jest wszędzie
daleko. Komunikacja publiczna jest świetna, a w Kanadzie nie wszędzie można
dojechać autobusem czy pociągiem, a bilety lotnicze są drogie.
B.G.
- Czy Pana obecny stan zdrowia nie jest też związany z olbrzymimi wymaganiami
wobec siebie, jakie pan stawiał sobie od najmłodszych lat?
B.S.
- Wówczas, gdy byłem cały czas w ruchu, wręcz w gonitwie, tego nie zauważałem.
Zignorowałem ciągły brak snu, brak takiego prawdziwego odpoczynku. Teraz,
gdy wspominam różne okresy, wydaje mi się, że nie powinienem był tak ciężko
pracować.
B.G.
- Mam nadzieję, że "po nocy przyjdzie dzień", jak śpiewa Budka Suflera
i z nową energią, ale też i z nauką, jaką Pan wyniósł, że trzeba zadbać
o wypoczynek, wróci Pan na światowe sceny teatru i plany filmowe. Życzę
Panu tego z całego serca.
B.S.
- Dziękuję.
Rozmawiała
Beata Gołembiowska - pisarka,
dziennikarka, felietonistka.
|