| Boskie Rio - więcej niż
raj
Ciepły piasek
pod nogami, słony posmak wiatru, morska woda i niebo zlewające się w jeden
błękitny pas na horyzoncie, nieustający szum potężnych fal - oto moje pierwsze
wrażenia, które chłonę wszystkimi zmysłami po przybyciu do Rio de Janeiro.
Słychać pokrzykiwania
ludzi sprzedających wszystko, co może się przydać na plaży, gdzieś w tle
pobrzmiewa bossa nova, a chwilami dochodzą okrzyki grających w piłkę. Jesteśmy
na plaży Copacabana w sercu miasta. Szczypię się w rękę, żeby uwierzyć,
że to naprawdę się dzieje!
Przylecieliśmy
wczesnym rankiem, pokój hotelowy będzie do naszej dyspozycji dopiero o
14, więc zapoznajemy się z kultową plażą znaną na całym świecie. To serce
miasta - choć to określenie wciąż wydaje się niewystarczające... Jesteśmy
zdumieni kolorowym tłumem ludzi, którzy bez względu na wiek, płeć, urodę,
gabaryty ciała, kolor skóry czy włosów, bez jakichkolwiek kompleksów przechadzają
się brzegiem morza lub słynnym deptakiem, ciesząc się urodą tego miejsca.
Mam wrażenie,
że wszyscy są tu piękni - aż trudno oderwać wzrok. Nie bez powodu mówi
się, że Rio to miasto zachwycających ludzi, co z pełnym przekonaniem potwierdzam.
Wydaje się
też, że są szczęśliwi. Nie potrzebują zbyt wielu rzeczy do życia: parę
klapek - najlepiej kultowych "havaianas", bikini, pareo lub plażowe spodenki
dla panów i to wystarcza. A może tylko my mamy takie wrażenie... W każdym
razie radość życia jest tu wszechobecna. Gdzieś usłyszałam, że mieszkaniec
Rio rano pracuje, żeby zarobić na lunch, a po południu na kolację i małe
śniadanie nazajutrz. I tak dalej...
Nadmorska promenada
Avenida Atlantica ciągnie się wzdłuż plaży Copacabana na długości ponad
4 kilometrów i łączy się z bardziej ekskluzywną, ale też spokojniejszą
Ipanemą. Tłumy spacerowiczów przemieszczają się po słynnym deptaku wszystkimi
możliwymi środkami lokomocji: piechotą, na wrotkach i rolkach, rowerach
o każdej porze dnia i nocy (choć nocą może być niebezpiecznie). W weekendy
Avenida jest zamknięta dla ruchu samochodowego, oddawana na wyłączność
pieszym użytkownikom. Przepięknej urody deptak ułożony z czarno-białych
kostek w kształcie fal został zaprojektowany przez portugalskiego architekta
Roberto Burle Marxa. Po obu stronach jest mnóstwo kiosków i restauracji,
w których można się zatrzymać i coś zjeść albo wypić pysznego drinka. Najsłynniejszym
jest caipirinha: sok z limonki, trochę cukru i rum brazylijski "cachaça",
z dużą ilością lodu oczywiście. Wzdłuż plaży umieszczone są "postos" będące
dla nas punktami orientacyjnymi. Jest ich 6, a my jesteśmy przy "posto"
3. Zaczynamy powoli orientować się topograficznie.
Po naszej lewej
stronie widzimy słynną Głowę Cukru. Dwuetapową kolejką wjeżdżamy na nią
następnego dnia i podziwiamy z wysokości prawie 400 metrów niesamowity
widok na miasto wyglądające jak makieta, błękitną zatokę, złociste plaże,
zielone wzgórza wokół i oczywiście na pomnik Chrystusa Zbawiciela. Nazwa
Głowa Cukru została nadana przez kolonistów portugalskich przybyłych tu
w XVI wieku. Góra przypominała kształtem stożek, w którym formowano cukier.
Pomnik Chrystusa Zbawiciela i Głowa Cukru to dwa niezwykłe miejsca widokowe
Rio. Z którego panorama jest piękniejsza? Trudno wyrokować, trzeba zobaczyć
obydwa. Nie można ich pominąć podczas zwiedzania, bo są to ikoniczne miejsca,
jedne z najsłynniejszych na świecie. Sycimy nimi nasze oczy i chłoniemy
je całą duszą.
Być w Rio i
nie zobaczyć pomnika Jezusa? Niemożliwe! Jeden z siedmiu nowożytnych cudów
świata! Dowiadujemy się od naszej miłej przewodniczki, że projekt posągu
został wykonany przez brazylijskiego architekta Heitora da Silva Costa
oraz francuskiego rzeźbiarza polskiego pochodzenia Paula Landowskiego (o
czym informuje nas z nieukrywaną satysfakcją...). Podobno wcześniejsze
prace Landowskiego często były spowite mroczną aurą i wiązały się z ciemną
stroną świata. Żeby odkupić swoje winy wobec kościoła Landowski włączył
się w tworzenie monumentalnego dzieła - Chrystusa umieszczonego na granitowej
górze Corcovado (po hiszpansku Garbus), rozpościerającego ramiona w geście
przywitania i obejmującego miasto. Czasem posąg kompletnie znika w chmurach,
my jednak mamy szczęście - mgła rozsnuła się dla nas jak na zamówienie.
Niektórzy z
domieszką goryczy mówią, że Chrystus stoi przodem do oceanu, ale odwrócony
jest od slumsów (faweli) tak bardzo kontrastujących z zamożnymi dzielnicami.
Podobno aż 25 procent wszystkich mieszkańców Rio zamieszkuje slumsy w warunkach,
które urągają XXI-wiecznej cywilizacji. Fawele umieszczone są wysoko na
wzgórzach otaczających miasto, całkiem odwrotnie niż bogaty Westmount w
Montrealu. Ich zwiedzanie nie jest w naszych planach, choć wielu turystów
w asyście przewodników taką wycieczkę odbywa. Zwiedzać i podziwiać miejsca
nędzy ludzkiej? W jakim celu? Nawet nie szukamy odpowiedzi na to pytanie.
Ekscentryczną
budowlą jest sakralna Katedra Świętego Sebastiana położona w centrum miasta.
Stożkowata bryła przypomina swoim kształtem piramidę Majów i jest prawdopodobnie
hołdem złożonym pierwszym mieszkańcom tych ziem. Wielkie wrażenie robią
na nas cztery przeogromne świetliste witraże i krzyż zwieńczający katedrę.
Jej wnętrze może pomieścić 20 tys. ludzi. W cudowny sposób budynek odbija
się w szklanych ścianach nowoczesnego wieżowca znajdującego się naprzeciwko.
W pobliżu rozpościera
się dzielnica Lapa - siedziba bohemy artystycznej, a tuż obok - Arcos da
Lapa - imponujący akwedukt który, w XVIII wieku, doprowadzał wodę do miasta
z pobliskich wzgórz. Dziś to rodzaj wiaduktu, którym żółty tramwaj Bonde
de Santa Teresa przemierza kultową dzielnicę miasta. To jeden z najstarszych
tramwajów na świecie funkcjonujący od 1875 roku. Wczesnym rankiem w towarzystwie
uroczej przewodniczki i my wspinamy się na wzgórze Świętej Teresy. Zgrzyt
kół i dźwięk dzwonka przenoszą nas w odległe czasy. Zatrzymujemy się w
klimatycznych maleńkich kafejkach serwujących mocną brazylijską kawę, pao
de queijo (serowe bułeczki z mąki maniokowej chrupiące z zewnątrz
i ciągnące w środku) oraz sorbet acai. Stefanie twierdzi, że owoc
acai w połączeniu z guaraną, którą Brazylijczycy traktują jak "dar
od Boga" to fontanna zdrowia pełna antyoksydantów, witamin, błonnika
i zdrowych kwasów. Wcześniej widzieliśmy tubylców spożywających taki przysmak
i zastanawialiśmy się co to może być?
W miejscu,
gdzie Lapa styka się z dzielnicą Święta Teresa znajduje się atrakcja, której
nie można pominąć - schody Selaron nazwane tak od nazwiska chilijskiego
artysty, który to zwykłe schody (215 stopni) prowadzące do klasztoru przeistoczył
w dzieło sztuki. Ponad 2 tysiące ceramicznych płytek tworzy niezwykle kolorową
mozaikę, a każdy stopień ma swoją niepowtarzalną historię. Podobno wśród
nich jest też płytka przysłana z Polski, ale niestety tłumy turystów uniemożliwiły
jej znalezienie. Twórcę tego ikonicznego miejsca znaleziono martwego, o
ironio, na schodach w 2013 i do dziś nie wiadomo jaka była przyczyna jego
śmierci - samobójstwo czy może morderstwo?
Stefanie oprowadza
nas po Centro barwnie opowiadając o historii miasta. Naszą uwagę zwracają
różne perełki architektoniczne. Wśród nich elegancki budynek Teatru Miejskiego
inspirowany paryską Operą Garnier. Z przyjemnością także zwiedzamy gmach
zbudowany w stylu neoklasycystycznym mieszczący Brazylijską Bibliotekę
Narodową. I wreszcie jedna z najpiękniejszych kawiarni świata w stylu Belle
Epoque - Confeitaria Colombo. Po obfitym śniadaniu nie jesteśmy w stanie
wcisnąć w siebie nawet najmniejszego ciasteczka. A szkoda, bo w tym niezwykłym
otoczeniu prezentują się niesamowicie...
Dumą narodową
Brazylijczyków jest piłka nożna i słynny, podobno największy na świecie,
stadion Maracana. Ale wiąże się on z pewnym wstydliwym, wręcz tragicznym
wydarzeniem, kiedy podczas finałów mistrzostw świata w 1950 malutki Urugwaj
pokonał potężną Brazylię... Na mnie nie robi to żadnego wrażenia, ale przewodniczka
opowiadając o tym wydawała się trochę zażenowana... Niemniej jednak Cariocas
- mieszkańcy Rio pokazują swoje wielkie przywiązanie do piłki nożnej i
ojczyzny z dumą nosząc na sobie ubrania w kolorach narodowych, nawet na
plaży.
Przechodząc
obok pomnika Mahatmy Gandhiego dowiadujemy się o zdumiewającym akcie wandalizmu,
który miał miejsce w 2024 roku. Skradziono metalową laskę, która umieszczona
była w dłoni Gandhiego i stanowiła istotny element pomnika. Pozostawiono
jedynie mały jej fragment... Niestety Rio "cieszy się" złą sławą jeśli
chodzi o przestępczość. Przestrzegano nas wielokrotnie przed drobnymi złodziejaszkami,
ale na szczęście nic złego nam się nie przydarzyło, a nawet przeciwnie
- czuliśmy się tutaj dość bezpiecznie.
Kiedy przybyliśmy
do Rio karnawał 2026 był już zakończony. Za to widzieliśmy jego mały fragment
uczestnicząc w pokazie Ginga Tropical. Kolorowy, przepiękny spektakl prezentujący
brazylijską kulturę w muzyce i kultowych tańcach był naprawdę czymś niezapomnianym.
Trudno nie
wspomnieć o kuchni brazylijskiej. Rodizio to styl serwowania doskonałych
mięs, wolno pieczonych na grillu (churrasco), głównie wołowiny (picanha)
a także kiełbasek, kurczaka i
wieprzowiny.
Kelnerzy szczodrze serwowali pyszne mięsne płaty aż do momentu, kiedy pękając
w szwach, powiedzieliśmy: STOP.
Dziewięć dni
w Rio de Janeiro to za krótki czas, aby dobrze je poznać. Ale ten intensywny
pobyt pozwolił nam odkryć jego niesamowitą urodę i niepowtarzalną, jedyną
w swoim rodzaju atmosferę.
Rio de Janeiro
się nie zwiedza, to miasto się po prostu przeżywa.
Magda Chylewska
polonistka, felietonistka
|