.

MAGAZYN PANORAMA
352 Bergevin, Suite 6 
Lasalle, Qc
H8R 3M3 

E-mail: office@panoramanews.org

Tel. (514) 367-1224 
Tel. (514) 963-1080



 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Życie zwielokrotnione (cz. 13) 

Ad futuram rei memoriam
 

Latem następnego roku wysłaliśmy z Budapesztu wiele kartek pocztowych z zawiadomieniem o naszym ślubie, który rzekomo właśnie wzięliśmy w ambasadzie niemieckiej. Bajeczka była fantastyczna i romantyczna. Urszula jest córką znanego i lubianego austriackiego aktora Paula Hörbigera, który już nie żyje.

Przez siedem lat w każdy weekend pokonywałem samochodem trasę Berlin–Szczecin–Berlin. Urszula nadal mieszkała i pracowała w Szczecinie. Ponieważ nie zarabiała wiele, zaproponowałem jej wcześniejszą emeryturę i spróbowanie sił w prywatnym biznesie. Przekonałem ją, że produkcja i sprzedaż langoszy - węgierskich placków drożdżowych smażonych na smalcu, podawanych z tartym serem, czosnkiem, kwaśną śmietaną i czym jeszcze kulinarna fantazja podpowie - przyniesie nam fortunę.

Promenada w Świnoujściu.

Wziąłem pożyczkę w Deutsche Banku i kupiliśmy pawilon na osiedlu Słonecznym.

Potrawa była w Polsce niemal nieznana, wymagała więc intensywnej reklamy, na którą nie mieliśmy pieniędzy. Na domiar złego punkt okazał się fatalnie położony. Wycofaliśmy się tak szybko, jak to było możliwe, ratując resztki majątku. Trudno nam było przyznać się do porażki. Gdy nadarzyła się okazja w Świnoujściu, wznowiliśmy działalność: zawarliśmy z właścicielką pustego pawilonu układ "pół na pół".

Tym razem punkt był znakomicie położony, tuż przy wejściu na plażę. Pawilon urządziliśmy po węgiersku: był piękny ogródek, madziarska muzyka oraz flagi Polski, Węgier i Europy. Wieczorami na stołach świeciły lampy naftowe. Langosze przygotowywaliśmy na miejscu, na zamówienie, w wielu odmianach. Stawialiśmy na uczciwość i dobre składniki; nawet przyprawy sprowadzaliśmy z Węgier. Wydawało się, że trafiliśmy w dziesiątkę. Zyskaliśmy sporą popularność, choć mniejszą, niż się spodziewaliśmy. Jako jedni z nielicznych zamknęliśmy sezon z niewielką nadwyżką. To dawało nadzieję na kolejny rok.

Kolejny sezon okazał się jednak katastrofalny. Wokół przybyło punktów gastronomicznych, miasto drastycznie podniosło podatki, zdrożały prąd i woda. Zmieniły się też upodobania wczasowiczów: wielu wybierało frytki i hamburgery. Wspólniczka namawiała nas do obniżania kosztów kosztem jakości, a jednocześnie posądzała o przywłaszczanie utargu. Tak zakończyła się nasza próba zostania kapitalistami. Opisałem ją w opowiadaniu "Kurort", zamieszczonym w mojej książce "Karczma pod Krzywym Ryjem".

10 listopada 1996 roku urodziły się bliźniaczki, Urszula i Alicja Konkol. Choć jestem ich "przyszywanym" dziadkiem, dla nich pozostaję po prostu dziadkiem. Kochamy się wzajemnie. Kiedy pisałem te słowa, za kilka dni miały pójść do szkoły. Zaczynał się dla nas nowy, odpowiedzialny etap życia. Moja wnuczka Balbina Jagielska, córka Tibora, nie mieszkała już z matką i studiowała w Berlinie. Nie znałem nawet jej aktualnego nazwiska. Bardzo bolało mnie, że nie utrzymywała ze mną kontaktu. Przekazałem jej zdjęcia, dokumenty i list z prośbą o spotkanie. Do tej pory nie odpowiedziała, a ja wciąż mam nadzieję, że kiedyś porozmawiamy i będę mógł wyjaśnić jej wiele spraw.

W maju 2001 roku, podczas 46. Międzynarodowych Targów Książki w Warszawie, wydawnictwo Cindarella Books zaprezentowało moją świeżo wydaną książkę "Karczma pod Krzywym Ryjem". Jej promocja odbyła się w szczecińskim Klubie 13 Muz.

Zbliżał się ostatni dzień mojej pracy: 28 czerwca 2001 roku, w sześćdziesiąte piąte urodziny, przechodziłem na emeryturę. Chętnie pracowałbym dalej jako woźny w gimnazjum, gdzie spędziłem trzynaście lat, ale niemieckie przepisy nie dawały mi takiej możliwości. Urszula kupiła większe mieszkanie, a ja powoli przewoziłem do Szczecina swoje drobiazgi, obrazy, porcelanę i książki.

W tym samym czasie do emerytury szykował się dyrektor Hermann-Ehlers-Gymnasium, Peter Hellmann. To jemu zawdzięczałem zatrudnienie w szkole i byłem mu za to ogromnie wdzięczny. Był wymagający, czasem aż do przesady. Jego pruska dyscyplina stała się przyczyną wielu konfliktów między nami.

Peter Hellmann był świetnym pedagogiem, człowiekiem o dużej kulturze osobistej i sprawnym administratorem, choć budził kontrowersje wśród nauczycieli i uczniów. Biurokracja i porządek były dla niego świętością. Kazał mi na przykład usuwać ziarenka piasku z ceglanych alejek. Dzięki takim wymaganiom szkoła była wzorowo czysta.

Zewnętrzne mury i ściany wewnątrz szkoły, zwłaszcza w toaletach, były wolne od graffiti -i to już bezspornie moja zasługa. Na podwórzu nie leżał najmniejszy śmieć.

Kiedy podczas choroby sekretarek pełniłem dyżur w sekretariacie, rozmawialiśmy na wiele tematów, choć moja niezbyt dobra niemczyzna nie pozwalała mi zawsze wyrazić się jasno. Dyrektor był wszechstronnie uzdolniony: grał na saksofonie w szkolnej orkiestrze, świetnie posługiwał się komputerem i mówił kilkoma językami. Nie przyjmował kwiatów ani prezentów, nie obchodził w szkole urodzin. Narzucił sobie żelazną dyscyplinę pracy i jedzenia. Przesiadywał w szkole do późna, popijając herbatę i przegryzając jabłka. Twierdził, że obfite posiłki rozleniwiają; dopiero w domu pozwalał sobie na solidną kolację. Miał jednak i wady. Jego wiara we własną nieomylność prowadziła czasem do sytuacji, w których sam się ośmieszał.

Zdarzenie tuż przed moim odejściem na emeryturę utwierdziło mnie w tej ocenie. Nauczyciele zaplanowali na 25 czerwca małe pożegnanie w pokoju nauczycielskim. Tymczasem 18 czerwca otrzymałem od dyrektora list:

"Szanowny Panie Jagielski, prosiłem Pana przez czternaście dni, przed Pana odejściem, by zamiatał Pan podwórko szkolne i utrzymywał w czystości. Pan tego polecenia nie wykonał. To nie jest w porządku. W tych okolicznościach nie widzę możliwości podziękowania Panu za współpracę. Pożegnanie omówione z Panem na 25.6.01 z nauczycielami zostaje dlatego odwołane. W takich okolicznościach proszę Pana by Pańskie prywatne auto nie parkowało więcej (podkreślenie moje) na szkolnym podwórku. Podwórko nie jest do tego przeznaczone. 
Z poważaniem - dyrektor szkoły - P. Hellmann".

Pikanterii dodaje fakt, że podobne pismo otrzymali nauczyciele, lecz bez ostatniego zdania, dotyczącego samochodu. Czyżby dyrektor zrozumiał, że się zagalopował? Parkowanie na terenie szkół w dzielnicy Steglitz było wprawdzie niedozwolone, ale przymykano oko na samochody woźnych. Ja parkowałem na szkolnym podwórzu przez trzynaście lat, za cichym przyzwoleniem Hellmanna. Pięć dni przed moim odejściem zabronił mi tego. Pokazał, kto tu rządzi. Kapitan z Köpenick!

Nauczyciele znaleźli się w niezręcznej sytuacji. Ja wcześniej zapowiedziałem, że nie zamierzam spełniać dodatkowych żądań dyrektora. Podwórze, jak każdego dnia przez trzynaście lat, było posprzątane i lśniło czystością. Nie miałem zamiaru szorować go szczoteczką do zębów!

Pozostała mi słodka zemsta. W noc przed wyprowadzką ze służbowego mieszkania rozwiesiłem na korytarzach, w klasach, toaletach, sekretariacie i gabinecie dyrektora kopie jego listu. Włożyłem je również do przegródek pocztowych nauczycieli. Dołączyłem dopisek: "Mimo to dziękuję Panu za trzynastoletnią współpracę i życzę wiele dobrego na emeryturze. K. Jagielski". Po niemiecku napisałem: "Trotzdem vielen Dank für die 13 Jahre Zusammenarbeit und alles Gute für Ihren Ruhestand. K. Jagielski".

Po latach nadal uważam zachowanie dyrektora Hellmanna było złośliwe i poniżające.
 

Krzysztof Jagielski - pisarz, członek Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie - Londyn, działacz ZZ "Solidarność" w Szczecinie.
 

POPRZEDNIE CZĘŚCI
 


PANORAMA - NIEZALEŻNY MAGAZYN POLONII KANADYJSKIEJ
Tel: (514) 367-1224, E-mail: office@panoramanews.org
Designed and maintained by Arkona Web Services
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
ZALOGUJ SIĘ