| Życie zwielokrotnione
(cz. 13)
Ad futuram rei memoriam
Latem następnego roku wysłaliśmy
z Budapesztu wiele kartek pocztowych z zawiadomieniem o naszym ślubie,
który rzekomo właśnie wzięliśmy w ambasadzie niemieckiej. Bajeczka była
fantastyczna i romantyczna. Urszula jest córką znanego i lubianego austriackiego
aktora Paula Hörbigera, który już nie żyje.
Przez siedem lat w każdy weekend
pokonywałem samochodem trasę BerlinSzczecinBerlin. Urszula nadal mieszkała
i pracowała w Szczecinie. Ponieważ nie zarabiała wiele, zaproponowałem
jej wcześniejszą emeryturę i spróbowanie sił w prywatnym biznesie. Przekonałem
ją, że produkcja i sprzedaż langoszy - węgierskich placków drożdżowych
smażonych na smalcu, podawanych z tartym serem, czosnkiem, kwaśną śmietaną
i czym jeszcze kulinarna fantazja podpowie - przyniesie nam fortunę.
Promenada
w Świnoujściu.
Wziąłem pożyczkę w Deutsche Banku
i kupiliśmy pawilon na osiedlu Słonecznym.
Potrawa była w Polsce niemal nieznana,
wymagała więc intensywnej reklamy, na którą nie mieliśmy pieniędzy. Na
domiar złego punkt okazał się fatalnie położony. Wycofaliśmy się tak szybko,
jak to było możliwe, ratując resztki majątku. Trudno nam było przyznać
się do porażki. Gdy nadarzyła się okazja w Świnoujściu, wznowiliśmy działalność:
zawarliśmy z właścicielką pustego pawilonu układ "pół na pół".
Tym razem punkt był znakomicie położony,
tuż przy wejściu na plażę. Pawilon urządziliśmy po węgiersku: był piękny
ogródek, madziarska muzyka oraz flagi Polski, Węgier i Europy. Wieczorami
na stołach świeciły lampy naftowe. Langosze przygotowywaliśmy na miejscu,
na zamówienie, w wielu odmianach. Stawialiśmy na uczciwość i dobre składniki;
nawet przyprawy sprowadzaliśmy z Węgier. Wydawało się, że trafiliśmy w
dziesiątkę. Zyskaliśmy sporą popularność, choć mniejszą, niż się spodziewaliśmy.
Jako jedni z nielicznych zamknęliśmy sezon z niewielką nadwyżką. To dawało
nadzieję na kolejny rok.
Kolejny sezon okazał się jednak katastrofalny.
Wokół przybyło punktów gastronomicznych, miasto drastycznie podniosło podatki,
zdrożały prąd i woda. Zmieniły się też upodobania wczasowiczów: wielu wybierało
frytki i hamburgery. Wspólniczka namawiała nas do obniżania kosztów kosztem
jakości, a jednocześnie posądzała o przywłaszczanie utargu. Tak zakończyła
się nasza próba zostania kapitalistami. Opisałem ją w opowiadaniu "Kurort",
zamieszczonym w mojej książce "Karczma pod Krzywym Ryjem".
10 listopada 1996 roku urodziły się
bliźniaczki, Urszula i Alicja Konkol. Choć jestem ich "przyszywanym" dziadkiem,
dla nich pozostaję po prostu dziadkiem. Kochamy się wzajemnie. Kiedy pisałem
te słowa, za kilka dni miały pójść do szkoły. Zaczynał się dla nas nowy,
odpowiedzialny etap życia. Moja wnuczka Balbina Jagielska, córka Tibora,
nie mieszkała już z matką i studiowała w Berlinie. Nie znałem nawet jej
aktualnego nazwiska. Bardzo bolało mnie, że nie utrzymywała ze mną kontaktu.
Przekazałem jej zdjęcia, dokumenty i list z prośbą o spotkanie. Do tej
pory nie odpowiedziała, a ja wciąż mam nadzieję, że kiedyś porozmawiamy
i będę mógł wyjaśnić jej wiele spraw.
W maju 2001 roku, podczas 46. Międzynarodowych
Targów Książki w Warszawie, wydawnictwo Cindarella Books zaprezentowało
moją świeżo wydaną książkę "Karczma pod Krzywym Ryjem". Jej promocja odbyła
się w szczecińskim Klubie 13 Muz.
Zbliżał się ostatni dzień mojej pracy:
28 czerwca 2001 roku, w sześćdziesiąte piąte urodziny, przechodziłem na
emeryturę. Chętnie pracowałbym dalej jako woźny w gimnazjum, gdzie spędziłem
trzynaście lat, ale niemieckie przepisy nie dawały mi takiej możliwości.
Urszula kupiła większe mieszkanie, a ja powoli przewoziłem do Szczecina
swoje drobiazgi, obrazy, porcelanę i książki.
W tym samym czasie do emerytury szykował
się dyrektor Hermann-Ehlers-Gymnasium, Peter Hellmann. To jemu zawdzięczałem
zatrudnienie w szkole i byłem mu za to ogromnie wdzięczny. Był wymagający,
czasem aż do przesady. Jego pruska dyscyplina stała się przyczyną wielu
konfliktów między nami.
Peter Hellmann był świetnym pedagogiem,
człowiekiem o dużej kulturze osobistej i sprawnym administratorem, choć
budził kontrowersje wśród nauczycieli i uczniów. Biurokracja i porządek
były dla niego świętością. Kazał mi na przykład usuwać ziarenka piasku
z ceglanych alejek. Dzięki takim wymaganiom szkoła była wzorowo czysta.
Zewnętrzne mury i ściany wewnątrz
szkoły, zwłaszcza w toaletach, były wolne od graffiti -i to już bezspornie
moja zasługa. Na podwórzu nie leżał najmniejszy śmieć.
Kiedy podczas choroby sekretarek
pełniłem dyżur w sekretariacie, rozmawialiśmy na wiele tematów, choć moja
niezbyt dobra niemczyzna nie pozwalała mi zawsze wyrazić się jasno. Dyrektor
był wszechstronnie uzdolniony: grał na saksofonie w szkolnej orkiestrze,
świetnie posługiwał się komputerem i mówił kilkoma językami. Nie przyjmował
kwiatów ani prezentów, nie obchodził w szkole urodzin. Narzucił sobie żelazną
dyscyplinę pracy i jedzenia. Przesiadywał w szkole do późna, popijając
herbatę i przegryzając jabłka. Twierdził, że obfite posiłki rozleniwiają;
dopiero w domu pozwalał sobie na solidną kolację. Miał jednak i wady. Jego
wiara we własną nieomylność prowadziła czasem do sytuacji, w których sam
się ośmieszał.
Zdarzenie tuż przed moim odejściem
na emeryturę utwierdziło mnie w tej ocenie. Nauczyciele zaplanowali na
25 czerwca małe pożegnanie w pokoju nauczycielskim. Tymczasem 18 czerwca
otrzymałem od dyrektora list:
"Szanowny Panie Jagielski, prosiłem
Pana przez czternaście dni, przed Pana odejściem, by zamiatał Pan podwórko
szkolne i utrzymywał w czystości. Pan tego polecenia nie wykonał. To nie
jest w porządku. W tych okolicznościach nie widzę możliwości podziękowania
Panu za współpracę. Pożegnanie omówione z Panem na 25.6.01 z nauczycielami
zostaje dlatego odwołane. W takich okolicznościach proszę Pana by Pańskie
prywatne auto nie parkowało więcej (podkreślenie moje) na szkolnym podwórku.
Podwórko nie jest do tego przeznaczone.
Z poważaniem - dyrektor szkoły -
P. Hellmann".
Pikanterii dodaje fakt, że podobne
pismo otrzymali nauczyciele, lecz bez ostatniego zdania, dotyczącego samochodu.
Czyżby dyrektor zrozumiał, że się zagalopował? Parkowanie na terenie szkół
w dzielnicy Steglitz było wprawdzie niedozwolone, ale przymykano oko na
samochody woźnych. Ja parkowałem na szkolnym podwórzu przez trzynaście
lat, za cichym przyzwoleniem Hellmanna. Pięć dni przed moim odejściem zabronił
mi tego. Pokazał, kto tu rządzi. Kapitan z Köpenick!
Nauczyciele znaleźli się w niezręcznej
sytuacji. Ja wcześniej zapowiedziałem, że nie zamierzam spełniać dodatkowych
żądań dyrektora. Podwórze, jak każdego dnia przez trzynaście lat, było
posprzątane i lśniło czystością. Nie miałem zamiaru szorować go szczoteczką
do zębów!
Pozostała mi słodka zemsta. W noc
przed wyprowadzką ze służbowego mieszkania rozwiesiłem na korytarzach,
w klasach, toaletach, sekretariacie i gabinecie dyrektora kopie jego listu.
Włożyłem je również do przegródek pocztowych nauczycieli. Dołączyłem dopisek:
"Mimo to dziękuję Panu za trzynastoletnią współpracę i życzę wiele dobrego
na emeryturze. K. Jagielski". Po niemiecku napisałem: "Trotzdem vielen
Dank für die 13 Jahre Zusammenarbeit und alles Gute für Ihren Ruhestand.
K. Jagielski".
Po latach nadal uważam zachowanie
dyrektora Hellmanna było złośliwe i poniżające.
Krzysztof Jagielski - pisarz,
członek Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie - Londyn, działacz ZZ "Solidarność"
w Szczecinie.
POPRZEDNIE
CZĘŚCI
|