| Emigracyjne drogi - Kanada
(cz. 29)
Po latach emigracyjnych bezdroży
rodzina Duniewiczów zaczyna odnajdywać swoje miejsce w Kanadzie. Jest praca,
jest pierwsze prawdziwe mieszkanie, a dzieci stawiają niełatwe kroki w
nowej szkole i nowym języku. W ostatnim odcinku "Emigracyjnych dróg" Jan
Duniewicz opowiada o chwili, w której pytanie "I co dalej?" powoli ustępuje
miejsca codziennemu życiu.
Poszukiwania prawdziwego domu
A więc podpisałem (a jakże!) kontrakt
na pracę w Bell-Northern Research (BNR). Dopiero wtedy zobaczyłem, jak
nazywa się moje stanowisko: Member of Scientific Staff. Nie wierzyłem własnym
oczom. Czy to możliwe, że stałem się naukowcem? Papier powiadał, że jestem
członkiem personelu naukowego, a więc muszę być naukowcem. Tego to nawet
bym chyba nie wyśnił!
Niedługo później, pełni ufności
i wiary w rozświetlającą się przed nami przyszłość, udaliśmy się na rekonesans
po Wyspie Sióstr w poszukiwaniu mieszkania. Teraz już nic nie mogło nam
stanąć na przeszkodzie w realizacji marzeń.
Wyspa Sióstr
(foto: Maxime Laterreur)
Byliśmy już kiedyś na Wyspie przejazdem,
gdy Tolek i Czesia pokazywali nam ciekawsze miejsca Montrealu. Już wtedy
nas zachwyciła, ale Czesia swoim zwykłym, autorytatywnym i pragmatycznym
tonem zauważyła, że to miejsce ekskluzywne i dla nas za drogie. Wyspa była
niezwykle atrakcyjna do zamieszkania: miała swój unikalny, prawnie chroniony
charakter ekologiczny, leżała na majestatycznej rzece Świętego Wawrzyńca,
a jednocześnie zaledwie kilkanaście minut od śródmieścia Montrealu. Nie
było tu jego gęstej zabudowy, ruchu pojazdów, zanieczyszczenia, hałasu
ani tłumów.
Tym razem jednak Wyspa nabrała dla
nas szczególnego znaczenia. Tu znajdowało się moje miejsce pracy, a moje
dochody miały być o 20 procent wyższe, niż początkowo się spodziewałem.
Może więc... może byłoby nas tutaj na coś stać? Jeśli jeszcze dodać, że
mógłbym chodzić do pracy pieszo i nie płacić za transport, zamieszkanie
na Wyspie stało się bardzo kuszącą perspektywą.
Poszliśmy wprost do biura Structure
Metropolitain, firmy będącej właścicielem większości tutejszych zespołów
mieszkaniowych i niektórych domów jednorodzinnych. Gdy Joleczka zapytała
o plany mieszkań, agentka rozłożyła przed nami grube foldery. Było w nich
pełno drogich lokali, co potwierdzało opinię o wysokich cenach na Wyspie.
Odetchnęliśmy jednak z ulgą: znaleźliśmy też mieszkania w przystępniejszych
cenach.
Ku naszemu zdumieniu niektóre oferowano
nawet ze specjalnym rabatem, by przyciągnąć lokatora: od jednego do trzech
miesięcy bez czynszu. Joleczka domyśliła się oczywiście, że chodziło o
utrzymanie wyższego czynszu przez resztę okresu najmu. Dla nas wyglądało
to jednak na idealne rozwiązanie. Teraz nie mieliśmy pieniędzy, ale później
będziemy je mieć.
Jedno mieszkanie, przy ulicy Gaspé,
szczególnie przypadło Joleczce do gustu. Miało układ podobny do naszego
wiedeńskiego mieszkania, a nawet lepszy: były tu dwie prawdziwe łazienki,
a nie, jak w Wiedniu, toaleta osobno,
wanna z umywalką osobno i salon pomiędzy nimi. Niestety czynsz był bardzo
wysoki, nie oferowano rabatu, a do tego trzeba było czekać, aż obecni mieszkańcy
się wyprowadzą i lokal zostanie odnowiony.
Rozglądaliśmy się z ciekawością.
Bloki mieszkalne, domy jedno- i dwurodzinne, place zabaw dla dzieci, a
nawet niewielka szkoła w sam raz dla naszych pociech. W odległości spaceru
rozciągały się dziko zadrzewione tereny, których ekologicznego charakteru
broniły siostry zakonne. Były też dobrze utrzymane pole golfowe, korty
tenisowe, publiczne baseny, lodowisko, a nieopodal nawet góra z wyciągiem
narciarskim! Wszystko pokrywała wtedy równa warstwa śniegu. Wyobrażaliśmy
sobie, jak po zimie otoczenie musi tonąć w bujnej zieleni.
Obejrzeliśmy kilka mieszkań, a także
wolnostojące domy jedno- i dwurodzinne, na które mogłoby nas stać. Wreszcie
znaleźliśmy miejsce naprawdę dla nas. Było to mieszkanie z trzema sypialniami
w niedużym bloku, zaledwie dziesięć minut spacerem od BNR. Czynsz był przystępny,
a przez pierwsze trzy miesiące mieliśmy być z niego zwolnieni. Joleczka
zauważyła z satysfakcją, że lokal miał niższy czynsz, lepszy standard i
znajdował się w znacznie lepszej okolicy niż mieszkanie kobiety, która
wcześniej, ku jej rozpaczy, odmówiła nam wynajmu.
I znowu los okazał się mądrzejszy
niż nasze oczekiwania.
Mieliśmy, jak pragnęliśmy, salon,
kuchnię, trzy sypialnie i dwie osobne łazienki. Kuchnia była wyposażona
w półki, szafki, kuchenkę gazową z piekarnikiem oraz lodówkę. Oferowano
nam nawet zmywarkę, ale kosztowała dodatkowe 30 dolarów miesięcznie, więc
zrezygnowaliśmy.
Był też balkon, dla Joleczki absolutna
konieczność. Wychodził na rozległą przestrzeń między blokami, która, jak
się zimą domyślaliśmy, wiosną musiała się zazielenić. Później przekonaliśmy
się, że zarówno dzieci, jak i dorośli mogą swobodnie korzystać z tych terenów:
spacerować, bawić się i urządzać pikniki. Napisów w rodzaju "Nie deptać
trawników" nigdy w Kanadzie nie widzieliśmy.
Mogliśmy się wprowadzić już po kilku
dniach. Ku naszej radości mieszkanie było odnowione, podłogi wycyklinowane,
ściany pomalowane, a wszystko wysprzątane. Taki był kanadyjski standard.
Oto mieliśmy pierwsze prawdziwe mieszkanie w Kanadzie, w pięknym otoczeniu,
niedaleko śródmieścia i przez trzy miesiące bez czynszu! No... musieliśmy
wprawdzie zapłacić z góry za pierwszy i ostatni miesiąc pobytu.
Przyjaciele zrobili składkę, żeby
pomóc nam finansowo na początku. Dzięki tym pieniądzom wpłaciliśmy należność
za mieszkanie i kupiliśmy pierwsze, najpotrzebniejsze meble. Nie stać nas
było na wiele, więc Joleczka wpadła na pomysł, by na razie kupić tańsze
meble ogrodowe: plastikowe fotele i stolik. Tymczasowo posłużą nam w mieszkaniu,
a na wiosnę przeniesiemy je na balkon i kupimy do domu prawdziwe meble.
Dzieci - szkolne początki w Kanadzie.
Wkrótce po naszym przyjeździe do
Kanady nasze dzieci, Maga i Krzyś, trafiły do tak zwanych classes daccueil,
czyli klas powitalnych. Były przeznaczone dla dzieci nowo przybyłych imigrantów
w Quebecu. Do szkoły podstawowej dzieci jeździły specjalnym autobusem,
który zabierał je spod domu i przywoził w to samo miejsce.
Autobusy te mają charakterystyczny
kształt i jaskrawożółty kolor, więc łatwo je odróżnić od innych pojazdów.
Gdy zatrzymują się, by zabrać lub wypuścić dzieci, wysuwa się znak STOP,
a samochody muszą się zatrzymać.
Za zlekceważenie tego obowiązku grozi wysoki mandat.
W klasach powitalnych dzieci uczyły
się francuskiego, a równocześnie realizowały program odpowiedni do wieku
i poziomu nauczania. Krzyś poszedł do "zerówki", czyli klasy przedszkolnej,
a Maga do drugiej klasy.
Krzyś zdawał się łatwiej przyzwyczajać
do nowego otoczenia i języka niż jego siostra. Może dlatego, że "zerówka"
nie była tak wymagająca: nie trzeba było jeszcze wiele czytać, pisać ani
mówić. Było za to sporo zabawy i porozumiewania się obrazkami, ruchem i
gestami. Na dodatek spotkał tam Szymona, syna innych polskich imigrantów,
i szybko się z nim zaprzyjaźnił.
Magunia była mocno zagubiona i bezradna.
Niemiecki, który w Austrii opanowała znakomicie, tutaj na nic jej się nie
przydawał. To było dla niej dramatyczne przeżycie. W Austrii stała się
najlepszą uczennicą w klasie i była tak lubiana, że dzieci urządziły jej
serdeczne pożegnanie, a po wyjeździe przysłały długi list. Teraz znów znalazła
się w nieznanym świecie i wszystko, czego już się nauczyła, wydawało się
bezwartościowe.
Na szczęście jej nauczycielka była
Szwajcarką. Choć pochodziła spoza niemieckojęzycznej części kraju, znała
trochę niemiecki i mogła się choć odrobinę porozumieć z Magą. Przy niej
Magunia nie czuła się już tak samotna i natychmiast oddała jej swoje serce.
Nauczycielka miała na imię Rozalinde, a dzieci nazywały ją "Skaczącą",
bo przypominała im aktorkę z popularnego wówczas serialu Wonder Woman,
uwielbianego przez nasze pociechy.
Stopniowo Magunia znów zaczęła lubić
szkołę. Uczyła się szybko, odnosiła sukcesy, ukończyła classe daccueil
jako najlepsza uczennica i została przeniesiona do trzeciej klasy zwykłej
szkoły podstawowej.
A w nowej szkole czekały ją nowa
nauczycielka i nowa grupa dzieci. Nasza córeczka znów zamieniła się w kupkę
nieszczęścia. Musiała przyzwyczaić się do nowych nauczycieli i znaleźć
swoje miejsce wśród dzieci, które znały się już z poprzednich lat, tworzyły
własne grupki i nieraz robiły psikusy nowo przybyłej. Na szczęście nauczycielki
rozumiały jej rozterki i pomagały jej odnaleźć się w nowych warunkach.
Tak naprawdę Maga rozkwitła dopiero
w czwartej klasie. Miała wtedy nauczycielkę Céline, uwielbianą przez wszystkie
dzieci. Céline była pełna wdzięku, pięknie śpiewała, tańczyła i kochała
sztukę. Zachęcała dzieci, w tym Magunię, do śpiewu, gry na pianinie, tańca,
rysowania i malowania.
W szkołach, do których chodziły nasze
dzieci, co roku zmieniali się nauczyciele i skład klas. Jeśli robiono to
celowo, być może chodziło o to, by dzieci uczyły się współżyć z ludźmi
o różnych charakterach i przyzwyczajały do różnych stylów nauczania.
Zauważyliśmy też różnicę między szkołami
w Austrii i Kanadzie. W Austrii panowała surowa dyscyplina i stawiano dzieciom
wysokie wymagania. Aby Maga mogła nadążyć za nowym językiem, kulturą i
szkolnym materiałem, poświęcaliśmy jej dużo czasu i wspólnie z nią pracowaliśmy.
W Kanadzie nauka wydawała nam się mniej rygorystyczna. Być może dlatego
Krzyś, który właśnie tutaj zaczął swoją szkolną drogę, nie przyswoił sobie
ostrego rygoru ani szybkiego tempa nauki. Dopiero wiele lat później, mając
21 lat, zaczął poważnie traktować studia, przykładać się do nauki, a nawet
znajdować w niej przyjemność.
Joleczka do dziś wyrzuca sobie, że
nie zajmowała się dziećmi wystarczająco dużo. Ja się z tego trochę podśmiewam,
bo pomimo naszych "niedopatrzeń" dzieci wyrosły na dobrze wykształconych
i wspaniałych ludzi.
I na tym możemy zakończyć wspomnienia
z naszych emigracyjnych przygód. Czekało nas już zwyczajne, ustabilizowane
życie. Wprawdzie niepozbawione problemów, zaskakujących nieraz zderzeń
kultur i obyczajów, pełne nowych doświadczeń i przeżyć, ale jednak codzienne.
Nie towarzyszyło nam już pytanie "I co dalej?", które przez tyle lat wyznaczało
rytm naszej emigracyjnej drogi.
Być może wrócimy jeszcze do Państwa
z ciekawszymi opowieściami z tego naszego ustabilizowanego życia...
Jan Duniewicz - magister
inżynier, doradca międzynarodowy w biznesie, przywództwie i transformacji
osobistej.
POPRZEDNIE
CZĘŚCI |