| Emigracyjne drogi - Kanada
(cz. 26)
Nasze prawdziwe mieszkanie gdzieś
na nas czekało...
Już w pierwszych dniach po przybyciu
do Kanady zaczęliśmy się rozglądać za mieszkaniem. Nie chcieliśmy nadużywać
gościnności i zalegać u Baśki dłużej niż było to absolutnie konieczne.
Joleczka studiowała gazety w poszukiwaniu ogłoszeń, a było ich wiele; ludzie
tutaj bez przerwy wyprowadzają się i wprowadzają. Wydawało się więc łatwo
o niezbyt drogie mieszkanie, niedaleko od śródmieścia, odpowiadające naszym
obecnym wymaganiom.
Jedynym problemem w tych poszukiwaniach
było przemieszczanie się z dzielnicy do dzielnicy, z miejsca na miejsce,
a szczególnie w weekendy, gdy musieliśmy brać ze sobą dzieci. Właśnie najczęściej
wtedy, w weekendy, mieszkania były wystawione na wizyty - tzw. "open houses",
gdzie można było wchodzić bez zapowiedzi i bez rendez-vous, by się po mieszkaniach
rozglądnąć.
I tym razem Opatrzność zesłała nam
anioła stróża. Był nim Hanavi, którego poznałem jeszcze wtedy, gdy byłem
w Montrealu po raz pierwszy i który przyczynił się do naszej imigracji,
załatwiając mi formalną ofertę pracy. Hanavi przylgnął do nas od razu,
chętny do pomocy. Zaoferował, że będzie nas podwoził. Jego znajomość Montrealu
i posiadanie samochodu (podrdzewiałego, rozklekotanego Oldsmobile'a) było
dla nas prawdziwym błogosławieństwem.
Przy tym Hanavi poręczał za nas,
świeżych imigrantów, że jako potencjalni mieszkańcy będziemy wypłacalni,
bo on zapewnia mi pracę. Nie było to całkowicie zgodne z prawdą, ale nie
miałem wątpliwości, że zanim dojdzie co do czego, rzeczywiście będę już
ją miał. Jeździliśmy więc samochodem Hanavi'ego po wybranych dzielnicach
i jak karawana wraz z dwojgiem naszych dzieci wędrowaliśmy z ulicy na ulicę,
z dzielnicy na dzielnicę zwiedzając mieszkania do wynajęcia.
Jakoś stale albo było za drogo, albo
za brzydko, albo nam, albo właścicielom coś nie grało i w efekcie ciągnęliśmy
z miejsca na miejsce bez efektu.
Wreszcie któregoś dnia znaleźliśmy
mieszkanie, które bardzo spodobało się Joleczce - zarówno pod względem
wyglądu, położenia, jak i ceny. Był to dobrze wyglądający dupleks w sympatycznym,
pełnym zieleni miejscu, w średnio-zamożnej dzielnicy, blisko autobusu miejskiego
i niezbyt daleko od metra. Właścicielką była elegancka, sympatyczna Chinka,
której nieobecny mąż był także Polakiem, więc znaleźliśmy z nią dobry kontakt.
Była chętna wynająć nam mieszkanie od zaraz.
Joleczka była rozpromieniona, a ja
odetchnąłem z ulgą, bo nigdy nie byłem dobrym piechurem i to zwiedzanie
mieszkań nas już nieźle wymęczyło. Gdy Chinka dowiedziała się, że dopiero
co przybyliśmy do Kanady i nie mamy jeszcze dowodu zatrudnienia, nie pomogły
nawet zapewnienia Hanavi'ego - odmówiła nam w ostatniej chwili. Było to
dla niej, mówiła, zbyt ryzykowne. Prawo kanadyjskie, jeśli się komuś wynajmie
mieszkanie, nie pozwala na wyrzucenie najemcy z mieszkania tylko dlatego,
że nie ma czym zapłacić.
Schodziliśmy ze schodów zrezygnowani
i upokorzeni. Joleczka usiadła w połowie schodów i rozpłakała się rzewnymi
łzami.
- Dlaczego los traktuje nas tak niesprawiedliwie?
- łkała żałośnie. - Cóż takiego złego zrobiliśmy w życiu, że nas to spotyka?
Stałem w milczeniu, wsłuchiwałem
się w siebie, poddawałem się Woli Bożej.
- Nie martw się, kochanie - powiedziałem,
kładąc jej rękę na ramieniu. - Nie dostaliśmy tego mieszkania, bo widocznie
nie jest ono dla nas. Nasze prawdziwe mieszkanie czeka na nas i będzie
to dokładnie to mieszkanie, które powinniśmy mieć.
Joleczka otarła łzy, spojrzała na
mnie i zaśmiała się, szlochając jeszcze:
- Ale jestem beksa, co?... I niedowiarek
- powiedziała i podniosła się ze schodów.
Znajdowanie prawdziwej pracy
W tym samym czasie, gdy szukaliśmy
mieszkania, koncentrowałem się również na poszukiwaniu pracy. Tu z pomocą
przyszli mi Kuba i Tolek. Kuba udzielił mi praktycznych wskazówek co do
rynku pracy, które po doświadczeniach w Austrii wydały mi się aż nieprawdopodobne.
Otóż, gdy w Austrii byłem jednocześnie
niechcianym towarem i niechcianym sprzedawcą-amatorem niechcianego towaru,
tutaj byłem wysokiej jakości importowanym "towarem", którego sprzedażą
zajmowałby się wyspecjalizowany agent, zwany popularnie "headhunterem".
Jeśli w Austrii, by dostać pracę w moim zawodzie, dawałem "łapówkę" w postaci
całej lub części pensji, tu w Kanadzie, bez żadnej mojej "opłaty", miałem
oddać się w kompetentne ręce agenta, który sam będzie poszukiwał dla mnie
jak najlepszej i jak najwyżej płatnej pracy.
Jeśli mu się powiedzie, otrzyma od
zakładu honorarium w wysokości 10-12% oferowanej mi pensji. Moim zadaniem
było dać się poznać agentowi i zostawić mu resztę roboty - aż do interview
z firmą, które rozstrzygnie o ostatecznej decyzji. To agent, a nie ja,
puka do drzwi, prezentuje moje resume, negocjuje wynagrodzenie, urlopy,
bonusy i wszystko inne. Mnie natomiast pozostaje finalny show.
Agent wprawdzie zastrzega sobie często
prawo wyłączności, ale jak pouczył mnie Kuba, nie muszę się na to zgadzać.
Słuchałem tego jak bajki
nie tylko całą moją robotę odwala ktoś inny,
nie tylko nie muszę za nic płacić, ale jeszcze ja tu mam coś do powiedzenia?
Ja mogę na coś się zgodzić lub nie? W jakim świecie ja tu teraz żyję? W
jakim świecie się znalazłem? Czułem w sobie narastającą moc i energię do
działania.
Kuba dał mi kontakt do swego najlepszego
agenta - była to kobieta imieniem Marion. Poinstruował mnie, że mogę z
nią być bezpośredni, otwarty i szczery, bo jej zależy na znalezieniu mi
pracy tak samo jak mnie.
Niebawem spotkałem się z Marion w
jej biurze. Kobieta okazała się modelową businesswoman w amerykańskim stylu:
profesjonalnie-elegancko ubrana, poruszająca się z życzliwą godnością,
mówiąca krótko, wprost i rzeczowo. Całą sobą narzucała poczucie samokontroli,
pewności siebie, kompetencji i związanego z tym sukcesu.
Przeszkolony w trudnych polowych
austriackich warunkach i poinstruowany przez Kubę, ja również czułem się
pewny siebie, świadom mych kompetencji i wartości rynkowej. Interview szło
gładko. Na pytania Marion miałem solidne odpowiedzi podbudowane imponującym
doświadczeniem, także w Austrii, czyli w środku samej Europy (!), a to
wyraźnie miało tu niemałe znaczenie (nie przyznawałem się do tego, że pracowałem
za darmo i za pół darmo). Po prezentacji kwalifikacji i referencji, doszliśmy
do omawiania warunków pracy.
- Jakiego oczekujesz wynagrodzenia?
- spytała Marion.
- Moje wynagrodzenie powinno być
nie mniejsze niż $35,000, plus bonus i co najmniej trzy tygodnie urlopu
- odpowiedziałem pewnym siebie głosem.
Według Kuby było to mniej więcej
to, czego mogłem oczekiwać na moim poziomie i w pierwszej mojej pracy w
Kanadzie. Według mnie zaś było to czterokrotnie więcej niż pełny szczęścia
otrzymywałem w firmie Austro-Schnee w Wiedniu i co, gdybym tam został,
miało być moim pułapem na resztę moich dni.
Marion jeszcze raz oceniła mnie wzrokiem
fachowca:
- Hmm
Don't take it wrong
jesteś
z pewnością dobrym specjalistą w twej dziedzinie, nie mam zamiaru tego
podważać, ale dopiero co przyjechałeś do Kanady, nie masz tu żadnego doświadczenia
ani referencji. Uważam, że jak na początek to za wysoko mierzysz. Bez żadnego
kanadyjskiego doświadczenia nikt ci takiej pensji nie da
Ja bym ci radziła
wystartować gdzieś z $25,000
no może $28,000
i dopiero potem w miarę
czasu żądać wyżej.
Byłem lekko rozczarowany jej odpowiedzią,
ale nie zbity z tropu. Czułem się pewniejszy siebie niż kiedykolwiek w
życiu. Rozumiałem, że Marion przygotowuje sobie grunt, by sprzedać mnie
niżej, jeśli taka okazja się nadarzy, co byłoby lepiej niż stracić w ogóle.
Ja jednak nie po to przyjechałem do Kanady, by znowu chodzić do "taniej
pracy".
- Well
- powiedziałem z cieniem
arogancji w głosie - ja nie mam zamiaru schodzić niżej niż to, co powiedziałem
Mam solidne kwalifikacje oraz doświadczenie i to europejskie, jestem pewny,
że znajdę taką pracę i taką płacę, jaka uważam, że mi przysługuje. Jeśli
ty nie znajdziesz mi takiego zatrudnienia, to ktoś inny znajdzie
lub ja
sam.
Takie zadufanie w moją przyszłość
nawet mnie zaskakiwało. Widziałem w jej oczach, że chociaż nie bardzo mi
dowierzała, zaimponowałem jej moją determinacją i pewnością siebie.
- No cóż - powiedziała, wstając z
fotela na pożegnanie - wiem o tobie tyle, ile potrzebuję, będę szukała
dla ciebie odpowiedniej pracy i zawiadomię cię, jak się coś nadarzy. Teraz
akurat nie jest dobra pora na zatrudnianie, bo nadchodzą święta i firmy
nie chcą przyjmować przed świętami
dopiero trochę po nowym roku, tak że
to może potrwać.
Odprowadzając mnie do drzwi, zmierzyła
mnie jeszcze raz wzrokiem i rzuciła jakby od niechcenia:
- Na przyszłość, jak będziesz szedł
na interview, radzę ci nie przychodzić w dżinsach, ale raczej w garniturze.
Pracodawcy na to patrzą, jak jesteś ubrany i mogliby twój wygląd wziąć
za niedbałość lub lekceważenie.
- Dziękuję ci, Marion, za tę uwagę
- powiedziałem z uśmiechem - szanuję to, co mówisz, ale uważam też, że
dostanę taką pracę, jaką chcę, bez względu na to, czy będę w dżinsach,
czy w garniturze.
Wyraźnie nie byłem typowym dla niej
klientem. Marion zaśmiała się z rozbawieniem i widziałem w jej oczach,
że jej się spodobałem, może bardziej jako mężczyzna niż jako profesjonalista.
Jan Duniewicz - magister
inżynier, doradca międzynarodowy w biznesie, przywództwie i transformacji
osobistej.
POPRZEDNIE
CZĘŚCI |