| Nasze mapy
Kilka dni temu ktoś napisał mi, że
Toronto, choć samo w sobie piękne, od tej pory będzie kojarzyło mu się
przede wszystkim ze mną. Z chwilą, którą tutaj razem przeżyliśmy, z rozmową,
śmiechem, może z jakimś drobiazgiem, którego ja sama za kilka miesięcy
mogę już nie pamiętać. Przeczytałam to zdanie kilka razy, nie z próżności,
raczej ze zdumienia, jak niewiele czasem potrzeba, żeby człowiek wszedł
do cudzej geografii. Bo przecież istnieją co najmniej dwie mapy świata.
Pierwszą znamy ze szkoły. Są na niej państwa, granice, góry, rzeki, morza
i miasta oznaczone kropkami odpowiedniej wielkości. Druga nie ma legendy
ani skali. Powstaje przez całe życie i właściwie nigdy nie jest skończona.
Na niej mała miejscowość może zajmować więcej miejsca niż cały kontynent,
jedna ulica może być ważniejsza od stolicy, a zwyczajna ławka w parku znaczyć
więcej niż najbardziej spektakularny zabytek. To nasza prywatna geografia.
Tim Marshall w książce "Prisoners
of Geography" przypomina rzecz oczywistą, o której świat zadziwiająco często
zapomina: geografia ma znaczenie. Możemy wymyślać nowe ustroje, technologie
i ideologie, zmieniać przywódców, podpisywać traktaty, budować autostrady
i lotniska, ale góry nadal stoją tam, gdzie stały, morze nadal daje dostęp
do świata albo go odbiera, a położenie kraju wciąż może być jego błogosławieństwem
lub przekleństwem. Każde kolejne pokolenie ma jednak osobliwą skłonność
do wiary, że tym razem będzie inaczej, że jesteśmy nowocześniejsi, mądrzejsi,
lepiej poinformowani i historia nauczyła nas wystarczająco dużo. Potem
wydarza się kolejny konflikt, zamyka się granica, przerywa szlak handlowy,
wraca stary lęk i okazuje się, że mapa cierpliwie czekała. Nie obraziła
się na naszą nieuwagę. Po prostu nigdy nie przestała istnieć.
Być może podobnie jest z pamięcią.
Często pytamy, dlaczego ludzkość tak niewiele uczy się z własnej historii,
skoro wszystko zostało opisane. Są książki, dokumenty, fotografie i archiwa.
Wiemy, czym kończą się wojny, do czego prowadzi nienawiść, jak łatwo odebrać
ludziom poczucie bezpieczeństwa i jak długo potem odbudowuje się zwyczajne
życie. Problem polega chyba na tym, że wiedzę można przekazać, ale pamięci
nie. Możemy opowiedzieć dzieciom, jak wyglądała wojna, emigracja, utrata
domu czy zaczynanie życia od początku. Możemy podać daty, nazwiska i liczby,
nie możemy jednak przekazać im własnego strachu, zapachu tamtego mieszkania,
ciszy przy stole, smaku pierwszego posiłku w obcym kraju. Następne pokolenie
otrzymuje historię jako opowieść, podczas gdy poprzednie nosiło ją kiedyś
we własnym ciele. Może dlatego świat tak często wraca do miejsc, z których
wydawało mu się, że już dawno odszedł.
Z pojedynczym człowiekiem dzieje
się coś niemal odwrotnego. Wielką geografię potrafimy ignorować, ale swojej
prywatnej mapy pozbyć się niezwykle trudno. Są miasta, których nazwa natychmiast
przywołuje czyjąś twarz, i domy, które bez ludzi przestają być domami,
choć nadal mają dach, drzwi i ten sam numer. Są restauracje, do których
nie chcemy wracać, bo przy tamtym stoliku siedział kiedyś ktoś ważny, lotniska
kojarzące się z jednym pożegnaniem i ulice, których inni nie odróżniliby
od setek podobnych, a dla nas pozostają miejscem, gdzie wydarzyło się coś,
co zmieniło dalszy ciąg życia. Geografia okazuje się więc nie tylko przestrzenią,
w której żyjemy. Z czasem staje się archiwum ludzi.
Najdziwniejsze jest jednak to, że
sami również żyjemy na takich mapach innych ludzi i najczęściej nic o tym
nie wiemy. Nie wiemy, kto pamięta zdanie, które powiedzieliśmy piętnaście
lat temu, kto wspomina wspólny wieczór, komu kojarzymy się z piosenką,
porą roku, zapachem kawy albo konkretnym miastem. Być może ktoś opowiada
dziś historię, w której pojawiamy się tylko przez kilka minut, a jednak
bez nas byłaby to już trochę inna historia. Być może mijamy ludzi, dla
których znaczyliśmy kiedyś więcej, niż przypuszczaliśmy, podobnie jak sami
nosimy w pamięci osoby, które prawdopodobnie nie mają pojęcia, że nadal
tam są.
Przyzwyczailiśmy się mierzyć ślad
pozostawiony przez człowieka rzeczami widzialnymi: dorobkiem, stanowiskiem,
pieniędzmi, książką, budynkiem, nazwiskiem na tablicy. Pytamy, co po nas
zostanie, jak gdyby istnienie wymagało materialnego dowodu. Tymczasem ogromna
część tego, co po sobie zostawiamy, znajduje się w miejscach, do których
nigdy nie będziemy mieli dostępu w cudzej pamięci. Może właśnie dlatego
świat ma znacznie więcej map, niż sądzimy. Istnieje Toronto zaznaczone
na mapie Kanady, z jeziorem Ontario na południu i kilometrami ulic, które
można dokładnie zmierzyć. Obok niego istnieją jednak tysiące innych Toronto:
miasto pierwszej pracy, pierwszej samotnej nocy po emigracji, wielkiej
miłości albo wielkiego rozczarowania. Jest Toronto człowieka, który mieszka
tutaj pół życia, i Toronto kogoś, kto przyjechał na trzy dni, a zapamiętał
jedną chwilę. Geografia pozostaje ta sama, zmieniają się ludzie, a wraz
z nimi znaczenia.
Pomyślałam o tym ponownie, czytając
tamtą wiadomość. Być może wcale nie trzeba dokonywać wielkich rzeczy, żeby
pozostawić po sobie ślad. Czasem wystarczy być przy kimś w odpowiedniej
chwili, pokazać mu miejsce, porozmawiać, roześmiać się, sprawić, że przez
kilka godzin obce miasto stanie się trochę bardziej jego. Nie przesuwamy
w ten sposób granic, nie zmieniamy biegu rzek ani położenia kontynentów,
ale może właśnie w tej niewielkiej, prywatnej skali dzieją się zmiany,
których znaczenia zwykle nie doceniamy. Oficjalne mapy świata pozostają
takie same, podczas gdy te niewidzialne są bezustannie poprawiane przez
ludzi, których spotykamy.
Geografii nie możemy dowolnie zmieniać.
Możemy jednak, czasem nawet o tym nie wiedząc, na zawsze zmienić czyjąś
mapę.
Anna Drutis - dziennikarka,
felietonistka, przewodnik po Toronto. Tel. 647-772-7060 anadrutis@gmail.com
|