| F1: The Movie
Formuła 1 (F1) to najwyższa klasa
wyścigów samochodowych na świecie. Każdy sezon to seria Grand Prix rozgrywanych
na torach w różnych krajach, gdzie kierowcy ścigają się w ekstremalnie
szybkich, specjalnie zaprojektowanych bolidach. To sport pełen adrenaliny,
rywalizacji i strategii, w którym każdy ułamek sekundy może przesądzić
o zwycięstwie lub porażce. "F1: The Movie" przenosi widza w sam środek
tego świata, pokazując nie tylko prędkość na torze, ale także dramaty,
ryzyko i pasję, które kryją się za wyścigami.
Niedawno obejrzałem jeden z głośniejszych
filmów ubiegłego roku - fabularyzowaną opowieść z wyścigami Formuły 1 w
tle, o prostym, wręcz infantylnym tytule "F1: The Movie".
Uczyniłem to z wyjątkowym zainteresowaniem,
gdyż sport samochodowy jest mi bliski od trzydziestu lat. W tym czasie
powstało kilka hollywoodzkich produkcji z wyścigami w tle, np. "Driven"
z Sylvestrem Stallone, czy superprzebojowa seria "Fast and Furious". Jednak,
gdy próbowałem w fabule tych filmów doszukać się jakiegoś sensu, spójności
i merotyryki, pozostał mi jedynie bólu zębów. Tym razem do oglądania przystąpiłem
z gwarancją od stomatologa i wyjątkowo dużą dozą tolerancji. I okazało
się, że ani jedno, ani drugie nie było specjalnie potrzebne!
Najnowsze dzieło Josepha Kosinskiego
(m.in. "Tron: Legacy", czy nowy "Top Gun: Maverick") opowiada o podstarzałym
kierowcy wyścigowym, którego diamentowy talent pozwolił na błyskawiczne
rozwijanie kariery w Formule 1. Dramatyczny wypadek w sekundę zniweczył
te plany i marzenia, a Sonny Hayes, bo tak nazywa się główny bohater filmu,
po długiej rekonwalescencji wrócił do wyścigów w mniej prestiżowych seriach.
Brzmi znajomo? Co ciekawe, historia przypomina losy naszego Roberta Kubicy.
Film nabiera tempa w momencie, gdy
Hayes dostaje propozycję objęcia jednego z dwóch bolidów w "królowej motorsportu"
- Formule 1. Oferta jednak dotyczy najgorszego zespołu w stawce. Nie będzie
więc darmowego splendoru i nadmiernego korzystania z popularności. Zespół
chce skorzystać z bogatego doświadczenia Sonnyego Hayesa nie tylko w szybkiej
jeździe, ale także w ulepszeniu samochodu oraz w tworzeniu strategii na
cały sezon. Tak, to też historia Kubicy, który w 2019 roku został w tym
celu zatrudniony przez team Williams F1.
Właścicielem zespołu jest kolega
Hayesa z toru, niejaki Ruben, grany przez Javiera Bardema. Nie wspomniałem,
że w postać głównego bohatera wciela się Brad Pitt. Do tego dochodzą barwne
postacie drugoplanowe, jak: Kate, główna inżynier zespołu, odpowiadająca
za aerodynamikę (Kerry Condon) oraz pełen temperamentu młodszy kolega zespołowy
Hayesa, Joshua Pearce (Damson Idris). Film nakręcono w tak nowatorskiej,
jak i bajecznej technologii IMAX, co daje widzowi złudzenie przebywania
wraz z kierowcami w kokpicie. Mało tego, do producentów filmu należą: Lewis
Hamilton i Toto Wolff, czyli ośmiokrotny mistrz świata F1 i jego szef.
Między innymi, dzięki tym zabiegom jest to najlepszy pod względem merytorycznym
film z fabułą opartą o wyścigi samochodowe! Ostatnim był bodajże prehistoryczny
"Days of Thunder" z Tomem Cruisem.
Oczywiście, jak to w filmie fabularnym,
pojawiają się akcje i zachowania, które nie miałyby racji bytu w prawdziwym
świecie F1. Przez krytyków filmowych zwane są one wpadkami i błędami. Ale
proszę pokazać mi film fabularny, który w stu procentach oddaje rzeczywistość.
Takie coś nie istnieje, ponieważ w kwadrans uśpiłoby widza z nudów.
Mała ciekawostka: wspomniany "Days
of Thunder" wyreżyserował Tony Scott, odpowiedzialny za starszy o kilka
lat superhit "Top Gun", również z Cruisem. Z kolei "F1: The Movie" wyszedł
spod ręki Josepha Kosinskiego, który parę sezonów wcześniej zrobił "Top
Gun: Maverick", czyli dalszy ciąg przygód Toma Cruisea w marynarce wojennej.
Omawiany dzisiaj film jest wreszcie
dobrze napisaną historią. Owszem, inspirowaną faktami, ale stanowi krok
w stronę prawdziwie autorskich filmów, opartych na wymyślonej fabule, a
nie faktach czy biografiach. Owszem, widać w nim fragment z przebogatej
biografii Roberta Kubicy.
I nie tylko. Pojedynek Hayesa i
Pearcea podczas pierwszego wyścigu do złudzenia przypomina walkę Ayrtona
Senny i Alaina Prosta podczas Grand Prix Japonii w 1989 roku. Młody Hayes
w żółtym kombinezonie i żółtym bolidzie to wypisz-wymaluj Michael Schumacher
w Benettonie w 1992 roku. Bezkompromisowe zachowanie Hayesa na torze w
otwierającym film wyścigu, to również Michael Schumacher i jego pojedynki
z Davidem Coulthardem na przełomie wieków. Tych ciekawostek jest w filmie
więcej, ale najważniejsze jest jego przesłanie. Dojrzałość i doświad- czenie
biją na głowę ułańską fantazję młodzików, a także są bezkonkurencyjne w
starciu z dzisiejszą wirtualną kreacją, followersami i internetową popularnością.
Jest to film, który moim zdaniem, wreszcie od kilku dobrych lat lansuje
prawidłowe wzorce. Niech jeszcze twórcy zdobędą się na jakąś inwencję w
wymyślaniu tytułów, a będzie świetnie.
Na koniec, dla zainteresowanych,
mój subiektywny ranking. Najlepszy film z wyścigami w tle wg. mnie to "Bobby
Deerfield" z 1977 roku, z Alem Pacino w roli tytułowej. Wciąga od początku
do końca, a nie ma w nim ani sekundy wyścigu! Drugi to omawiany dzisiaj
obraz. A trzeci to jednak "Days of Thunder". Niedługo przed "Bobbym Deerfieldem"
powstał co prawda "Le Mans" ze Stevem McQueenem. Subiektywnie jest fantastyczną
dokumentacją tego prestiżowego wyścigu w połowie lat siedemdziesiątych.
Jednak zawiera za dużo, jak na film, surowego materiału, a za mało fabuły.
"F1: The Movie" można obejrzeć na
platformach: Apple TV i Prime Video (dla posiadających konta w sklepie
Amazon). Poza tym, kto z nonszalancją odnosi się do kwestii jakości obrazu,
może skorzystać ze starego, niezawodnego DVD i Blu-ray. A warto tę pozycję
posiadać w swej wideotece.
Marcin Śmigielski - felietonista,
krytyk filmowy |