| Leonard i ja
Był to wiosenny poranek, taki, jakie
bywają tylko w Montrealu, kiedy całkowicie znieczulone mrozem miasto w
ciągu paru godzin wybucha szaleństwem słońca i pączkowania.
Rano, kiedy wzięłam sprzed drzwi
gazetę, szron jeszcze pokrywał gołą ziemię rzadko usianą karłowatymi krokusami.
W powietrzu poczułam ciepły zapach wilgotnej ziemi, psich kupek i innych
śmieci, które się pokazują po stopieniu się śniegu i które są oznaką zmiany
pory roku.
Przeczytałam tytuły artykułów w gazecie
pijąc kawę i obejrzałam się w lustrze. Nie było powodu do radości. Włosy
sterczały we wszystkich kierunkach bez żadnego sensu. Siwy odrost był widoczny
na czubku głowy. Stwierdziłam, że skóra na mojej szyi jeszcze bardziej
się zmarszczyła, jak pogniecione prześcieradło, i nowa zmarszczka, która
bierze początek w zagłębieniu wokół ust, przecina teraz na ukos moją twarz,
zapowiadając dalsze zmiany.
Na dworze słońce świeciło poprzez
gałęzie klonu pokrytego delikatnymi zielonymi pączkami. Nalałam sobie drugą
filiżankę kawy, zrobiłam krzyżówkę i przeczytałam w gazecie nekrologi.
Zmarli wyglądali zadziwiająco żywo i młodo. Niektórzy pozostawili w żałobie
dzieci i wnuki, inni siostrzeńców i bratanków, jeszcze inni kochanków lub
starych rodziców. Oni wszyscy stracą ten piękny dzień.
O godzinie, gdy otwierają biura,
zadzwoniłam do mojego fryzjera, gdzie się nie pokazałam już od bardzo dawna.
W oczekiwaniu na wyznaczoną godzinę spotkania przejrzałam zawartość szafy
w poszukiwaniu czegoś lżejszego. Trudno mi było dopiąć guziki wełnianej
wiosennej kurtki, moje ciało w ciągu zimy musiało widocznie przyjąć formę
mojego ciepłego puchowego palta. Nie miałam odwagi zmierzyć kwiecistych
spódniczek, przewiesiłam je tylko na środek szafy, odsuwając welurowe spodnie
i grube swetry na boki. W końcu włożyłam dżinsy, które ciągle noszę, z
czarną długą bluzką i na szyję pomarańczowy szalik dla koloru.
Przez okno wpadały teraz promienie
słońca, tworząc ruchome plamy na kuchennych blatach. Twarze zmarłych z
nekrologów patrzały na mnie nieruchomymi oczyma. Wyrzuciłam gazetę do śmieci.
Pozostały jeszcze dwie godziny do mojego spotkania, ale nie mogłam usiedzieć
na miejscu. Postanowiłam, że pójdę spacerując powoli po słonecznej stronie
ulicy.
Na dworze było jeszcze cieplej niż
myślałam. Zdjęłam i wrzuciłam do korytarza sweterek. O niczym nie myśląc
poszłam powoli, nogi same mną kierowały. Najpierw na prawo, potem na lewo,
na północ i na zachód. Wydawało się, że wszyscy mieszkańcy Montrealu wylegli
na ulicę. Gdzie też oni się podziewali przez całą zimę? Szli we wszystkich
kierunkach, dziewczyny z szelkami jak sznureczki, mężczyźni w koszulkach
odkrywających ich nabrzmiałe białe bicepsy.
Wczoraj jeszcze przechodnie prześlizgiwali
się szybkim krokiem pod ścianami domów, głowy spuszczone, ramiona wciągnięte,
aby się ochronić od zimna. Teraz wypełniali ulice swoimi falującymi ciałami.
Ta zmysłowość była zaraźliwa. Miałam
ogromną chęć kupić sobie jakąś obcisłą sukienkę w kwiaty lub kolorowy koronkowy
stanik. Zatrzymałam się przy kilku wystawach, ale nic z wyłożonych na nich
rzeczy nie mogło konkurować z ciepłymi promieniami słońca przenikającymi
moje kości i kojącymi działającymi na moje zbolałe stawy.
Szłam więc dalej i dalej, aż doszłam
do skwerku niedaleko salonu, w którym pracował mój fryzjer. Było o wiele
za wcześnie na moje spotkanie, usiadłam więc na ławce i zwróciłam twarz
w stronę słońca. Drzemałam tak kilka minut wyobrażając sobie ogrom witaminy
D, którą moje ciało wchłaniało.
Po czym poczułam ruch jakiegoś ciała
zbliżającego się do mojej ławeczki. Ciało zatrzymało się na chwilę i usiadło
koło mnie.
- Że też nigdy nie mogę mieć chwili
spokoju - pomyślałam zirytowana.
Gdy po chwili otworzyłam oczy i odwróciłam
głowę, stwierdziłam, że obok mnie siedział nikt inny, tylko on, Leonard
Cohen.
Jego twarz wyglądała starzej niż
w moich wspomnieniach z jego ostatniego spektaklu w Montrealu. Była zmęczona
i skóra miękko zwisała ze skroni i szczęk, jak u staruszków. Miał na sobie
czarny pulower pod szyję i szarą wełnianą kurtkę. Wydawało się, że nie
czuje ciepła słonecznych promieni.
Wyjął z kieszeni kurtki pogniecioną
książkę i otworzył ją na stronie zaznaczonej kawałkiem gazety. Próbowałam
kątem oka odczytać tytuł lub nazwisko autora, ale zauważyłam tylko, że
tekst był w postaci strofek, jak wiersze.
Serce mi waliło i policzki były w
ogniu. Przypomniałam sobie, że czytałam jakiś wywiad, że jego mieszkanie
wychodzi na skwerek w tej właśnie dzielnicy. Czy to był ten skwerek?
Przyjrzałam się szeregowi dwupiętrowych
domków obłożonych cegłami, z dekoracyjnymi gzymsami, ale nic nie wskazywało,
który z nich należy do niego.
Tyle miałam mu do powiedzenia! Film
wspomnień roztoczył się przede mną. Ja, piętnastoletnia w moim pokoju,
wosk ze świecy spływa na szary długowłosy dywan, naciskam guzik, aby po
raz dwudziesty wysłuchać "Susan takes you down to her place near the river".
To mniej więcej tyle rozumiałam ze słów tej piosenki, ale podobał mi się
głos Cohena i jej monotonny, urokliwy rytm.
Była w naszej szkole dziewczynka
o nieładnej twarzy bez krztyny wdzięku, która na wszystkich wieczorkach
szkolnych grała na flecie tę piosenkę. Był to jedyny sposób, aby się nam
przypodobać i tylko w tych chwilach nie dokuczałyśmy jej i nie śmiałyśmy
się z niej.
Pewnego wieczoru ona rzuciła flet
na ziemię i zaczęła rozmawiać z niewidocznymi dla nas osobami. Przyjechał
ambulans i ją zabrał, nie widzieliśmy jej więcej. Później dowiedziałam
się, że miała schizofrenię. Od tamtego czasu, kiedy słucham tej piosenki,
wyobrażam ją sobie biegnącą do rzeki w ubraniu kupionym w Armii Zbawienia.
Były inne chwile i inne piosenki.
Byłam Joanną d'Arc, samotną bohaterką i porzuconą kochanką Marianną. Przypomniałam
sobie, jak tańczyłam z Lucjanem niekończący się slow pod melodię "Dance
me to the end of love". Cohen śpiewał "Dance me to the children, who are
asking to be born" i Lucjan szeptał mi do ucha tłumacząc słowa piosenki.
Tańczyliśmy tak lata całe i życzenia dwójki dzieci, które chciały być urodzone,
zostały w tym czasie spełnione.
Był też okres "Famous Blue Raincoat",
byłam wtedy Jane, która wraca do domu z lokami swojego króla Cyganów. Do
kogo była zaadresowana ta piosenka? I kto był tym śpiącym wrogiem? Spędzaliśmy
całe wieczory próbując zrozumieć to, co było tylko sugestią.
Leonard nie przewracał już kartek,
tylko wpatrywał się w swój poemat. Człowiek, którego piosenki były wtopione
w każdy okres mojego życia, powoli oddychał tuż koło mnie.
Wyobrażałam sobie różne zdania jako
wstęp do rozmowy. Pan jest Leonard? Bardzo lubię pana piosenki. Co pan
czyta? W którym domu pan mieszka? Czy wciąż jest pan buddystą? Łamałam
sobie głowę, to było po prostu żałosne.
Spojrzałam na zegarek: jeszcze zostało
trzydzieści minut do mojego spotkania u fryzjera. Z moją głową byłoby znacznie
lepiej, gdybym spotkała Leonarda po wyjściu od fryzjera. Ale nie było na
to żadnej rady. W głowie śpiewałam "I love you in the morning, our kisses
deep and warm", wyobrażałam sobie blond loki rozsypane na poduszce, miałam
ochotę spytać go, dlaczego w jego piosenkach pary się zawsze rozchodzą,
dlaczego nie może być lepiej niż w życiu.
Przecież bywają cuda. Chciałam, żeby
mi powiedział coś miłego i kojącego, co by mnie pogodziło z samą sobą.
Pomyślałam o tym zdaniu, które powiedział
podczas swojego ostatniego przedstawienia: w każdej rzeczy jest szczelina,
przez którą przedostają się promienie światła.
Całymi dniami powtarzałam te słowa
w głowie, przekręcając je na wszystkie strony.
Jak mieć pewność, że ta szczelina,
która się we mnie pogłębia od lat, oświetla mnie, zamiast mnie całkowicie
pochłonąć? Oczywiście, potrzebny jest jakiś odstęp, żeby światło mogło
przeniknąć, ale ten odstęp to tylko cienki drucik pomiędzy dniem i nocą.
W jaki sposób otworzyć się nie wpadając w otchłań ciemności? Ostatnio wszystko
wokół mnie się rozlatywało i stawało się bardziej ponure. Coś w tym powiedzeniu
kuleje albo we mnie coś kuleje. Jak to się dzieje u niego? Tak bym chciała,
żeby mi to wyjaśnił, dał jakiś sposób na życie.
Z tych rozmyślań wyrwał mnie dzwonek
telefonu komórkowego. Był to telefon Leonarda Cohena. Odpowiedział po angielsku,
przytłumionym głosem: "Yes darling, of course". Przyrzekł wstąpić do Milano
kupić szpinak, oliwę i kartofle. Wyjął z kieszeni źle zatemperowany ołówek
i zanotował listę zakupów w książce obok wiersza.
Potem wydał się zirytowany, powiedział:
"Nie, nie papier do rąk, on jest tam za drogi, idź raczej do apteki". Trudno
mi było sobie wyobrazić bardziej nijaką rozmowę.
Zakasłałam, żeby przyciągnąć jego
uwagą. Nic to nie dało. Odchrząknął, po czym wytarł sobie nos rękawem kurtki.
Mógłby równie dobrze splunąć na ziemię lub podrapać się w jądra, zupełnie
jakby był sam jeden na tej ławce. Zresztą ten człowiek, który tu koło mnie
siedział na ławce w parku niedaleko mojego fryzjera, nie miał nic wspólnego
z MOIM Leonardem Cohenem. Był stary i banalny.
Spojrzałam na zegarek, już byłam
spóźniona na moje rendez-vous u fryzjera. Wstałam z ławki, nie odwracając
głowy w jego stronę, i wyruszyłam do domu. Na ulicy było pełno ludzi siedzących
przy stolikach w kawiarniach, młode matki popychały przed sobą wózki z
niemowlętami, sportowcy biegli środkiem ulicy w stronę góry.
Gdy wróciłam do domu, Lucjan na mnie
czekał w kuchni. Powiedział: "Popatrz, oczyściłem ruszt BBQ, zrobimy sobie
wieczorem kotlety baranie z cytryną i rozmarynem". Otworzył butelkę Bordeaux
i przelał do karafki, by nabrało temperatury pokojowej. Po czym przytulił
mnie, mówiąc: "Jaka ty jesteś piękna".
Nastawiłam starą płytę Cohena. Słońce
zaczęło się zniżać i jego promienie wpadały do mieszkania poprzez ażurową
firankę.
Agnes Gruda - kanadyjsko-polska
pisarka i dziennikarka. Przez ponad 30 lat związana z dziennikiem La Presse.
W 2014 roku otrzymała prestiżową National Newspaper Award . Jej debiutancki
zbiór opowiadań "Onze petites trahisons" (2010) był nominowany do Governor
General's Award (za prozę francuskojęzyczną) oraz zdobył Prix Adrienne?Choquette.
Tłumaczenie: Ilona Gruda
- pisarka, autorka literatury młodzieżowej
Tekst "Leonard i ja" pochodzi
ze zbioru opowiadań "Onze petites trahisons", wydanego przez Boréal w 2010
roku.
|