.

MAGAZYN PANORAMA
352 Bergevin, Suite 6 
Lasalle, Qc
H8R 3M3 

E-mail: office@panoramanews.org

Tel. (514) 367-1224 
Tel. (514) 963-1080



 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Leonard i ja

Był to wiosenny poranek, taki, jakie bywają tylko w Montrealu, kiedy całkowicie znieczulone mrozem miasto w ciągu paru godzin wybucha szaleństwem słońca i pączkowania.

Rano, kiedy wzięłam sprzed drzwi gazetę, szron jeszcze pokrywał gołą ziemię rzadko usianą karłowatymi krokusami. W powietrzu poczułam ciepły zapach wilgotnej ziemi, psich kupek i innych śmieci, które się pokazują po stopieniu się śniegu i które są oznaką zmiany pory roku.

Przeczytałam tytuły artykułów w gazecie pijąc kawę i obejrzałam się w lustrze. Nie było powodu do radości. Włosy sterczały we wszystkich kierunkach bez żadnego sensu. Siwy odrost był widoczny na czubku głowy. Stwierdziłam, że skóra na mojej szyi jeszcze bardziej się zmarszczyła, jak pogniecione prześcieradło, i nowa zmarszczka, która bierze początek w zagłębieniu wokół ust, przecina teraz na ukos moją twarz, zapowiadając dalsze zmiany.

Na dworze słońce świeciło poprzez gałęzie klonu pokrytego delikatnymi zielonymi pączkami. Nalałam sobie drugą filiżankę kawy, zrobiłam krzyżówkę i przeczytałam w gazecie nekrologi. Zmarli wyglądali zadziwiająco żywo i młodo. Niektórzy pozostawili w żałobie dzieci i wnuki, inni siostrzeńców i bratanków, jeszcze inni kochanków lub starych rodziców. Oni wszyscy stracą ten piękny dzień.

O godzinie, gdy otwierają biura, zadzwoniłam do mojego fryzjera, gdzie się nie pokazałam już od bardzo dawna. W oczekiwaniu na wyznaczoną godzinę spotkania przejrzałam zawartość szafy w poszukiwaniu czegoś lżejszego. Trudno mi było dopiąć guziki wełnianej wiosennej kurtki, moje ciało w ciągu zimy musiało widocznie przyjąć formę mojego ciepłego puchowego palta. Nie miałam odwagi zmierzyć kwiecistych spódniczek, przewiesiłam je tylko na środek szafy, odsuwając welurowe spodnie i grube swetry na boki. W końcu włożyłam dżinsy, które ciągle noszę, z czarną długą bluzką i na szyję pomarańczowy szalik dla koloru.

Przez okno wpadały teraz promienie słońca, tworząc ruchome plamy na kuchennych blatach. Twarze zmarłych z nekrologów patrzały na mnie nieruchomymi oczyma. Wyrzuciłam gazetę do śmieci. Pozostały jeszcze dwie godziny do mojego spotkania, ale nie mogłam usiedzieć na miejscu. Postanowiłam, że pójdę spacerując powoli po słonecznej stronie ulicy.

Na dworze było jeszcze cieplej niż myślałam. Zdjęłam i wrzuciłam do korytarza sweterek. O niczym nie myśląc poszłam powoli, nogi same mną kierowały. Najpierw na prawo, potem na lewo, na północ i na zachód. Wydawało się, że wszyscy mieszkańcy Montrealu wylegli na ulicę. Gdzie też oni się podziewali przez całą zimę? Szli we wszystkich kierunkach, dziewczyny z szelkami jak sznureczki, mężczyźni w koszulkach odkrywających ich nabrzmiałe białe bicepsy.

Wczoraj jeszcze przechodnie prześlizgiwali się szybkim krokiem pod ścianami domów, głowy spuszczone, ramiona wciągnięte, aby się ochronić od zimna. Teraz wypełniali ulice swoimi falującymi ciałami.

Ta zmysłowość była zaraźliwa. Miałam ogromną chęć kupić sobie jakąś obcisłą sukienkę w kwiaty lub kolorowy koronkowy stanik. Zatrzymałam się przy kilku wystawach, ale nic z wyłożonych na nich rzeczy nie mogło konkurować z ciepłymi promieniami słońca przenikającymi moje kości i kojącymi działającymi na moje zbolałe stawy.

Szłam więc dalej i dalej, aż doszłam do skwerku niedaleko salonu, w którym pracował mój fryzjer. Było o wiele za wcześnie na moje spotkanie, usiadłam więc na ławce i zwróciłam twarz w stronę słońca. Drzemałam tak kilka minut wyobrażając sobie ogrom witaminy D, którą moje ciało wchłaniało.

Po czym poczułam ruch jakiegoś ciała zbliżającego się do mojej ławeczki. Ciało zatrzymało się na chwilę i usiadło koło mnie.

- Że też nigdy nie mogę mieć chwili spokoju - pomyślałam zirytowana.

Gdy po chwili otworzyłam oczy i odwróciłam głowę, stwierdziłam, że obok mnie siedział nikt inny, tylko on, Leonard Cohen.

Jego twarz wyglądała starzej niż w moich wspomnieniach z jego ostatniego spektaklu w Montrealu. Była zmęczona i skóra miękko zwisała ze skroni i szczęk, jak u staruszków. Miał na sobie czarny pulower pod szyję i szarą wełnianą kurtkę. Wydawało się, że nie czuje ciepła słonecznych promieni.

Wyjął z kieszeni kurtki pogniecioną książkę i otworzył ją na stronie zaznaczonej kawałkiem gazety. Próbowałam kątem oka odczytać tytuł lub nazwisko autora, ale zauważyłam tylko, że tekst był w postaci strofek, jak wiersze.

Serce mi waliło i policzki były w ogniu. Przypomniałam sobie, że czytałam jakiś wywiad, że jego mieszkanie wychodzi na skwerek w tej właśnie dzielnicy. Czy to był ten skwerek?

Przyjrzałam się szeregowi dwupiętrowych domków obłożonych cegłami, z dekoracyjnymi gzymsami, ale nic nie wskazywało, który z nich należy do niego.

Tyle miałam mu do powiedzenia! Film wspomnień roztoczył się przede mną. Ja, piętnastoletnia w moim pokoju, wosk ze świecy spływa na szary długowłosy dywan, naciskam guzik, aby po raz dwudziesty wysłuchać "Susan takes you down to her place near the river". To mniej więcej tyle rozumiałam ze słów tej piosenki, ale podobał mi się głos Cohena i jej monotonny, urokliwy rytm.

Była w naszej szkole dziewczynka o nieładnej twarzy bez krztyny wdzięku, która na wszystkich wieczorkach szkolnych grała na flecie tę piosenkę. Był to jedyny sposób, aby się nam przypodobać i tylko w tych chwilach nie dokuczałyśmy jej i nie śmiałyśmy się z niej.

Pewnego wieczoru ona rzuciła flet na ziemię i zaczęła rozmawiać z niewidocznymi dla nas osobami. Przyjechał ambulans i ją zabrał, nie widzieliśmy jej więcej. Później dowiedziałam się, że miała schizofrenię. Od tamtego czasu, kiedy słucham tej piosenki, wyobrażam ją sobie biegnącą do rzeki w ubraniu kupionym w Armii Zbawienia.

Były inne chwile i inne piosenki. Byłam Joanną d'Arc, samotną bohaterką i porzuconą kochanką Marianną. Przypomniałam sobie, jak tańczyłam z Lucjanem niekończący się slow pod melodię "Dance me to the end of love". Cohen śpiewał "Dance me to the children, who are asking to be born" i Lucjan szeptał mi do ucha tłumacząc słowa piosenki. Tańczyliśmy tak lata całe i życzenia dwójki dzieci, które chciały być urodzone, zostały w tym czasie spełnione.

Był też okres "Famous Blue Raincoat", byłam wtedy Jane, która wraca do domu z lokami swojego króla Cyganów. Do kogo była zaadresowana ta piosenka? I kto był tym śpiącym wrogiem? Spędzaliśmy całe wieczory próbując zrozumieć to, co było tylko sugestią.

Leonard nie przewracał już kartek, tylko wpatrywał się w swój poemat. Człowiek, którego piosenki były wtopione w każdy okres mojego życia, powoli oddychał tuż koło mnie.

Wyobrażałam sobie różne zdania jako wstęp do rozmowy. Pan jest Leonard? Bardzo lubię pana piosenki. Co pan czyta? W którym domu pan mieszka? Czy wciąż jest pan buddystą? Łamałam sobie głowę, to było po prostu żałosne.

Spojrzałam na zegarek: jeszcze zostało trzydzieści minut do mojego spotkania u fryzjera. Z moją głową byłoby znacznie lepiej, gdybym spotkała Leonarda po wyjściu od fryzjera. Ale nie było na to żadnej rady. W głowie śpiewałam "I love you in the morning, our kisses deep and warm", wyobrażałam sobie blond loki rozsypane na poduszce, miałam ochotę spytać go, dlaczego w jego piosenkach pary się zawsze rozchodzą, dlaczego nie może być lepiej niż w życiu.

Przecież bywają cuda. Chciałam, żeby mi powiedział coś miłego i kojącego, co by mnie pogodziło z samą sobą.

Pomyślałam o tym zdaniu, które powiedział podczas swojego ostatniego przedstawienia: w każdej rzeczy jest szczelina, przez którą przedostają się promienie światła.

Całymi dniami powtarzałam te słowa w głowie, przekręcając je na wszystkie strony.

Jak mieć pewność, że ta szczelina, która się we mnie pogłębia od lat, oświetla mnie, zamiast mnie całkowicie pochłonąć? Oczywiście, potrzebny jest jakiś odstęp, żeby światło mogło przeniknąć, ale ten odstęp to tylko cienki drucik pomiędzy dniem i nocą. W jaki sposób otworzyć się nie wpadając w otchłań ciemności? Ostatnio wszystko wokół mnie się rozlatywało i stawało się bardziej ponure. Coś w tym powiedzeniu kuleje albo we mnie coś kuleje. Jak to się dzieje u niego? Tak bym chciała, żeby mi to wyjaśnił, dał jakiś sposób na życie.

Z tych rozmyślań wyrwał mnie dzwonek telefonu komórkowego. Był to telefon Leonarda Cohena. Odpowiedział po angielsku, przytłumionym głosem: "Yes darling, of course". Przyrzekł wstąpić do Milano kupić szpinak, oliwę i kartofle. Wyjął z kieszeni źle zatemperowany ołówek i zanotował listę zakupów w książce obok wiersza.

Potem wydał się zirytowany, powiedział: "Nie, nie papier do rąk, on jest tam za drogi, idź raczej do apteki". Trudno mi było sobie wyobrazić bardziej nijaką rozmowę.

Zakasłałam, żeby przyciągnąć jego uwagą. Nic to nie dało. Odchrząknął, po czym wytarł sobie nos rękawem kurtki. Mógłby równie dobrze splunąć na ziemię lub podrapać się w jądra, zupełnie jakby był sam jeden na tej ławce. Zresztą ten człowiek, który tu koło mnie siedział na ławce w parku niedaleko mojego fryzjera, nie miał nic wspólnego z MOIM Leonardem Cohenem. Był stary i banalny.

Spojrzałam na zegarek, już byłam spóźniona na moje rendez-vous u fryzjera. Wstałam z ławki, nie odwracając głowy w jego stronę, i wyruszyłam do domu. Na ulicy było pełno ludzi siedzących przy stolikach w kawiarniach, młode matki popychały przed sobą wózki z niemowlętami, sportowcy biegli środkiem ulicy w stronę góry.

Gdy wróciłam do domu, Lucjan na mnie czekał w kuchni. Powiedział: "Popatrz, oczyściłem ruszt BBQ, zrobimy sobie wieczorem kotlety baranie z cytryną i rozmarynem". Otworzył butelkę Bordeaux i przelał do karafki, by nabrało temperatury pokojowej. Po czym przytulił mnie, mówiąc: "Jaka ty jesteś piękna".

Nastawiłam starą płytę Cohena. Słońce zaczęło się zniżać i jego promienie wpadały do mieszkania poprzez ażurową firankę.
 

Agnes Gruda - kanadyjsko-polska pisarka i dziennikarka. Przez ponad 30 lat związana z dziennikiem La Presse. W 2014 roku otrzymała prestiżową National Newspaper Award . Jej debiutancki zbiór opowiadań "Onze petites trahisons" (2010) był nominowany do Governor General's Award (za prozę francuskojęzyczną) oraz zdobył Prix Adrienne?Choquette.

Tłumaczenie: Ilona Gruda - pisarka, autorka literatury młodzieżowej

Tekst "Leonard i ja" pochodzi ze zbioru opowiadań "Onze petites trahisons", wydanego przez Boréal w 2010 roku.
 
 

 


PANORAMA - NIEZALEŻNY MAGAZYN POLONII KANADYJSKIEJ
Tel: (514) 367-1224, E-mail: office@panoramanews.org
Designed and maintained by Arkona Web Services
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
ZALOGUJ SIĘ