| Mistrz fortepianu
Sala Pierre-Mercure w Montrealu wypełniła
się śmiechem, cmoknięciami w policzki i serdecznymi okrzykami "long time
no see". Publiczność montrealska przybyła 22 lutego 2026 roku na
recital Jana Lisieckiego "Cartes Blanches" z serii "Les Grandes Romantiques",
by po raz kolejny doświadczyć niezwykłej energii i talentu pianisty. Od
pierwszych taktów fortepian zdawał się ożywać razem z artystą, a widownia
- francusko-, angielsko- i polskojęzyczna - natychmiast poczuła się częścią
tej muzycznej podróży.
Wyjątkowy wieczór zawdzięcza swój
urok nie tylko wspaniałemu programowi, ale i wielkiemu kunsztowi młodego
pianisty, który ma stałe miejsce w sercach Polonii.
Wspomnienia z pierwszych koncertów
"naszego Jasia" krążyły wśród widowni przed i po występie, pokazując, jak
uważnie, czujnie i dumnie śledzono jego karierę. Specyficzny repertuar
przemawiał do wiernych słuchaczy. Między muzyką ludową Hiszpanii, Rumunii,
Czech, Argentyny, Niemiec i Polski można dostrzec hołd dla różnorodności
i otwartości Montrealu. Folklor mniejszości etnicznych został wydobyty
z wdziękiem, elegancją i osobistym zaangażowaniem.
Charyzmatyczne, teatralne ruchy Jana
Lisieckiego są obecnie główną cechą jego scenicznej prezencji. Pierwsze
komentarze o grze artysty dotyczyły właśnie energii i dynamicznej autoekspresji
przy instrumencie. Po koncercie słyszałam zachwyt nad tym, jak całe ciało
artysty było zaangażowane w grę - każdy mięsień skupiony na kolejnej nucie.
Oprócz silnej osobowości artystycznej ruch ten podkreślał również temat
przewodni programu: różnorodne tańce towarzyszyły publiczności przez cały
wieczór.
Lisiecki sprawił, że fortepian zdawał
się tańczyć u jego boku. Tam, gdzie wielu pianistów teatralnie eksponuje
wrażliwość i głębię interpretacji, jego wykonanie przełamywało sztuczną
"choreografię", skupiając się całkowicie na energii i charakterze tańców.
Paralela między Chopinem a Lisieckim
może wydawać się banalna: młodzi pianiści na emigracji, wyrażający swoją
tęsknotę i przynależność narodową poprzez muzykę. Jednak wnikając głębiej,
widać intymny charakter ich koncertów; Chopin zwykle występował nie w wielkich
salach koncertowych, lecz w salonach dla ograniczonej liczby gości. Lisiecki,
mimo większej widowni, również wprowadził atmosferę osobistego spotkania
na lutowym recitalu, rozbrajając publiczność uśmiechem po aplauzie. Na
koncerty Chopina przychodzili Polacy w Paryżu na emigracji, wśród nich
rodzina Czartoryskich, Mickiewicz czy Słowacki. Tak samo Lisiecki przygarnął
Polonię montrealską pod swoje skrzydła, sycąc uszy spragnione znajomego
rytmu poloneza.
Ostateczną miarą sukcesu koncertu
była reakcja publiczności po ostatniej nucie finałowego utworu. Cała Salle
Pierre-Mercure zatrzęsła się od oklasków, owacje na stojąco trwały, dopóki
artysta nie zasiadł ponownie do fortepianu. Lisiecki wrócił na scenę, dając
dwukrotnie bis - wciąż w konwencji tańców: raz Menuetem Paderewskiego,
a po raz drugi z Minutowym walcem Chopina. Pozostaje krzyknąć: Chapeau
bas! Gratulacje!
Zonia Jankowska - studentka
McGill of Schulich School Music
|