.

MAGAZYN PANORAMA
352 Bergevin, Suite 6 
Lasalle, Qc
H8R 3M3 

E-mail: office@panoramanews.org

Tel. (514) 367-1224 
Tel. (514) 963-1080



 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Kto wygrał Mundial?

W Toronto przez kilka tygodni było wszystko, czego można oczekiwać od wielkiego piłkarskiego święta: flagi na samochodach, koszulki reprezentacji na ulicach, rozmowy w kawiarniach, kibice przed stadionem, restauracje z włączonymi telewizorami i to szczególne poczucie, że przez chwilę miasto patrzy w tym samym kierunku. Dla Toronto, miasta zbudowanego z migracji, języków i wspomnień przywiezionych z innych kontynentów, mundial wydawał się wydarzeniem wręcz naturalnym. Tu przecież piłka nożna nie jest obca. Ona mieszka w portugalskich klubach, włoskich rodzinach, chorwackich domach, polskich rozmowach, latynoskich restauracjach i na boiskach, gdzie dzieci grają w koszulkach Messiego, Mbappé, Ronaldo czy Daviesa. Toronto nie musiało uczyć się futbolu od początku. Ono miało go w sobie od dawna, tylko teraz dostało scenę, kamery i globalną oprawę.

Pod tą radosną warstwą bardzo szybko pojawiło się jednak inne pytanie. Nie to, kto wygra puchar, bo tego jeszcze nie wiemy. Pytanie brzmi raczej: kto już wygrał ten mundial? I na tym etapie najprostsza odpowiedź wydaje się bardzo mało romantyczna: FIFA. Zanim piłkarze rozstrzygną wszystko na boisku, zanim kibice zapamiętają ostatni gol, zanim miasta gospodarze przygotują własne bilanse, FIFA już zdążyła sprzedać prawa telewizyjne, licencje, sponsoring, pakiety hospitality, bilety i globalny obraz turnieju. Współczesny mundial jest oczywiście świętem sportu, ale jest też doskonale zaprojektowanym produktem. Produktem, który podróżuje po świecie nie tylko tam, gdzie futbol jest najbardziej kochany, lecz także tam, gdzie można go najdrożej sprzedać.

Kanada gości łącznie trzynaście meczów mistrzostw świata: sześć w Toronto i siedem w Vancouver. Cały turniej liczy 104 mecze i trwa od 11 czerwca do 19 lipca 2026 roku. Według Parliamentary Budget Officer łączny koszt wsparcia publicznego dla organizacji mundialu w Kanadzie wynosi około 1,066 miliarda dolarów kanadyjskich. Z tego 473 miliony pochodzi z poziomu federalnego, a 593 miliony z innych szczebli administracji. Przy trzynastu meczach daje to średnio około 82 milionów dolarów publicznego kosztu na jeden mecz. Sama ta liczba brzmi jak zdanie wyjęte nie z kroniki sportowej, ale z raportu finansowego dużej korporacji. I może właśnie dlatego tak trudno dziś mówić o mundialu wyłącznie językiem emocji.

Toronto usłyszało przed turniejem piękną obietnicę. Według szacunków przygotowanych przez Deloitte Canada wydarzenie mogło wygenerować dla Greater Toronto Area do 940 milionów dolarów pozytywnego wpływu gospodarczego, 520 milionów dolarów wzrostu PKB, 340 milionów dolarów dochodu z pracy, 25 milionów dolarów wpływów podatkowych i ponad 6600 miejsc pracy między czerwcem 2023 a sierpniem 2026 roku. Są to liczby imponujące, szczególnie wtedy, gdy występują w prezentacjach, miejskich dokumentach i oficjalnych komunikatach. Problem polega na tym, że w przypadku wielkich imprez sportowych słowo "wygenerować" nie zawsze znaczy "zarobić", a pozytywny wpływ gospodarczy nie zawsze przekłada się na realne poczucie zysku po stronie mieszkańców. Miasto może wyglądać pięknie w transmisji telewizyjnej, ale nie oznacza to jeszcze, że zwykły podatnik odczuje korzyść. Restauracje mogą być pełne, ale nie znaczy to automatycznie, że pieniądz zostaje lokalnie. Hotele mogą podnosić ceny, ale nie oznacza to, że turysta przyjeżdża w liczbie, którą wcześniej zakładano. Stadion może być kolorowy i głośny, chociaż na trybunach siedzą niekoniecznie ci kibice, którzy przez lata nosili piłkę nożną w sercu.

Tu zaczyna się pierwszy niesmak. Mundial w Kanadzie okazał się świętem, ale świętem bardzo drogim. Nie tylko dla miasta, lecz także dla kibica. Kibic z Europy, który chciał przylecieć do Toronto albo Vancouver, musiał najpierw zapłacić za lot przez Atlantyk. Do tego dochodził hotel, często w cenach podniesionych na czas turnieju, transport, jedzenie, ubezpieczenie, kilka dni urlopu i wreszcie sam bilet na mecz. W teorii mundial jest wydarzeniem globalnym, otwartym dla wszystkich narodów i wszystkich emocji. W praktyce coraz częściej staje się wydarzeniem dla tych, którzy mogą sobie pozwolić na udział w globalnym spektaklu. Tysiące prawdziwych kibiców, tych najwierniejszych, najbardziej oddanych, najbardziej emocjonalnych, musiało zostać przed telewizorem, w barze albo w strefie kibica, bo stadion, choć częściowo opłacony z publicznych pieniędzy, stał się dla nich zbyt drogi.

To jest jeden z największych paradoksów tego mundialu. Toronto ma kibiców. Kanada ma kibiców. W Toronto futbol nie jest importowaną dekoracją, ale częścią codziennego życia wielu społeczności. A jednak wielu ludzi, którzy naprawdę kochają piłkę, nie mogło wejść na stadion. Mogli zobaczyć flagi, poczuć atmosferę, przejść obok tłumu, zrobić zdjęcie, obejrzeć mecz w pubie, ale niekoniecznie mogli usiąść na trybunie. Tak właśnie wygląda współczesna wersja sportowego święta: emocje są wspólne, ale dostęp do nich bywa sprywatyzowany.

Zwykły człowiek miał więc wybór: nie iść na mecz albo oglądać w domu. Tylko że nawet oglądanie w domu nie było całkowicie proste. Pełna transmisja wszystkich 104 meczów w Kanadzie była dostępna w płatnym systemie telewizyjnym i streamingowym, a tylko wybrane spotkania można było obejrzeć w kanałach szerzej dostępnych. Dla kibica oznaczało to jedno: jeśli chciał mieć pełny dostęp do mundialu, musiał zapłacić kolejną subskrypcję. Streaming TSN kosztował około 29,99 dolara miesięcznie, a Crave dawał dostęp do wybranych meczów przy planach zaczynających się od około 11,99 dolara miesięcznie. Można powiedzieć, że trzydzieści dolarów to nie majątek. Ale w kraju, w którym ludzie liczą czynsz, jedzenie, benzynę, ubezpie- czenie samochodu i rachunki, nawet sport w telewizji zaczyna być kolejnym małym obciążeniem. Jeszcze jednym rachunkiem. Jeszcze jedną bramką płatniczą między człowiekiem a wydarzeniem, które miało być narodowym świętem.

W Vancouver liczby również robią wrażenie. Siedem meczów na BC Place ma przyciągnąć około 350 tysięcy widzów, a długoterminowo, w czasie turnieju i pięciu kolejnych lat, przynieść około miliarda dolarów wpływu na PKB prowincji oraz ponad 200 milionów dolarów podatków prowin- cjonalnych. Jednocześnie szacowane lokalne i prowincjonalne koszty bezpieczeństwa wynoszą około 242 milionów dolarów, a federalne wsparcie dla Kolumbii Brytyjskiej obejmuje do 116 milionów dolarów na operacje i infrastrukturę oraz dodatkowe 100 milionów na bezpieczeństwo. Te liczby pokazują nie tylko skalę przedsięwzięcia, ale również skalę ryzyka. Wielkie wydarzenia sportowe zawsze obiecują więcej niż tylko mecze. Obiecują prestiż, widoczność, turystykę, inwestycje, dumę i nowe miejsce na mapie świata. Pytanie polega na tym, ile trzeba za tę obietnicę zapłacić i komu ona naprawdę się zwraca.

FIFA nie jest organizacją charytatywną. FIFA sprzedaje prawa telewizyjne, licencje, pakiety sponsorskie, hospitality, branding, bilety i globalny obraz świata. Miasta natomiast sprzedają swoją nadzieję. Nadzieję na turystów, rozpoznawalność, inwestycje, dumę i zdjęcia, które później będą krążyć w folderach promocyjnych przez następne dziesięć lat. W tej wymianie FIFA przychodzi jako właściciel marki, a miasta jako gospodarze, którzy muszą przygotować scenę. Trzeba zapewnić bezpieczeństwo, transport, organizację, komunikację, porządek, strefy kibica, miejskie służby i infrastrukturę. Potem przychodzi świat, robi zdjęcia, przeżywa emocje i jedzie dalej. Miasto zostaje z rachunkami, wspomnieniami i nadzieją, że bilans ostatecznie okaże się dodatni.

Toronto bez wątpienia wygrało wizerunkowo. Pokazało się jako miasto wielokulturowe, bezpiecz- ne, kolorowe, przyzwyczajone do różnorodności. Dla kogoś, kto kocha Toronto, było w tym coś naprawdę pięknego. Miasto znowu przypomniało, że potrafi przyjąć świat bez kompleksów. Tutaj na jednej ulicy można było zobaczyć flagę Kanady, Portugalii, Maroka, Argentyny, Polski, Chorwacji, Meksyku i Włoch. Tutaj rozmowa o futbolu naturalnie przechodziła z angielskiego na hiszpański, portugalski, włoski, polski albo arabski. Tutaj mundial nie był tylko turniejem, ale wielkim spotkaniem ludzi, którzy przywieźli swoje drużyny w pamięci rodzinnej. Toronto nie musiało udawać globalnego miasta. Ono nim jest.

Pytanie brzmi jednak, czy za ten obraz nie zapłaciliśmy zbyt drogo. Jeżeli koszt publiczny w Kanadzie przekracza miliard dolarów, jeżeli Toronto planowało setki milionów dolarów kosztów związanych z organizacją, jeżeli przeciętny kibic nie mógł pozwolić sobie na wejście na stadion, a pełny dostęp telewizyjny wymagał płatnej subskrypcji, to trudno mówić wyłącznie o święcie sportu. To był także bardzo precyzyjnie zaprojektowany produkt. Produkt globalny, sprzedawany lokalnym emocjom.

Może właśnie dlatego ten mundial tak dobrze pasuje do naszych czasów. Wszystko jest jednocześnie prawdziwe i sprzedane. Prawdziwe są łzy kibiców, radość dzieci w koszulkach reprezentacji, rozmowy w barach, śpiewy na ulicach i duma Kanadyjczyków, że ich kraj znalazł się w centrum piłkarskiego świata. Prawdziwe są też faktury, kontrakty, subskrypcje, ceny hoteli, bilety, publiczne dotacje i pytanie, które zostanie z nami długo po ostatnim gwizdku. Czy Toronto wygrało mundial? Jako miasto emocji być może tak. Jako miasto imigrantów na pewno tak. Jako miasto, które potrafiło pokazać światu swoją wielokulturową duszę, bez wątpienia. Ale jako inwestor? Tu odpowiedź nie jest jeszcze gotowa. I być może nie będzie wygodna.

Bo FIFA już wygrała. Reszta dopiero policzy rachunki.

10 lipca 2026, Toronto
 

Anna Drutis - dziennikarka, felietonistka, przewodnik po Toronto. Tel. 647-772-7060 anadrutis@gmail.com 
 
 

 


PANORAMA - NIEZALEŻNY MAGAZYN POLONII KANADYJSKIEJ
Tel: (514) 367-1224, E-mail: office@panoramanews.org
Designed and maintained by Arkona Web Services
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
ZALOGUJ SIĘ