| Kto wygrał Mundial?
W Toronto przez
kilka tygodni było wszystko, czego można oczekiwać od wielkiego piłkarskiego
święta: flagi na samochodach, koszulki reprezentacji na ulicach, rozmowy
w kawiarniach, kibice przed stadionem, restauracje z włączonymi telewizorami
i to szczególne poczucie, że przez chwilę miasto patrzy w tym samym kierunku.
Dla Toronto, miasta zbudowanego z migracji, języków i wspomnień przywiezionych
z innych kontynentów, mundial wydawał się wydarzeniem wręcz naturalnym.
Tu przecież piłka nożna nie jest obca. Ona mieszka w portugalskich klubach,
włoskich rodzinach, chorwackich domach, polskich rozmowach, latynoskich
restauracjach i na boiskach, gdzie dzieci grają w koszulkach Messiego,
Mbappé, Ronaldo czy Daviesa. Toronto nie musiało uczyć się futbolu od początku.
Ono miało go w sobie od dawna, tylko teraz dostało scenę, kamery i globalną
oprawę.
Pod tą radosną
warstwą bardzo szybko pojawiło się jednak inne pytanie. Nie to, kto wygra
puchar, bo tego jeszcze nie wiemy. Pytanie brzmi raczej: kto już wygrał
ten mundial? I na tym etapie najprostsza odpowiedź wydaje się bardzo mało
romantyczna: FIFA. Zanim piłkarze rozstrzygną wszystko na boisku, zanim
kibice zapamiętają ostatni gol, zanim miasta gospodarze przygotują własne
bilanse, FIFA już zdążyła sprzedać prawa telewizyjne, licencje, sponsoring,
pakiety hospitality, bilety i globalny obraz turnieju. Współczesny mundial
jest oczywiście świętem sportu, ale jest też doskonale zaprojektowanym
produktem. Produktem, który podróżuje po świecie nie tylko tam, gdzie futbol
jest najbardziej kochany, lecz także tam, gdzie można go najdrożej sprzedać.
Kanada gości
łącznie trzynaście meczów mistrzostw świata: sześć w Toronto i siedem w
Vancouver. Cały turniej liczy 104 mecze i trwa od 11 czerwca do 19 lipca
2026 roku. Według Parliamentary Budget Officer łączny koszt wsparcia publicznego
dla organizacji mundialu w Kanadzie wynosi około 1,066 miliarda dolarów
kanadyjskich. Z tego 473 miliony pochodzi z poziomu federalnego, a 593
miliony z innych szczebli administracji. Przy trzynastu meczach daje to
średnio około 82 milionów dolarów publicznego kosztu na jeden mecz. Sama
ta liczba brzmi jak zdanie wyjęte nie z kroniki sportowej, ale z raportu
finansowego dużej korporacji. I może właśnie dlatego tak trudno dziś mówić
o mundialu wyłącznie językiem emocji.
Toronto usłyszało
przed turniejem piękną obietnicę. Według szacunków przygotowanych przez
Deloitte Canada wydarzenie mogło wygenerować dla Greater Toronto Area do
940 milionów dolarów pozytywnego wpływu gospodarczego, 520 milionów dolarów
wzrostu PKB, 340 milionów dolarów dochodu z pracy, 25 milionów dolarów
wpływów podatkowych i ponad 6600 miejsc pracy między czerwcem 2023 a sierpniem
2026 roku. Są to liczby imponujące, szczególnie wtedy, gdy występują w
prezentacjach, miejskich dokumentach i oficjalnych komunikatach. Problem
polega na tym, że w przypadku wielkich imprez sportowych słowo "wygenerować"
nie zawsze znaczy "zarobić", a pozytywny wpływ gospodarczy nie zawsze przekłada
się na realne poczucie zysku po stronie mieszkańców. Miasto może wyglądać
pięknie w transmisji telewizyjnej, ale nie oznacza to jeszcze, że zwykły
podatnik odczuje korzyść. Restauracje mogą być pełne, ale nie znaczy to
automatycznie, że pieniądz zostaje lokalnie. Hotele mogą podnosić ceny,
ale nie oznacza to, że turysta przyjeżdża w liczbie, którą wcześniej zakładano.
Stadion może być kolorowy i głośny, chociaż na trybunach siedzą niekoniecznie
ci kibice, którzy przez lata nosili piłkę nożną w sercu.
Tu zaczyna
się pierwszy niesmak. Mundial w Kanadzie okazał się świętem, ale świętem
bardzo drogim. Nie tylko dla miasta, lecz także dla kibica. Kibic z Europy,
który chciał przylecieć do Toronto albo Vancouver, musiał najpierw zapłacić
za lot przez Atlantyk. Do tego dochodził hotel, często w cenach podniesionych
na czas turnieju, transport, jedzenie, ubezpieczenie, kilka dni urlopu
i wreszcie sam bilet na mecz. W teorii mundial jest wydarzeniem globalnym,
otwartym dla wszystkich narodów i wszystkich emocji. W praktyce coraz częściej
staje się wydarzeniem dla tych, którzy mogą sobie pozwolić na udział w
globalnym spektaklu. Tysiące prawdziwych kibiców, tych najwierniejszych,
najbardziej oddanych, najbardziej emocjonalnych, musiało zostać przed telewizorem,
w barze albo w strefie kibica, bo stadion, choć częściowo opłacony z publicznych
pieniędzy, stał się dla nich zbyt drogi.
To jest jeden
z największych paradoksów tego mundialu. Toronto ma kibiców. Kanada ma
kibiców. W Toronto futbol nie jest importowaną dekoracją, ale częścią codziennego
życia wielu społeczności. A jednak wielu ludzi, którzy naprawdę kochają
piłkę, nie mogło wejść na stadion. Mogli zobaczyć flagi, poczuć atmosferę,
przejść obok tłumu, zrobić zdjęcie, obejrzeć mecz w pubie, ale niekoniecznie
mogli usiąść na trybunie. Tak właśnie wygląda współczesna wersja sportowego
święta: emocje są wspólne, ale dostęp do nich bywa sprywatyzowany.
Zwykły człowiek
miał więc wybór: nie iść na mecz albo oglądać w domu. Tylko że nawet oglądanie
w domu nie było całkowicie proste. Pełna transmisja wszystkich 104 meczów
w Kanadzie była dostępna w płatnym systemie telewizyjnym i streamingowym,
a tylko wybrane spotkania można było obejrzeć w kanałach szerzej dostępnych.
Dla kibica oznaczało to jedno: jeśli chciał mieć pełny dostęp do mundialu,
musiał zapłacić kolejną subskrypcję. Streaming TSN kosztował około 29,99
dolara miesięcznie, a Crave dawał dostęp do wybranych meczów przy planach
zaczynających się od około 11,99 dolara miesięcznie. Można powiedzieć,
że trzydzieści dolarów to nie majątek. Ale w kraju, w którym ludzie liczą
czynsz, jedzenie, benzynę, ubezpie- czenie samochodu i rachunki, nawet
sport w telewizji zaczyna być kolejnym małym obciążeniem. Jeszcze jednym
rachunkiem. Jeszcze jedną bramką płatniczą między człowiekiem a wydarzeniem,
które miało być narodowym świętem.
W Vancouver
liczby również robią wrażenie. Siedem meczów na BC Place ma przyciągnąć
około 350 tysięcy widzów, a długoterminowo, w czasie turnieju i pięciu
kolejnych lat, przynieść około miliarda dolarów wpływu na PKB prowincji
oraz ponad 200 milionów dolarów podatków prowin- cjonalnych. Jednocześnie
szacowane lokalne i prowincjonalne koszty bezpieczeństwa wynoszą około
242 milionów dolarów, a federalne wsparcie dla Kolumbii Brytyjskiej obejmuje
do 116 milionów dolarów na operacje i infrastrukturę oraz dodatkowe 100
milionów na bezpieczeństwo. Te liczby pokazują nie tylko skalę przedsięwzięcia,
ale również skalę ryzyka. Wielkie wydarzenia sportowe zawsze obiecują więcej
niż tylko mecze. Obiecują prestiż, widoczność, turystykę, inwestycje, dumę
i nowe miejsce na mapie świata. Pytanie polega na tym, ile trzeba za tę
obietnicę zapłacić i komu ona naprawdę się zwraca.
FIFA nie jest
organizacją charytatywną. FIFA sprzedaje prawa telewizyjne, licencje, pakiety
sponsorskie, hospitality, branding, bilety i globalny obraz świata. Miasta
natomiast sprzedają swoją nadzieję. Nadzieję na turystów, rozpoznawalność,
inwestycje, dumę i zdjęcia, które później będą krążyć w folderach promocyjnych
przez następne dziesięć lat. W tej wymianie FIFA przychodzi jako właściciel
marki, a miasta jako gospodarze, którzy muszą przygotować scenę. Trzeba
zapewnić bezpieczeństwo, transport, organizację, komunikację, porządek,
strefy kibica, miejskie służby i infrastrukturę. Potem przychodzi świat,
robi zdjęcia, przeżywa emocje i jedzie dalej. Miasto zostaje z rachunkami,
wspomnieniami i nadzieją, że bilans ostatecznie okaże się dodatni.
Toronto bez
wątpienia wygrało wizerunkowo. Pokazało się jako miasto wielokulturowe,
bezpiecz- ne, kolorowe, przyzwyczajone do różnorodności. Dla kogoś, kto
kocha Toronto, było w tym coś naprawdę pięknego. Miasto znowu przypomniało,
że potrafi przyjąć świat bez kompleksów. Tutaj na jednej ulicy można było
zobaczyć flagę Kanady, Portugalii, Maroka, Argentyny, Polski, Chorwacji,
Meksyku i Włoch. Tutaj rozmowa o futbolu naturalnie przechodziła z angielskiego
na hiszpański, portugalski, włoski, polski albo arabski. Tutaj mundial
nie był tylko turniejem, ale wielkim spotkaniem ludzi, którzy przywieźli
swoje drużyny w pamięci rodzinnej. Toronto nie musiało udawać globalnego
miasta. Ono nim jest.
Pytanie brzmi
jednak, czy za ten obraz nie zapłaciliśmy zbyt drogo. Jeżeli koszt publiczny
w Kanadzie przekracza miliard dolarów, jeżeli Toronto planowało setki milionów
dolarów kosztów związanych z organizacją, jeżeli przeciętny kibic nie mógł
pozwolić sobie na wejście na stadion, a pełny dostęp telewizyjny wymagał
płatnej subskrypcji, to trudno mówić wyłącznie o święcie sportu. To był
także bardzo precyzyjnie zaprojektowany produkt. Produkt globalny, sprzedawany
lokalnym emocjom.
Może właśnie
dlatego ten mundial tak dobrze pasuje do naszych czasów. Wszystko jest
jednocześnie prawdziwe i sprzedane. Prawdziwe są łzy kibiców, radość dzieci
w koszulkach reprezentacji, rozmowy w barach, śpiewy na ulicach i duma
Kanadyjczyków, że ich kraj znalazł się w centrum piłkarskiego świata. Prawdziwe
są też faktury, kontrakty, subskrypcje, ceny hoteli, bilety, publiczne
dotacje i pytanie, które zostanie z nami długo po ostatnim gwizdku. Czy
Toronto wygrało mundial? Jako miasto emocji być może tak. Jako miasto imigrantów
na pewno tak. Jako miasto, które potrafiło pokazać światu swoją wielokulturową
duszę, bez wątpienia. Ale jako inwestor? Tu odpowiedź nie jest jeszcze
gotowa. I być może nie będzie wygodna.
Bo FIFA już
wygrała. Reszta dopiero policzy rachunki.
10 lipca
2026, Toronto
Anna Drutis
- dziennikarka, felietonistka, przewodnik po Toronto. Tel. 647-772-7060
anadrutis@gmail.com
|