.
NUMER 7 / GRUDZIEŃ 2019

Wydawcą magazynu PANORAMA jest 
Radio Polonia - CFMB1280 AM w Montrealu

Adres do korespondencji: 

MAGAZYN PANORAMA
6625, 38e Avenue, Suite 5 
Montreal, Qc
H1T 2X8 

E-mail: kontakt@panoramanews.org

Tel. (514) 367-1224 
Tel. (514) 963-1080
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Migawki z podróży samochodem przez Kanadę i USA 

Nasze dzieci, Anulka i Krzyś wybrały na miejsce do życia zachodnie wybrzeże Ameryki Północnej - Anulka zamieszkała w San Francisco a Krzyś w Vancouverze. Zanim i my, kilka lat później zdecydowaliśmy pójść w ich ślady i osiąść w Victorii, dziewięć razy przejechaliśmy samochodem Amerykę "w poprzek" - od Montrealu do wybrzeży Pacyfiku, starając się za każdym razem wybierać nieco inną drogę. 
 
.... Posiadanie psa, którego było nam żal zostawiać w "hotelu" dla zwierząt, sprowokowało nas do podróżowania metodą Drzymały (z małą przyczepą wielkości łóżka). Pozostały mi po tych podróżach tylko mgliste wspomnienia, trochę zdjęć i fragmenty notatek:

...Po raz trzeci przemierzamy kontynent. Przemknęliśmy przez północny Quebec i Ontario wśród niekończących się lasów i łąk pełnych kwiatów, mijając niezliczone ilości jezior. W Minnesocie droga wiła się pomiędzy złocistymi polami słoneczników i rzepaku, i zielonymi morzami kukurydzy.

W Północnej Dakocie pola zbożowe i słonecznikowe z rozciągniętym nad nimi przeogromnym niebem przeplatały się z polami naftowymi, ohydnymi osiedlami baraków dla robotników i "miast" gdzie rozmaite budy tonęły w morzu ciężarówek różnych rozmiarów oraz licznych pojazdów o nieznanym mi bliżej przeznaczeniu, a po obu stronach szosy (czyli głównej ulicy) ciągnęły się rzędy tablic reklamujących WSZYSTKO łącznie z kasynami zwykle mieszczącymi się w tym samym budynku co stacja benzynowa lub bar.  Jak zwykle staraliśmy się poruszać po bocznych, mało uczęszczanych, drogach, gdzie tylko z rzadka można się natknąć na ludzkie osiedla.  W którymś momencie w środku bezludzia w samotnym budynku ktoś ofiarowywał najniezbędniejsze do życia produkty: "Gaz, guns, tackle" (benzyna, broń, przynęta na ryby).  W Montanie - najpierw płasko, a potem pojawiły się przedziwne w kształcie wzgórza i na koniec podnóża Gór Skalistych. Idaho to gigantyczna mozaika pól, na których po zbiorach pozostała tylko krótka szczecina beżowa, zielona, ruda lub szaro-błękitna. 

W stanie Waszyngton jechaliśmy po krętych górskich drogach wśród ciemnozielonych iglastych lasów. W British Columbia towarzyszyły nam "pasące się" na poboczu drogi niedźwiedzie i bizony. W przerwach kąpaliśmy się w lodowatych jeziorach i gorących źródłach. Wreszcie, po pięciu dniach i czterech strefach czasowych dotarliśmy do Parku Narodowego Manning w British Columbia, gdzie mój syn Krzyś i jego partnerka Krystil brali udział w wyścigu Fat Dog (czyli Grubego Psa) - biegli po górach - Krystil - 50 km (więcej niż maraton i w o wiele trudniejszym terenie!), a Krzyś "tylko" 37, zamiast 70 km, jak poprzednio planował, bo ma złamany palec u nogi. A my, po prawie tygodniu siedzenia w samochodzie, z krótkimi tylko przerwami na jedzenie i spanie, z przyjemnością odbyliśmy 7-mio godzinną wędrówkę - w górę przez jodłowe lasy, wzdłuż szczytów z widokiem na doliny i ośnieżone góry. Dwa dni później wylądowaliśmy w Whistler, gdzie Krzyś wynajął "daczę" na cały sierpień. Tam chodzimy na krótkie wycieczki po górach, pływamy w jeziorze i snujemy się po wiosce olimpijskiej. Jednakowoż dla Krzysia jedyna metoda zabawiania gości to przeganianie ich po górach. Odbyliśmy więc trzydniową wędrówkę w kompletnej dziczy - bez nijakiego śladu szlaku czy jakiejkolwiek ścieżki - bo, wedle Krzysia, to nie było "hiking" (czyli wędrowanie) tylko "traverse" (czyli przełażenie przez góry jak popadnie, albo może raczej jak i gdzie się da). Polegała ta nasza wycieczka głównie na wdrapywaniu się na góry po niesłychanie stromych zwaliskach skał (ja czepiając się paznokciami i czym tylko się dało) po to tylko, żeby po takich samych kamieniach zejść w dół, a potem znów w górę i w dół - niezliczoną, przynajmniej w moim odczuciu, ilość razy. Ale za to patrząc na ośnieżone szczyty poniżej nas czułam się jakbym była na czubku świata.

Po drodze mijaliśmy liczne jeziora z niesamowicie turkusową wodą i od czasu do czasu, dla urozmaicenia wrażeń, przedzieraliśmy się przez kłujące chaszcze. Tylko raz zeszliśmy wystarczająco nisko, żeby iść po stoku wśród purpurowych, żółtych i fioletowych kwiatów w morzu soczystej zieleni. Pod koniec drugiego dnia tej wędrówki nasz pies Buddy odmówił dalszej współpracy i Krystil musiała go nieść w swoim (i tak wyładowanym - bo ona i Krzyś nieśli wszystkie prowianty) plecaku. Z lubością więc po powrocie do Whistler leniuchowaliśmy przez cały dzień, spędzając czas z rodzicami Krystil, którzy są mądrzejsi niż my i na żadne górskie wycieczki nie dali się namówić. 

Następnie wyruszyliśmy w dalszą drogę - w stanie Waszyngton jechaliśmy przez góry porośnięte jodłami czy świerkami. W Oregonie, zatrzymaliśmy się na wędrówkę po wydmach, które, jak górzysta pustynia ciągną się kilometrami wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. 
Dotarliśmy do północnej Kalifornii, gdzie otaczały nas płowe wzgórza z pożółkłą trawą i zielonymi łatami drzew. Zatrzymaliśmy się na dzień na hippisowskiej farmie z kilkoma domkami kampingowymi, gdzie Anula z rodziną spędzała wakacje. Jest to wspaniałe, piękne, spokojne i zupełnie nie turystyczne miejsce wśród gór, nad rzeka z piaszczystą plażą.

Następnego dnia przybyliśmy do Los Altos. Po kilku dniach w Kalifornii zaczynamy następny etap podroży jadąc najpierw przez "silicon valley" z siedzibami rozmaitych Microsoft, Apple, Oracle itp., otoczonymi morzem parkingów kompletnie zapełnionych samochodami. Dalej na południe parkingi ustępują miejsca winnicom. Liczne tablice przy drodze zapraszają na bezpłatne próbowanie lokalnych win i równie liczne do informowania władz o pijanych kierowcach. 

Jeszcze dalej zaczynają się już góry - chcieliśmy przejechać przez park Yosemite, ale niestety na wielkiej przestrzeni ogromne pożary lasu zostawiły tylko spalone kikuty drzew. Wciąż czuć było dym, a potem okazało się, że dalsza szosa była zamknięta. Postanowiliśmy więc jechać na skróty karkołomną drogą z licznymi serpentynami stromo w dół (modląc się, żeby nikt nie jechał z przeciwka, bo nie było miejsca na dwa samochody), a potem po przekroczeniu rzeki równie stromo w górę. Nigdzie ani żywego ducha, zaczęliśmy się już obawiać, że przez kilka dni będziemy się plątać po bezdrożach, kiedy pojawiło się pierwsze ranczo: wśród kompletnej dziczy nagle brama z rzeźbionymi lwami i aleja wysadzona cyprysami (z jakiegoś powodu równiutko uciętymi do połowy wysokości) prowadząca do pretensjonalnego domiszcza (chyba tylko w Ameryce takie kontrasty!). Droga potem stała się coraz szersza i zaczął się teren "cywilizowany".

Następne pasmo gór do przekroczenia to Sierra Nevada - niebosiężne sosny i cedry, a wyżej skały: czarne, krągłe grubasy, kanciaste granity i płaskie, prawie jak posadzka, łysiny. Z drugiej strony Sierras zaczyna się już pustynia - piaski porośnięte małymi krzaczkami i kaktusami. W Dolinie Śmierci czekały nas oprócz płaskiej pustyni skały w różnokolorowe paski, zygzaki i esy-floresy - w części nazwanej "Paletą Artysty" w kolorach jak sztucznie barwione lody złego gatunku. Jeszcze później zatrzymaliśmy się w Red Rock (Czerwona Skala) w miejscu poleconym przez Krzysia, który był tu kiedyś na wspinaczce. 

Jak przystało na nazwę wśród jasnoszarych gór pojawiają się nagle kawałki w różnych odcieniach czerwieni i różów. Skały przybierają najróżniejsze przedziwne kształty często z krągłymi bąblami, małymi wystającymi pryszczami albo w misterne zakładki. Z wrodzonym sobie wdziękiem po kilkunastu metrach wędrówki po szlaku zboczyliśmy z drogi i przez następne dwie czy trzy godziny czepialiśmy się skał znowu maltretując psa. Po górach biegały kozice, a na drodze, zamiast przejść dla pieszych zaznaczone były przejścia dla (specjalnych, pustynnych) żółwi.
Długo szukaliśmy jeziora, które było na mapie. Wreszcie, po pewnie godzinnym krążeniu po piaszczystych drogach odkryliśmy kilka małych plaż nad resztkami prawie kompletnie wyschniętego jeziora. Jak niepyszni zatrzymaliśmy się na noc w miejscu, które wyglądało jak od dawna porzucone (ale wciąż jeszcze z nienagannym kiblem - nie masz to jak Ameryka! - przynajmniej w tej dziedzinie) miejsce kampingowe. W nocy obudziło nas zawodzenie kojotów (a może jakichś innych stworów). Na szczęście żadne z nich nie złożyły nam wizyty.  Następnego dnia zauważyliśmy, że wszystkie domy w okolicy otoczone były wysokimi, gęstymi płotami, pewnie, żeby odgrodzić się od tych zwierząt.  Reszta Nevady to pustynia w większości porośnięta niskimi krzakami, czasem piaszczysta, a w którymś momencie natknęliśmy się nawet na wielką piaszczystą górę. Przydrożne miejsca piknikowe zamiast tabliczek "Nie deptać trawników" mają wywieszone ostrzeżenia "Uważać na grzechotniki".  Jednego dnia odbyliśmy krótką wędrówkę, żeby obejrzeć petroglify, innego przejechaliśmy przez senne miasteczko żywcem przeniesione z westernu, prawie nie zmienione od czasów, kiedy w okolicy wydobywano srebro. Spacerowaliśmy po zadaszonych dla cienia chodnikach mijając opuszczony budynek ze wciąż widocznym szyldem "Opera" i galerie sztuki współczesnej, gdzie wywieszka na drzwiach oznajmiała, że godziny otwarcia są "kiedy tylko jest to możliwe"

Wybraliśmy się na krótką wycieczkę do pobliskiego Las Vegas.  Stare Las Vegas to właściwie jeden deptak, z kasynami bez ściany od strony ulicy, gdzie dziewczyny z piórami na głowach i na pupach zachęcają, żeby wejść do środka. Inne w skórzanych bikini, ale z podwiązkami do pończoch tańczą i śpiewają, a półnadzy mężczyźni pozują do zdjęć z, życzącymi sobie tej rozrywki, paniami. W Nowym Vegas królują złociste wieżowce oraz imitacje wszystkich ważnych budowli z całego świata (wieża Eiffla, piramidy, Colosseum itd.) - nie wiem czy to wyraz amerykańskiej megalomanii czy kompensowania za ukryty kompleks niższości. Pomiędzy tymi dwoma Vegas rozsiane są liczne kaplice (małe, niepozorne domki) udzielające natychmiastowych ślubów. Z przyjemnością porzuciliśmy te cywilizacje i wróciliśmy do cudów natury. 

Jeszcze dziwniejsze niż w Red Rock i jeszcze bardziej jaskrawo czerwone skały zadziwiły nas w Dolinie Ognia (Valley of Fire): ogromne o dziwacznych kształtach z powierzchnią z dziurami jak w ementalerze. Jedyny mankament to to, że skały zatrzymują ciepło więc, mimo że to pustynia (gdzie w nocy powinno być zimno) noc była gorąca i nagle z rozrzewnieniem wspominałam poranek w BC, kiedy obudziliśmy się z lodem na namiocie...Następne zadziwiające skały czekały na nas w Utah w Parku Narodowym Zion - jak przeogromne kościoły i zamki obronne również w ceglasto czerwonym kolorze czasem w stylu gotyckim, a czasem jak zaprojektowane przez Gaudiego.

W następnym etapie podroży ukulturalniliśmy się nieco podziwiając stare puebla indiańskie częściowo wykute, a częściowo wymurowane w pionowych skałach ścian wąwozów Mesa Verde (mesa to płaskowyż o stromych zboczach sterczący sobie w środku płaskiego terenu). 
Później już tylko nudna woniejąca krowami Nebraska i "normalna", ale piękna ze złocistymi polami na pagórkach, Iowa, Minnesota.(...)

...Inna podróż przez Amerykę i tyle wrażeń, że trudno spamiętać... Tym razem wybraliśmy drogę przez Kanadę. Znów przejechaliśmy zakomarzony Quebec i nie kończące się Ontario. W Manitobie byliśmy jedynymi gośćmi w rezerwacie bizonów. Prostą szosą ginącą daleko na horyzoncie wśród łagodnie falujących pól na preriach, dotarliśmy do Gór Skalistych, gdzie podczas krótkich wędrówek, jak zawsze zachwycaliśmy się imponującymi skałami i turkusowymi jeziorami. Zatrzymując się od czasu do czasu, żeby popływać i pozachwycać się widokami dojechaliśmy do Invermere - miasteczka w Kolumbii Brytyjskiej, żeby zweryfikować czy nowy narzeczony siostry Jeffrey‘a nadaje się do tej roli.  Okazał się bardzo miłym towarzystwem i znakomitym kucharzem więc zatwierdziliśmy jego kandydaturę. 

Nie wiem czy dlatego, że to już dziewiąty raz przeprawialiśmy się do wybrzeży Pacyfiku, czy ponieważ wiedziałam, że tam już zostaniemy, podróż bardziej mi się dłużyła. Od czasu do czasu jęczałam więc, że chcę już do domu.  A tu jeszcze kilka tygodni zanim weźmiemy w posiadanie nasz nowo zakupiony dom, a Bóg wie, ile czasu zanim stanie się on prawdziwym domem...
 

Barbara Tołłoczko


Barbara Tołłoczko - doktor nauk biologicznych i absolwentka Wydziału Sztuk Pięknych Uniwersytetu Concordia w Montrealu. Kocha piękno w każdej postaci. Pomiędzy podróżami mieszka i pracuje twórczo w Victorii, BC.


PANORAMA - MAGAZYN RADIA POLONIA CFMB 1280 AM, MONTREAL, KANADA
Tel: (514) 367-1224, (514) 963-1080, E-mail: kontakt@panoramanews.org
Designed and maintained by Andrzej Leszczewicz
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
ZALOGUJ SIĘ