.

MAGAZYN PANORAMA
352 Bergevin, Suite 6 
Lasalle, Qc
H8R 3M3 

E-mail: office@panoramanews.org

Tel. (514) 367-1224 
Tel. (514) 963-1080



 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Bart Soroczyński - cena międzynarodowej kariery

Występował na scenach Royal Shakespeare Company, pracował z Terrym Gilliamem, grał u boku gwiazd światowego kina. Dziś mieszka w Montrealu i mówi bez upiększeń o cenie międzynarodowej kariery. Bart Soroczyński - aktor i artysta cyrkowy - opowiada o drodze, która zaprowadziła go z cyrkowej areny na światowe sceny, i o momencie, w którym musiał się zatrzymać.

Bart (Bartłomiej Dawid) Soroczyński urodził się w Polsce w 1980 roku. Wychował się w Kanadzie, a jego dorosłe życie zawodowe związane było z Argentyną oraz największymi ośrodkami teatralnymi Europy - Paryżem, Londynem i Szwajcarią. W 2018 roku powrócił do Kanady i osiadł w Montrealu.

Jest absolwentem Narodowej Szkoły Sztuki Cyrkowej w Montrealu oraz Actor's Temple w Londynie. Od dziecka związany z cyrkiem, przez cztery lata występował w spektaklu "Nomade" Cyrku Éloize w reżyserii Daniele Finzi Pasca, grając w przedstawieniach na całym świecie.

Pracował m.in. z Terrym Gilliamem w English National Opera, występował w Royal Shakespeare Company i na londyńskim West Endzie. Zagrał także w filmach fabularnych, w tym w "Fantastycznych zwierzętach: Zbrodniach Grindelwalda" w reżyserii Davida Yatesa.

Beata Gołembiowska - Przyjechał Pan do Kanady z rodzicami w wieku trzech lat. Czy pamięta Pan ten początkowy okres?

Bart Soroczyński - Przylecieliśmy do Winnipegu, do Manitoby. Zamieszkaliśmy w zielonym bloku, który do dziś pamiętam. Gdy poszedłem do szkoły, mówiłem tylko po polsku, ale szybko "złapałem" angielski. Ogólnie bez większych problemów zaaklimatyzowałem się w nowym kraju.

B.G. - A rodzice? Początki emigrantów są bardzo trudne...

B.S. - Tata, Krzysztof Soroczyński, podejmował się każdej pracy - między innymi był kierowcą ciężarówki. Mama, Teresa Soroczyńska z domu Pszczoła, pracowała w przedszkolu.

Dość szybko jednak oboje wrócili do zawodu - w Polsce byli cyrkowcami. W Winnipegu założyli dwuosobową firmę i występowali z numerami akrobatycznymi na różnych imprezach. 

To wtedy tata zaczął mnie trenować. W wieku trzech lat jeździłem już na monocyklu, a jako pięciolatek zacząłem występować razem z rodzicami.

B.G. - Jak rodzice się poznali?

B.S. - Mama była sportową akrobatką. W wieku 14 lat zdobyła brązowy medal na pierwszych mistrzostwach świata w akrobatyce w Moskwie w 1974 roku.

Tata ukończył szkołę cyrkową i występował w Polsce, Rosji i Austrii. Kiedy jedna z akrobatek w jego grupie poszła na urlop macierzyński, szukał partnerki - i tak została nią mama.

B.G. - Oboje spełniali się zawodowo, więc skąd pomysł na ucieczkę z Polski?

B.S. - Tata był na występach we Włoszech, a mama ze mną jako niemowlęciem została w Polsce. To były lata 80., sklepy świeciły pustkami i było trudno zdobyć żywność. Dwa tygodnie przed ogłoszeniem stanu wojennego mama dołączyła do taty.

Wszyscy Polacy z grupy cyrkowej postanowili nie wracać do kraju. Trzy państwa przyjmowały emigrantów z Polski: Nowa Zelandia, USA i Kanada. Nowa Zelandia była za daleko, politykę USA rodzice odrzucili, więc wybrali Kanadę.

B.G. - Jak im się podobała Kanada?

B.S. - Mama opowiadała, że kiedy jechali taksówką z lotniska do miasta, zapytała kierowcę: "Gdzie jest centrum Winnipegu?". Gdy usłyszała, że już w nim są, rozpłakała się.

Przez jakiś czas rodzice myśleli o powrocie do Polski, ale ostatecznie zostali, między innymi dzięki angażowi w słynnym Cirque du Soleil w Montrealu.

B.G.Po ukończeniu szkoły średniej chciał Pan studiować fotografię, a jednak wybrał szkołę cyrkową. Dlaczego?

B.S. - Zawsze byłem związany z cyrkiem, to część mnie. National Circus School w Montrealu pochłonęła mnie całkowicie. Jeśli chce się być w czymś dobrym, to trzeba ciężko pracować. Byłem dzieckiem cyrkowców, więc nie mogłem zawieść rodziców, a ponadto byłem bardzo ambitny. Przejeżdżałem do szkoły o 9 rano i wychodziłem o 9 wieczorem. Byłem najpilniejszym uczniem tej szkoły! Chciałem być tak dobry jak mój ojciec. W szkole przed południem mieliśmy lekcje anatomii, filozofii, historii, angielskiego i francuskiego, a po południu właściwie wszystkie zajęcia: trampolina, chodzenie na linie, trapez, balet i aktorstwo. W drugim roku wybierało się specjalizację - zdecydowałem się na żonglerkę, monocykl i klaunadę.

B.G. - Wydaje mi się, że zawód klauna jest niezwykle trudny, gdyż łączy aktorstwo oraz kilka dziedzin cyrkowych. Dodatkowo klaun musi rozbawić publiczność...

B.S. - Rola klauna była dla mnie pierwszym spotkaniem z aktorstwem, chociaż w szkole uczyłem się tej sztuki. Po szkole zostałem zatrudniony w przedstawieniu "Nomade" w Cyrku Eloize w reżyserii Daniele Finzi Pasca. Przez cztery lata występowałem w roli klauna podczas międzynarodowego tournée tego cyrku. Zagrałem w 707 spektaklach, w tym również w Polsce. 

Występowaliśmy w najbardziej prestiżowych teatrach na świecie: w londyńskim Barbican, w paryskim Folies Bergere, w Wiedniu, w Neapolu i w Rzymie, w Nowej Zelandii, na Hawajach, w Los Angeles. Zakochałem się wtedy w aktorstwie, ale pociągał mnie również taniec i fotografia. Gdy mieszkałem przez cztery lata w Argentynie, uczęszczałem na kursy tanga i brałem lekcje fotografii. W 2007 roku wróciłem do Montrealu i poznałem Teo Spychalskiego, który wówczas był dyrektorem Teatru Prospero.

B.G. - Czy od tego spotkania zaczęła się Pana kariera aktorska?

B.S. - Teo mnie zachęcił, abym ukończył staż aktorski u Marca Zammita, który pod Paryżem prowadził Le Théâtre du Conte Amer. Marc zaproponował mi pracę w tym teatrze i tak znalazłem się w Paryżu. Zagrałem tam w dwóch sztukach - "L'lle Des Esclaves" Pierre'a de Marivaux i w adaptacji powieści Stendhala - "Le Rouge et Le Noir".  

B.G. - Później poznał Pan słynną reżyserkę Irinę Brook.

B.S. - Tak, wystąpiłem w jej Brook Theatre Company w adaptacji "Don Quichotte Somewhere La Mancha" oraz jako Ferdinand Trinculo w "The Tempest" Szekspira. Z tym teatrem odbyłem międzynarodowe tournée, a w Paryżu zamieszkałem na stałe

B.G. - A jednak zamienił Pan Paryż na Londyn...

B.S. - W 2009 roku w Théâtre de Complicité w Londynie odbywałem staż aktorski u Marcello Magni, jednego z założycieli tego teatru. Magni z żoną występował u Petera Brooka w Théâtre des Bouffes du Nord. Oboje obejrzeli mój występ w "The Temptest" i następnego dnia zaprosili mnie na śniadanie. Powiedzieli mi, że chcą mnie zaangażować do sztuki "Tell them That I'am Young and Beautiful" w Arcola Theatre. Dołączył się do mnie aktor Patrice Niaimbana.

Poszedłem również na przesłuchanie w Royal Shakespeare Company i dostałam się do dwóch przedstawień. Grałem doktora Caiusa w "The Merry Wives of Windsor" i wiele ról w adaptacji książki dla dzieci "The Mouse and His Child".

B.G. - To musiało być ogromne wyróżnienie.

B.S. - Do dziś trudno mi uwierzyć. Byłem jedynym obcokrajowcem w tym słynnym teatrze, grając Szekspira z szekspirowskimi aktorami! W przerwach nie przestawałem się dokształcać w sztuce aktorskiej. To były bardzo intensywne lata.

B.G. - Czy w tym czasie poznał Pan również polskich aktorów i reżyserów?

B.S. - Tak. Gdy w Paryżu występowałem w sztuce "Nomade", Roman Polański przyszedł na przedstawienie ze swoją żoną. W Teatrze Roma w Warszawie "Nomade" oglądał Wojciech Pszoniak - uwielbiał spektakl! Gdy w 2018 roku powiedziałem mu, że chciałbym zagrać u polskiego reżysera, natychmiast zadzwonił do reżyserki castingu. Poznałem też Maję Komorowską w Paryżu podczas sztuki Krzysztofa Warlikowskiego w Théâtre du Rond Point. To dzięki niej poznałem Krzysztofa Warlikowskiego i jego żonę, Małgorzatę Szczęśniak.

Brałem również udział w tworzeniu spektakli Kristiana Lupy w Paryżu, Lozannie i Warszawie, pracując tam m.in. jako tłumacz. Poznałem wielu znanych polskich aktorów, jak Katarzyna Figura, Adam Ferency czy Krzysztof Majchrzak.

B.G. - Od czasu spotkania z Wojciechem Pszoniakiem minęło osiem lat. Czy nadal chciałby Pan zagrać w polskim filmie?

B.S. - Od kilku lat, ze względów zdrowotnych, mieszkam w Montrealu i w tym okresie dwa razy otrzymałem propozycję roli. Jedną od Patryka Vegi, a drugą od Piotra Dumały. Niestety obie musiałem odrzucić. Przyjechałem tutaj w 2018 roku z promocją filmu "Fantastyczne zwierzęta", gdzie zagrałem obok takich sław jak Eddie Redmayne i Jude Law. 

Nie mieszkałem w Kanadzie przez 20 lat. Moje dotychczasowe życie było w ciągłym biegu, bez chwili odpoczynku. I nagle dopadło mnie wypalenie zawodowe. Do tego doszło poważne złamanie nogi, wymiana biodra i do tej pory nie czuję się na tyle silny psychicznie i fizycznie, żeby z pełną energią "ruszyć w bój". W świecie aktorskim cały czas trzeba walczyć o role, o uznanie, a ja na razie nie jestem na to gotów. Jest to bardzo smutne, szczególnie, że do niedawna moja kariera świetnie się rozwijała.

B.G. - Może zmiana angielskiej aury na mroźną Kanadę też się przyczyniła do Pana załamania?

B.S. - Powrót do Montrealu był wielkim błędem. W Europie miałem wszystko - karierę, miłość, cudowne miejsce do mieszkania w Hastings, małym miasteczku blisko Londynu. Codziennie mogłem spacerować nad morzem! A od powrotu do Kanady moje życie jest naznaczone cierpieniem i leczeniem. W Europie nigdy nie odmówiłem pracy, a tutaj byłem zmuszony zrobić to dwa razy. Dla aktora to niemal samobójcze.

B.G. - Europa by Pana uzdrowiła?

B.S. - Zdecydowanie tak. Mimo że Quebec jest znany w Kanadzie z życia kulturalnego, to w porównaniu do Polski, Anglii, Francji czy Szwajcarii jest ono bardzo ubogie. W Paryżu czy w Londynie cały czas spędzałem w teatrze albo w muzeach, tańczyłem, miałem mnóstwo znajomych z branży teatralnej i filmowej. W Kanadzie scena teatralna i muzea są biedniejsze. W Europie wszędzie jest blisko - na weekend można polecieć z Londynu do Madrytu, a z Montrealu jest wszędzie daleko. Komunikacja publiczna jest świetna, a w Kanadzie nie wszędzie można dojechać autobusem czy pociągiem, a bilety lotnicze są drogie.

B.G. - Czy Pana obecny stan zdrowia nie jest też związany z olbrzymimi wymaganiami wobec siebie, jakie pan stawiał sobie od najmłodszych lat?

B.S. - Wówczas, gdy byłem cały czas w ruchu, wręcz w gonitwie, tego nie zauważałem. Zignorowałem ciągły brak snu, brak takiego prawdziwego odpoczynku. Teraz, gdy wspominam różne okresy, wydaje mi się, że nie powinienem był tak ciężko pracować.

B.G. - Mam nadzieję, że "po nocy przyjdzie dzień", jak śpiewa Budka Suflera i z nową energią, ale też i z nauką, jaką Pan wyniósł, że trzeba zadbać o wypoczynek, wróci Pan na światowe sceny teatru i plany filmowe. Życzę Panu tego z całego serca. 

B.S. - Dziękuję.   
 

Rozmawiała Beata Gołembiowska - pisarka, dziennikarka, felietonistka.  
 
 

 


PANORAMA - NIEZALEŻNY MAGAZYN POLONII KANADYJSKIEJ
Tel: (514) 367-1224, E-mail: office@panoramanews.org
Designed and maintained by Arkona Web Services
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
ZALOGUJ SIĘ