.

MAGAZYN PANORAMA
352 Bergevin, Suite 6 
Lasalle, Qc
H8R 3M3 

E-mail: office@panoramanews.org

Tel. (514) 367-1224 
Tel. (514) 963-1080



 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Życie zwielokrotnione (cz. 12) 

Ad futuram rei memoriam

Trzy lata po obradach Okrągłego Stołu "Solidarność" miała coraz gorsze notowania. Można było odnieść wrażenie, że starano się zapomnieć o jej istnieniu. Jedynie kilka wysoko postawionych osób od czasu do czasu powoływało się na swoją przeszłość w NSZZ "Solidarność". Wielu z nas czuło się zepchniętych na margines. Nawet tym szczególnie represjonowanym nikt dotąd nie powiedział prostego słowa: "dziękuję".

Dlatego pamięć Prymasa o naszym procesie i jego krótkiej wizycie w Sądzie Wojskowym podczas rozprawy były dla mnie wielkim wyróżnieniem oraz moralnym zadośćuczynieniem. Obszerniej opowiadam o tym w książce "Za burtą legendy".

Muszę również wspomnieć o wzruszającym artykule Magdaleny Umięckiej zatytułowanym "Jedenastu", który w tym samym czasie ukazał się w "Tygodniku Solidarność". Kiedy organizowaliśmy strajk, ta młoda dziennikarka prawdopodobnie uczęszczała jeszcze do szkoły podstawowej. Jej artykuł stał się dla mnie najwspanialszą nagrodą za to, co zrobiłem dla Polski. Zamieściłem go w "Epilogach" mojej książki "Za burtą legendy".

Polska początku lat dziewięćdziesiątych wydawała się krajem rozwijającym się dynamicznie i wkraczającym na drogę zdrowego kapitalizmu. Magdalena i ja również postanowiliśmy spróbować swoich sił w interesach. Kiedy nasz krewny, Dariusz Konieczny, przedstawił nam - jak się wówczas wydawało - korzystną propozycję, zaciągnęliśmy kredyt bankowy i przekazaliśmy mu siedemdziesiąt tysięcy marek. Do dziś jest mi winien ponad pięćdziesiąt tysięcy euro wraz z odsetkami. Miał problemy z przestrzeganiem prawa i nie sądzę, abym kiedykolwiek odzyskał te pieniądze.

Od 13 do 18 grudnia 1991 roku "Kurier Szczeciński" publikował w kolejnych numerach fragmenty mojej książki "Za burtą legendy". Niestety nie otrzymałem za to wynagrodzenia. Obszerne fragmenty książki ukazały się również w 49. numerze tygodnika "Ziemia i Morze" z tego samego roku.

W 1992 roku w szczecińskim Klubie Książki i Prasy odbyła się promocja "Za burtą legendy".
30 marca 1995 roku o godzinie 4.30 zmarła Magdalena, pokonana przez chorobę nowotworową. Została pochowana na cmentarzu w berlińskiej dzielnicy Rudow.

Wieczne odpoczywanie racz Jej dać, Panie.

W opiece nad Magdaleną bezinteresownie i ofiarnie pomagały mi Aleksandra Malinkowa, nasza przyjaciółka i sąsiadka z domu przy ulicy Długosza 9, oraz siostra Magdaleny, Luiza Tymków.
Na pogrzeb przybył w komplecie Chór Polsko-Niemiecki w Berlinie, do którego należała Magdalena. Nad jej grobem chórzyści pięknie zaśpiewali.

Po śmierci Magdaleny załamałem się i przez pewien czas żyłem jak w letargu. Mieszkanie przejmowało pustką, a ja byłem bliski obłędu. Nie przerwałem jednak pracy w szkole. Dyrektor oraz grono pedagogiczne okazali mi w tym trudnym okresie wiele wyrozumiałości.

Próbując sobie pomóc, pojechałem do Szczecina, aby uczestniczyć w podstawowym kursie Metody Silvy. Odzyskałem dzięki niemu wewnętrzny spokój. W następnym roku ukończyłem kurs wyższego stopnia, obejmujący także naukę technik uzdrawiania. Uczestnictwo w obu kursach zostało potwierdzone dyplomami.

Nie skorzystałem z sugestii, aby porozmawiać z psychologiem lub psychiatrą ani przyjmować silnych środków uspokajających. Przeczytałem natomiast kilka mądrych książek o śmierci, żałobie i towarzyszących jej emocjach. One pomogły mi zrozumieć własne przeżycia.

Wydawało mi się, że mam do wyboru dwie drogi. Pierwszą było pozostanie cierpiącym przez miesiące lub lata wdowcem, otoczonym współczuciem. Drugą - zdecydowane odcięcie się od przeszłości i rozpoczęcie nowego etapu życia, nawet jeśli miałoby się to spotkać z niezrozumieniem, dezaprobatą lub towarzyskim odrzuceniem.

Wybrałem tę drugą. Pomogła mi w tym pewna tajemnica, którą zabiorę ze sobą do grobu, a także przypadek, przeznaczenie albo Najwyższy. Być może wszystko naraz. Jak to w życiu bywa, każda decyzja może znaleźć zarówno zwolenników, jak i krytyków.

Może ktoś uzna ten fragment za niestosowny, ale skoro opisuję własne życie, muszę wspomnieć także o dwóch ciemnych, długowłosych jamniczkach - Buli i Mogli. Towarzyszyły mi przez piętnaście lat, na dobre i na złe. Byłem do nich bardzo przywiązany i troskliwie o nie dbałem. Dzięki nim codziennie odbywałem długie spacery, które pozwalały mi zachować kondycję i zdrowie.

Śmierć Buli 21 lipca 1995 roku, a następnie Mogli 23 października 1998 roku bardzo przeżyłem. One również zajmowały ważne miejsce w moim życiu.

Niedługo po śmierci Magdaleny wynająłem pokój sympatycznemu małżeństwu, Alicji i Wojciechowi Stockingerom, pracownikom niedawno rozwiązanego Radia Wolna Europa. Nasza znajomość przerodziła się w serdeczną przyjaźń, która trwa do dziś. Warto ją odnotować, ponieważ tak długie i trwałe relacje stają się w obecnych czasach coraz rzadsze.

W latach gospodarczego rozkwitu mieszkańcy Republiki Federalnej Niemiec często pozbywali się rzeczy, które nadal doskonale działały i były niemal nowe, zastępując je jeszcze nowszymi. Piwnice gimnazjum, w którym pracowałem, zapełniały się takimi przedmiotami. Zgłaszało się do mnie również wiele osób pragnących ofiarować niepotrzebne już wyposażenie.

Z tych zapasów i darowizn wyposażyłem nowo powstające gimnazjum o profilu harcerskim w Koninie, szkołę podstawową w Cięcinie koło Żywca oraz salkę parafialną w Szczecinie. Przekazałem także środki czystości Integracyjnemu Przedszkolu Zdrowia i Szpitalowi na Pomorzanach w Szczecinie. Było ponadto wiele indywidualnych form pomocy.

W tym miejscu muszę cofnąć się do czasów stanu wojennego. Pomoc mieszkańców RFN, którzy wysłali do Polski miliony paczek, była imponująca i godna trwałej pamięci. Wyjeżdżając z kraju, otrzymałem długą listę adresów osób potrzebujących wsparcia. Do udziału w tej akcji zachęciłem wielu berlińczyków, którzy reagowali bardzo chętnie i spontanicznie.

Niestety, mimo że do każdej paczki wkładaliśmy prośbę o potwierdzenie odbioru, odpowiedzi do nas nie docierały. Próbowałem wyjaśniać darczyńcom, że część przesyłek mogła ginąć po drodze lub trafiać w niepowołane ręce. Trudno im było w to uwierzyć, zwłaszcza że niektóre paczki przekazywano bezpośrednio odbiorcom za pośrednictwem organizacji charytatywnych i prywatnych przewoźników. Brak jakiejkolwiek wiadomości musiał pozostawić w darczyńcach poczucie rozczarowania.

24 maja 1995 roku poznałem Urszulę Konkol, pracującą wówczas w pracowni ortodoncji Akademii Medycznej na Pomorzanach. Była rozwódką. Ściśle mówiąc, tego samego dnia zobaczyliśmy się dwukrotnie.

Rano pojawiłem się w letnim garniturze i z siwą brodą. Współpracownicy Urszuli uznali mnie podobno za "starego dziada", który zupełnie do niej nie pasował. Po południu przyszedłem ogolony i ubrany na sportowo. Tym razem nie zostałem rozpoznany - nawet przez Urszulę. Chwilę porozmawialiśmy i właśnie ta chwila zadecydowała o dalszych losach najpierw moich, a później naszych.
Miałem wówczas pięćdziesiąt dziewięć lat, a Urszula była ode mnie o sześć lat młodsza. Czy "miłość od pierwszego wejrzenia" jest jedynie miłym powiedzeniem i poetycką przenośnią, czy może być rzeczywistością? Czy miłość jest zarezerwowana wyłącznie dla młodych? Czy uczucie między ludźmi zbliżającymi się do sześćdziesiątki powinno być czymś wstydliwym, niestosownym albo śmiesznym?

Nie mam żadnych wątpliwości: zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Uczucie było równie silne jak zawsze wtedy, gdy kochałem naprawdę. Z upływem lat poznałem też prostą receptę na podtrzymywanie miłości: codziennie kilka razy pocałuj żonę i powiedz jej, że ją kochasz - niezależnie od wieku.

Zaprosiłem Urszulę do Berlina, a później na wakacje do mojego domu na Węgrzech. Następnie oświadczyłem się jej i zaproponowałem małżeństwo, prosząc jednocześnie, aby ślub odbył się bez rozgłosu i wcześniejszego powiadamiania mojej rodziny. Wiedziałem, że tempo wydarzeń mogłoby zostać uznane za niestosowne, dlatego wolałem uniknąć komentarzy i plotek.

Trzeba zaznaczyć, że Urszula proponowała, abyśmy poczekali jeszcze rok. To ja byłem niecierpliwy i usilnie nalegałem na ślub.

30 grudnia 1995 roku w Urzędzie Stanu Cywilnego Szczecin-Pogodno powiedzieliśmy sobie sakramentalne "tak".
 

Krzysztof Jagielski - pisarz, członek Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie - Londyn, działacz ZZ "Solidarność" w Szczecinie.
 

POPRZEDNIE CZĘŚCI
 


PANORAMA - NIEZALEŻNY MAGAZYN POLONII KANADYJSKIEJ
Tel: (514) 367-1224, E-mail: office@panoramanews.org
Designed and maintained by Arkona Web Services
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
ZALOGUJ SIĘ