| Życie zwielokrotnione
(cz. 10)
Ad futuram rei memoriam
Dzięki Przeznaczeniu i znajomościom
Magdaleny, pracującej jako tłumaczka w burmistrzostwie dzielnicy Steglitz,
w dziale socjalnym, dostałem "lukratywną" posadę woźnego w gimnazjum Hermann-Ehlers-Gymnasium.
Na pewno nie była to praca na miarę moich ambicji.
Mieszkaliśmy wspaniale w budyneczku
szkolnym zwanym "willą" (przed zakończeniem drugiej wojny zasiedlali ją
dyrektorzy). Co prawda na parterze mieściła się klasa muzyczna, ale lekcje
odbywały się przed południem i niezbyt często. Na poddaszu urządziłem pokój
gościnny. Ku mojej zgryzocie - musiałem uprzątać jesienią tony opadłych
liści - a jednocześnie ku zadowoleniu, podwórze szkolne było pełne zieleni,
kwiatów i ocienione trzema potężnymi platanami, nie wspominając o klonach.
Ulica na której mieszkaliśmy była
zasiedlona przeważnie przez emerytów, spokojna, pozbawiona zgiełku miejskiego.
Niedaleko rozciągał się na wielkiej przestrzeni Park Miejski. Do pracy
miałem zaledwie kilka kroków. Nie musiałem odbywać godzinnych podróży kolejką
podziemną "U-Bahn", jak do Fabryki Porcelany.
I znowu mały przerywnik. Wszystkie
moje mieszkania, te berlińskie też, pomagała mi urządzać moja kuzynka Ewa.
Nie dość, że wspaniale potrafi zaprowadzić w każdym mieszkaniu harmonijny
ład oparty na perfekcyjnej funkcjonalności, to jest jedną z niewielu na
tym świecie mistrzynią wieszania obrazów. Nie spotkałem w Polsce, jak i
w innych muzeach na świecie, dobrze eksponowanych i powieszonych obrazów.
Nie mówiąc o prywatnych mieszkaniach. Z całą skromnością muszę wyznać,
że dzięki cierpliwości mojej kuzynki posiadłem i ja taką wiedzę. Jestem
dumny, że mogę zaliczyć się do tych nielicznych, którzy tą umiejętnością
się szczycą.
Życie nasze ustabilizowało się. Magdalena
i ja pracowaliśmy, nieźle zarabialiśmy. Tomasz i Tibor chadzali swoimi
drogami. Tomasz ożenił się z Moniką w Szczecinie 20 lutego 1988 roku, ale
niestety małżeństwo nie było trwałe i sąd orzekł rozwód 21 stycznia 1996.
W Berlinie mieszkali rodzice Magdaleny
i jej brat z rodziną. Przybywało znajomych, przyjaciół. Miałem więcej czasu
dla siebie, praca nie była męcząca i absorbująca, co prawda musiałem przebywać
na terenie szkoły od siódmej rano do dwudziestej drugiej, ale mogłem wyskakiwać
"do miasta" bez żadnych przeszkód.
W czasie przerw między lekcjami siedziałem
w moim biurze, by być "pod ręką" dla uczniów i nauczycieli. Czas ten poświęcałem
książkom. Przez trzynaście lat przeczytałem ich znaczną ilość.
Nie trzymam się chronologicznie faktów,
jak już wspomniałem, ale opracowuję wspomnienia tematycznie. Mniej to nudne
i bardziej przejrzyste.
W 1988 roku zacząłem pisać książkę
"Za burtą legendy", opierając się na świeżej jeszcze pamięci i bogatym
prywatnym archiwum, które przemyciłem z Polski w skrzyniach o podwójnym
dnie. W czasie dość szybkiego rozpadu komunizmu i runięcia muru berlińskiego
książkę ukończyłem. Przestały działać też liczne polskie wydawnictwa na
zachodzie, dotowane przez różne instytucje. Musiałem poczekać na druk w
Polsce.
W międzyczasie "Za burtą legendy"
nadało w kilku odcinkach Radio Wolna Europa, dzięki uprzejmości Dyrektora
Literackiego - Włodzimierza Odojewskiego i pracownika ds. badań - śp. Adama
Rosenbuscha.
Z Instytutu Literackiego w Paryżu
otrzymałem także list z ciepłymi słowami od Jerzego Giedroycia, któremu
książkę przesłałem. O dalszych jej losach wspominam w przedmowie do opracowywanej
nowej wersji, poprawionej i rozszerzonej.
Moja koleżanka Ewa Czerwiakowska,
redaktorka berlińskiego kwartalnika "Słowo", umieszczała w nim moje opowiadania
i artykuły, i teraz od czasu do czasu wyświadcza mi tę uprzejmość.
Ewa jest absolwentką polonistyki
Uniwersytetu Poznańskiego im. Adama Mickiewicza. Działała w NSZZ "Solidarność"
i w stanie wojennym emigrowała do Berlina Zachodniego. Ledwie wiążąc koniec
z końcem, współpracowała z tygodnikiem "Pogląd" w Berlinie i z Radiem Wolna
Europa. Wspaniale znając język niemiecki, pisuje do różnych czasopism niemieckojęzycznych
i działa w instytutach zajmujących się martyrologią II wojny światowej.
Tłumaczy i nadal redaguje kwartalnik "Słowo" w języku polskim i niemieckim.
Pomagała mi niejednokrotnie w rozwiązywaniu kłopotów dnia codziennego i
cierpliwie poprawiała moje teksty literackie. Była moim promotorem (Adam
Rosenbusch także) do Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie.
A teraz bliski memu sercu temat:
Węgry. Nawet nie pamiętam, w jakim mieście i w jakim hotelu zatrzymaliśmy
się na Węgrzech, gdy w 1966 roku podróżowaliśmy do Bułgarii. Wystarczył
krótki pobyt, by zauroczenie tym krajem trwało do dzisiaj. Byłem ciekawy
ojczyzny Magdaleny, i na pewno jej sentyment i tęsknota (wracała tutaj
po przeszło dwudziestu latach) nie przesądziły o moim zachwycie. Wystąpiło
to samoistnie, tak jak zakochanie się w dziewczynie od pierwszego wejrzenia.
Od tego czasu większość wakacji spędzaliśmy na Węgrzech, oczywiście gdy
pozwalały mi na to pobyty "na lądzie".
Rodzice Magdaleny nie chcieli wrócić
do Siedmiogrodu, już rumuńskiego, ani na Węgry. Szalał tam krwawszy terror
komunistyczny niż w Polsce i słusznie obawiali się o swoje życie. Teściowa,
która tylko raz zechciała nam towarzyszyć w wycieczce na Węgry, zobaczyła
jeszcze przed śmiercią kraj swoich przodków. Teściowi z przyczyn niewiadomych
odmówiono wjazdu do ojczyzny. Komunizm miał jednakowe zbrodnicze oblicze
we wszystkich demoludach.
Złożyło się szczęśliwie, że do Szczecina
zawijał nieduży i jedyny węgierski statek pełnomorski "Somogy". Przedstawicielem
armatora był Jan Potocska. Mieszkał tutaj wraz z rodziną. Zaprzyjaźniliśmy
się i często bywaliśmy u nich w Budapeszcie. Jan dyrektorował potem firmie
spedycyjnej "Hungarkamion".
Zostałem ojcem chrzestnym jego córki
Andrei w sposób bardzo zakonspirowany. Kariera Jana opierała się na solidnej
podstawie - był partyjny, to znaczy, że w owym czasie należał do jedynej
partii robotniczo-chłopskiej na Węgrzech. By zachować osiągane stanowiska
kierownicze, musiał przynajmniej zewnętrznie przestrzegać kanonów partyjnych.
Nie daj Boże chodzić do kościoła lub chrzcić dzieci. Ale cóż zrobić, jak
się żona Erzsi i matka Jana uparły: Andrea musi być ochrzczona! Jakże nie
pomóc przyjaciołom. Gwarancją utrzymania tajemnicy była też moja nieznajomość
języka węgierskiego, bo jak wiadomo węgierskie wina nie tylko są wyśmienite,
ale mają moc rozwiązywania języków. A lubiłem i lubię ten bachusowy płyn.
Chrzest miał też być nie byle jaki, choć zakonspirowany. Posiadaliśmy Opla
Rekorda dwudrzwiowego, rzucającego się w oczy nie tylko czerwonym kolorem,
ale samym faktem posiadania takiego samochodu. Królował pośród syrenek
i trabantów. Do tego chrzestny był oficerem morskim, a to dla Węgra nie
lada splendor. Można do tego wszystkiego dodać, że byłem obcokrajowcem
i bratankiem od szabli i szklanki.
Ubrany w mundur oficera marynarki
handlowej prezentowałem się świetnie, niestety tylko dla malutkiej chrześniaczki,
Magdaleny i matki Jana. Chrztu dokonano błyskawicznie w zamkniętej na klucz
zakrystii. Zakończenia uroczystości chrzcin nie pamiętam.
Erzsi - Elżbieta, żona Jana - umarła
młodo, we śnie. Stan wojenny niestety przerwał jakiekolwiek kontakty z
rodziną Jana Potocski, a on nie starał się ich wznowić. Znajomość z emigrantem
Solidarności była dla niego bardzo niebezpieczna. Rodzinie, która dopytywała
o nas, opowiedział bajeczkę, że utonąłem wraz ze statkiem na morzu! Odwiedziliśmy
ich na początku lat dziewięćdziesiątych (Jan gdzieś wyjechał) i gdy mnie
zobaczyli, przeżyli szok. Zamarli w bezruchu, myśląc, że Magdalenie towarzyszy
duch. Serio!
W Szczecinie przebywało jeszcze jedno
węgierskie małżeństwo - Julika i Lojosz Kisgyoergi. Lojosz dopilnowywał
załadunku na statki węgierskich lokomotyw spalinowych. Poznaliśmy ich,
ale bliższe kontakty utrzymywali z siostrą Magdaleny. Dopiero pod koniec
lat osiemdziesiątych, kiedy wznowiliśmy podróże na Węgry, zaprzyjaźniliśmy
się z Lojoszami. Spędzaliśmy wakacje w ich domku letniskowym, na wzgórzu
winnic niedaleko miasteczka Torokbalint, tuż pod Budapesztem. Było tam
tak pięknie, że gdy nadarzyła się okazja, kupiliśmy dom w stanie surowym
z dużą działką. Mój zachwyt opisałem w opowiadaniu Villanyi ut. 54 w "Karczmie
pod Krzywym Ryjem".
Pomału zbliżaliśmy się do emerytury.
Chcieliśmy większość czasu spędzać na Węgrzech. Trafiła się nam więc doskonała
okazja. Ponieważ był to rok 1992 i obcokrajowcy nie mogli nabywać nieruchomości,
Magdalena z Juliką utworzyły przedsiębiorstwo "joint inventure", oczywiście
fikcyjne, a ono z kolei kupiło na własne potrzeby dom z ogrodem.
Do Budapesztu zjechali na dwa miesiące
wspaniali górale z Cięciny koło Żywca - Jasiu Pawlik i Michał Ryłko - i
dokonali cudu. Oczywiście uzgodniliśmy wszystkie szczegóły budowy, ale
gdy zobaczyłem ich dzieło, zatkało mnie. To była sztuka najwyższej klasy!
Dom był nieduży, piętrowy, ze skosami
dachowymi, położony na skarpie łagodnie opadającej w kierunku Budapesztu,
wyposażony we wszystkie wygody i nowe meble. W sporym ogrodzie, zarośniętym
na razie wysokimi trawami, rosło mnogość drzew owocowych: dorodne morele
o słodkich, mięsistych owocach, wiśnie tak lepkie od cukru, że kleiły się
do palców, czereśnia o popękanym pniu i rosochatych gałęziach wskazujących
na dziesiątki lat żywota, rodząca owoce wielkości śliwki i twardości jabłka,
zwykłe wiśnie, zdziczałe jabłonki, a nawet krzew migdałowca o słodkich
migdałach i rozłożysty orzech włoski. Nie było figowców i winorośli, ale
z czasem i one miały cieszyć oko.
Z obszernego tarasu rozciągała się
panorama na Budaroes i Budapeszt, zachwycająca szczególnie o zmierzchu,
gdy zapalały się punkciki świateł elektrycznych. A gdy zagrały świerszcze,
gdy dochodziły śpiewy i dźwięki skrzypiec im towarzyszących, gdy rozchodził
się zapach wędzonej słoniny przypiekanej na ogniskach, Niebo zstępowało
na Ziemię.
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych
krajobraz i "dusza narodu" zmieniły się nie do poznania - na gorsze. Węgry
skomercjalizowały się i uległy napierającej "pseudo cywilizacji". Kuchnia
węgierska, ta wspaniała kuchnia węgierska, ustąpiła chińszczyźnie, fast
foodom amerykańskim i jakimś nieokreślonym potrawom europejskim. Znikli
"Cyganie" i intymność maleńkich knajpek, tanie wino do posiłków, mimo że
było go w nadmiarze. Gdzie są te dzbany z wodą, które stały na wszystkich
stołach? Gdzie tania "dupla", zastąpiona teraz drogą "espresso"? Gdzie
langosz, kiedyś powszechnie dostępny? Gdzie taniość "terma visek", gorących
kąpieli, narodowego bogactwa i tradycji kultury narodowej?!
Jakże to było piękne, gdy przed pracą,
po niej, przed i po szkole, w wolnej chwili, wpadano na krótko poleżeć,
pogadać, przeczytać gazetę w ciepłych wodach, a nawet zbiorowo pośpiewać
stare węgierskie pieśni. Wysoka cena biletu zabiła powszechność korzystania
z tego dobra narodowego. Nieodwracalne zło. Dzisiaj szukam tej "węgierskiej
duszy" w leżących z dala od traktów turystycznych, zapomnianych csardach,
wioskach i miasteczkach, zapomnianych basenach z ciepłą wodą, które, dzięki
Bogu, istnieją jeszcze na mapie Węgier.
W marcu 1995 roku Magdalena umarła
z powodu raka szybko rozprzestrzeniającego się w jej organizmie. Węgierskie
plany rozwiały się. Z różnych powodów sprzedałem mój ukochany dom, kawałek
duszy węgierskiej. Pozostał sentyment i słuchanie niepowtarzalnej, kojącej
serce madziarskiej muzyki.
Krzysztof Jagielski - pisarz,
członek Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie - Londyn, działacz ZZ "Solidarność"
w Szczecinie.
POPRZEDNIE
CZĘŚCI
|