.

MAGAZYN PANORAMA
352 Bergevin, Suite 6 
Lasalle, Qc
H8R 3M3 

E-mail: office@panoramanews.org

Tel. (514) 367-1224 
Tel. (514) 963-1080



 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Życie zwielokrotnione (cz. 10) 

Ad futuram rei memoriam

Dzięki Przeznaczeniu i znajomościom Magdaleny, pracującej jako tłumaczka w burmistrzostwie dzielnicy Steglitz, w dziale socjalnym, dostałem "lukratywną" posadę woźnego w gimnazjum Hermann-Ehlers-Gymnasium. Na pewno nie była to praca na miarę moich ambicji.

Mieszkaliśmy wspaniale w budyneczku szkolnym zwanym "willą" (przed zakończeniem drugiej wojny zasiedlali ją dyrektorzy). Co prawda na parterze mieściła się klasa muzyczna, ale lekcje odbywały się przed południem i niezbyt często. Na poddaszu urządziłem pokój gościnny. Ku mojej zgryzocie - musiałem uprzątać jesienią tony opadłych liści - a jednocześnie ku zadowoleniu, podwórze szkolne było pełne zieleni, kwiatów i ocienione trzema potężnymi platanami, nie wspominając o klonach.

Ulica na której mieszkaliśmy była zasiedlona przeważnie przez emerytów, spokojna, pozbawiona zgiełku miejskiego. Niedaleko rozciągał się na wielkiej przestrzeni Park Miejski. Do pracy miałem zaledwie kilka kroków. Nie musiałem odbywać godzinnych podróży kolejką podziemną "U-Bahn", jak do Fabryki Porcelany.

I znowu mały przerywnik. Wszystkie moje mieszkania, te berlińskie też, pomagała mi urządzać moja kuzynka Ewa. Nie dość, że wspaniale potrafi zaprowadzić w każdym mieszkaniu harmonijny ład oparty na perfekcyjnej funkcjonalności, to jest jedną z niewielu na tym świecie mistrzynią wieszania obrazów. Nie spotkałem w Polsce, jak i w innych muzeach na świecie, dobrze eksponowanych i powieszonych obrazów. Nie mówiąc o prywatnych mieszkaniach. Z całą skromnością muszę wyznać, że dzięki cierpliwości mojej kuzynki posiadłem i ja taką wiedzę. Jestem dumny, że mogę zaliczyć się do tych nielicznych, którzy tą umiejętnością się szczycą.

Życie nasze ustabilizowało się. Magdalena i ja pracowaliśmy, nieźle zarabialiśmy. Tomasz i Tibor chadzali swoimi drogami. Tomasz ożenił się z Moniką w Szczecinie 20 lutego 1988 roku, ale niestety małżeństwo nie było trwałe i sąd orzekł rozwód 21 stycznia 1996.

W Berlinie mieszkali rodzice Magdaleny i jej brat z rodziną. Przybywało znajomych, przyjaciół. Miałem więcej czasu dla siebie, praca nie była męcząca i absorbująca, co prawda musiałem przebywać na terenie szkoły od siódmej rano do dwudziestej drugiej, ale mogłem wyskakiwać "do miasta" bez żadnych przeszkód.

W czasie przerw między lekcjami siedziałem w moim biurze, by być "pod ręką" dla uczniów i nauczycieli. Czas ten poświęcałem książkom. Przez trzynaście lat przeczytałem ich znaczną ilość.

Nie trzymam się chronologicznie faktów, jak już wspomniałem, ale opracowuję wspomnienia tematycznie. Mniej to nudne i bardziej przejrzyste.

W 1988 roku zacząłem pisać książkę "Za burtą legendy", opierając się na świeżej jeszcze pamięci i bogatym prywatnym archiwum, które przemyciłem z Polski w skrzyniach o podwójnym dnie. W czasie dość szybkiego rozpadu komunizmu i runięcia muru berlińskiego książkę ukończyłem. Przestały działać też liczne polskie wydawnictwa na zachodzie, dotowane przez różne instytucje. Musiałem poczekać na druk w Polsce.

W międzyczasie "Za burtą legendy" nadało w kilku odcinkach Radio Wolna Europa, dzięki uprzejmości Dyrektora Literackiego - Włodzimierza Odojewskiego i pracownika ds. badań - śp. Adama Rosenbuscha.

Z Instytutu Literackiego w Paryżu otrzymałem także list z ciepłymi słowami od Jerzego Giedroycia, któremu książkę przesłałem. O dalszych jej losach wspominam w przedmowie do opracowywanej nowej wersji, poprawionej i rozszerzonej.

Moja koleżanka Ewa Czerwiakowska, redaktorka berlińskiego kwartalnika "Słowo", umieszczała w nim moje opowiadania i artykuły, i teraz od czasu do czasu wyświadcza mi tę uprzejmość.

Ewa jest absolwentką polonistyki Uniwersytetu Poznańskiego im. Adama Mickiewicza. Działała w NSZZ "Solidarność" i w stanie wojennym emigrowała do Berlina Zachodniego. Ledwie wiążąc koniec z końcem, współpracowała z tygodnikiem "Pogląd" w Berlinie i z Radiem Wolna Europa. Wspaniale znając język niemiecki, pisuje do różnych czasopism niemieckojęzycznych i działa w instytutach zajmujących się martyrologią II wojny światowej. Tłumaczy i nadal redaguje kwartalnik "Słowo" w języku polskim i niemieckim. Pomagała mi niejednokrotnie w rozwiązywaniu kłopotów dnia codziennego i cierpliwie poprawiała moje teksty literackie. Była moim promotorem (Adam Rosenbusch także) do Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie.

A teraz bliski memu sercu temat: Węgry. Nawet nie pamiętam, w jakim mieście i w jakim hotelu zatrzymaliśmy się na Węgrzech, gdy w 1966 roku podróżowaliśmy do Bułgarii. Wystarczył krótki pobyt, by zauroczenie tym krajem trwało do dzisiaj. Byłem ciekawy ojczyzny Magdaleny, i na pewno jej sentyment i tęsknota (wracała tutaj po przeszło dwudziestu latach) nie przesądziły o moim zachwycie. Wystąpiło to samoistnie, tak jak zakochanie się w dziewczynie od pierwszego wejrzenia. Od tego czasu większość wakacji spędzaliśmy na Węgrzech, oczywiście gdy pozwalały mi na to pobyty "na lądzie".

Rodzice Magdaleny nie chcieli wrócić do Siedmiogrodu, już rumuńskiego, ani na Węgry. Szalał tam krwawszy terror komunistyczny niż w Polsce i słusznie obawiali się o swoje życie. Teściowa, która tylko raz zechciała nam towarzyszyć w wycieczce na Węgry, zobaczyła jeszcze przed śmiercią kraj swoich przodków. Teściowi z przyczyn niewiadomych odmówiono wjazdu do ojczyzny. Komunizm miał jednakowe zbrodnicze oblicze we wszystkich demoludach.

Złożyło się szczęśliwie, że do Szczecina zawijał nieduży i jedyny węgierski statek pełnomorski "Somogy". Przedstawicielem armatora był Jan Potocska. Mieszkał tutaj wraz z rodziną. Zaprzyjaźniliśmy się i często bywaliśmy u nich w Budapeszcie. Jan dyrektorował potem firmie spedycyjnej "Hungarkamion".

Zostałem ojcem chrzestnym jego córki Andrei w sposób bardzo zakonspirowany. Kariera Jana opierała się na solidnej podstawie - był partyjny, to znaczy, że w owym czasie należał do jedynej partii robotniczo-chłopskiej na Węgrzech. By zachować osiągane stanowiska kierownicze, musiał przynajmniej zewnętrznie przestrzegać kanonów partyjnych. Nie daj Boże chodzić do kościoła lub chrzcić dzieci. Ale cóż zrobić, jak się żona Erzsi i matka Jana uparły: Andrea musi być ochrzczona! Jakże nie pomóc przyjaciołom. Gwarancją utrzymania tajemnicy była też moja nieznajomość języka węgierskiego, bo jak wiadomo węgierskie wina nie tylko są wyśmienite, ale mają moc rozwiązywania języków. A lubiłem i lubię ten bachusowy płyn. Chrzest miał też być nie byle jaki, choć zakonspirowany. Posiadaliśmy Opla Rekorda dwudrzwiowego, rzucającego się w oczy nie tylko czerwonym kolorem, ale samym faktem posiadania takiego samochodu. Królował pośród syrenek i trabantów. Do tego chrzestny był oficerem morskim, a to dla Węgra nie lada splendor. Można do tego wszystkiego dodać, że byłem obcokrajowcem i bratankiem od szabli i szklanki.

Ubrany w mundur oficera marynarki handlowej prezentowałem się świetnie, niestety tylko dla malutkiej chrześniaczki, Magdaleny i matki Jana. Chrztu dokonano błyskawicznie w zamkniętej na klucz zakrystii. Zakończenia uroczystości chrzcin nie pamiętam.

Erzsi - Elżbieta, żona Jana - umarła młodo, we śnie. Stan wojenny niestety przerwał jakiekolwiek kontakty z rodziną Jana Potocski, a on nie starał się ich wznowić. Znajomość z emigrantem Solidarności była dla niego bardzo niebezpieczna. Rodzinie, która dopytywała o nas, opowiedział bajeczkę, że utonąłem wraz ze statkiem na morzu! Odwiedziliśmy ich na początku lat dziewięćdziesiątych (Jan gdzieś wyjechał) i gdy mnie zobaczyli, przeżyli szok. Zamarli w bezruchu, myśląc, że Magdalenie towarzyszy duch. Serio!

W Szczecinie przebywało jeszcze jedno węgierskie małżeństwo - Julika i Lojosz Kisgyoergi. Lojosz dopilnowywał załadunku na statki węgierskich lokomotyw spalinowych. Poznaliśmy ich, ale bliższe kontakty utrzymywali z siostrą Magdaleny. Dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy wznowiliśmy podróże na Węgry, zaprzyjaźniliśmy się z Lojoszami. Spędzaliśmy wakacje w ich domku letniskowym, na wzgórzu winnic niedaleko miasteczka Torokbalint, tuż pod Budapesztem. Było tam tak pięknie, że gdy nadarzyła się okazja, kupiliśmy dom w stanie surowym z dużą działką. Mój zachwyt opisałem w opowiadaniu Villanyi ut. 54 w "Karczmie pod Krzywym Ryjem".

Pomału zbliżaliśmy się do emerytury. Chcieliśmy większość czasu spędzać na Węgrzech. Trafiła się nam więc doskonała okazja. Ponieważ był to rok 1992 i obcokrajowcy nie mogli nabywać nieruchomości, Magdalena z Juliką utworzyły przedsiębiorstwo "joint inventure", oczywiście fikcyjne, a ono z kolei kupiło na własne potrzeby dom z ogrodem.

Do Budapesztu zjechali na dwa miesiące wspaniali górale z Cięciny koło Żywca - Jasiu Pawlik i Michał Ryłko - i dokonali cudu. Oczywiście uzgodniliśmy wszystkie szczegóły budowy, ale gdy zobaczyłem ich dzieło, zatkało mnie. To była sztuka najwyższej klasy!

Dom był nieduży, piętrowy, ze skosami dachowymi, położony na skarpie łagodnie opadającej w kierunku Budapesztu, wyposażony we wszystkie wygody i nowe meble. W sporym ogrodzie, zarośniętym na razie wysokimi trawami, rosło mnogość drzew owocowych: dorodne morele o słodkich, mięsistych owocach, wiśnie tak lepkie od cukru, że kleiły się do palców, czereśnia o popękanym pniu i rosochatych gałęziach wskazujących na dziesiątki lat żywota, rodząca owoce wielkości śliwki i twardości jabłka, zwykłe wiśnie, zdziczałe jabłonki, a nawet krzew migdałowca o słodkich migdałach i rozłożysty orzech włoski. Nie było figowców i winorośli, ale z czasem i one miały cieszyć oko.

Z obszernego tarasu rozciągała się panorama na Budaroes i Budapeszt, zachwycająca szczególnie o zmierzchu, gdy zapalały się punkciki świateł elektrycznych. A gdy zagrały świerszcze, gdy dochodziły śpiewy i dźwięki skrzypiec im towarzyszących, gdy rozchodził się zapach wędzonej słoniny przypiekanej na ogniskach, Niebo zstępowało na Ziemię.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych krajobraz i "dusza narodu" zmieniły się nie do poznania - na gorsze. Węgry skomercjalizowały się i uległy napierającej "pseudo cywilizacji". Kuchnia węgierska, ta wspaniała kuchnia węgierska, ustąpiła chińszczyźnie, fast foodom amerykańskim i jakimś nieokreślonym potrawom europejskim. Znikli "Cyganie" i intymność maleńkich knajpek, tanie wino do posiłków, mimo że było go w nadmiarze. Gdzie są te dzbany z wodą, które stały na wszystkich stołach? Gdzie tania "dupla", zastąpiona teraz drogą "espresso"? Gdzie langosz, kiedyś powszechnie dostępny? Gdzie taniość "terma visek", gorących kąpieli, narodowego bogactwa i tradycji kultury narodowej?!

Jakże to było piękne, gdy przed pracą, po niej, przed i po szkole, w wolnej chwili, wpadano na krótko poleżeć, pogadać, przeczytać gazetę w ciepłych wodach, a nawet zbiorowo pośpiewać stare węgierskie pieśni. Wysoka cena biletu zabiła powszechność korzystania z tego dobra narodowego. Nieodwracalne zło. Dzisiaj szukam tej "węgierskiej duszy" w leżących z dala od traktów turystycznych, zapomnianych csardach, wioskach i miasteczkach, zapomnianych basenach z ciepłą wodą, które, dzięki Bogu, istnieją jeszcze na mapie Węgier.

W marcu 1995 roku Magdalena umarła z powodu raka szybko rozprzestrzeniającego się w jej organizmie. Węgierskie plany rozwiały się. Z różnych powodów sprzedałem mój ukochany dom, kawałek duszy węgierskiej. Pozostał sentyment i słuchanie niepowtarzalnej, kojącej serce madziarskiej muzyki. 
 
 

Krzysztof Jagielski - pisarz, członek Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie - Londyn, działacz ZZ "Solidarność" w Szczecinie.
 

POPRZEDNIE CZĘŚCI
 


PANORAMA - NIEZALEŻNY MAGAZYN POLONII KANADYJSKIEJ
Tel: (514) 367-1224, E-mail: office@panoramanews.org
Designed and maintained by Arkona Web Services
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
ZALOGUJ SIĘ