| Życie zwielokrotnione
(cz. 11)
Ad futuram rei memoriam
W 1976 roku statek "Leonid Teliga"
bujał się na kotwicy na redzie Lagos. Czekaliśmy przeszło miesiąc na wejście
do portu. Nie wiem z jakiej przyczyny, dlaczego obudziłem się w nocy z
29 na 30 września, zapaliłem światło, sięgnąłem po notatnik i zapisałem
sen, jaki właśnie śniłem. Nigdy przedtem ani potem tego nie robiłem. Notatnik
przeleżał spokojnie wiele lat, zapomniany w szufladzie. Po śmierci Magdaleny,
porządkując różne papiery, przypomniałem sobie o tym śnie. Przytaczam go
bez zmian, tak jak został zapisany owej nocy.
"U ciotki Stefy (nieżyjącej już Stefanii
Hempowicz) we willi, gdzieś w górach, zjazd rodzinny. Czarna kareta. Wewnątrz
siedzi para - on i ona, w średnim wieku, z twarzy nieznajomi, bez szczegółów
ubioru. Na koźle, na przednim siedzeniu karety, stoi woźnica w długim czarnym
płaszczu, odwrócony plecami do koni, których nie widać. Bez przerwy mówi
coś do pasażerów. Zwracają mu uwagę, żeby spoglądał na drogę, bo może wydarzyć
się wypadek. Kareta coraz szybciej jedzie. Woźnica mówi coraz szybciej,
nie zwracając uwagi na słowa pasażerów. Kareta mija skrzyżowanie dróg,
jakby przejeżdżała obok celu podróży. Na skrzyżowaniu stoi stara kobieta
ubrana w obszerny płaszcz koloru khaki. Kareta zajechała dalej. Szukamy
(i ja też) właściwej willi. Droga pnie się pod górę. Domki położone są
w dolinie - widać dachy. Znam to miejsce, ale nie mogę odszukać właściwego
domu. Jest numer 53 (lub 54) - to ten dom. Czeka już rodzina z ciotką.
Odbieram bagaż od pary z karety. Ona idzie, kulejąc. Wszyscy wchodzą do
dużego holu. Ja zamykam pochód. Przede mną ciotka w kraciastej spódniczce,
jakby odmłodzona, z rumianą twarzą. Odzywam się: - ja zawsze idę ostatni
za wami, chyba też ostatni umrę. Ciotka uśmiecha się i wskazuje na małego
chłopczyka bawiącego się w holu: - a ten?..."
Topografia snu zgadza się z usytuowaniem
domu przy Villányi út 54. Droga prowadząca do niego pnie się pod górę,
wcześniej krzyżując się z inną. Widać dachy domów położonych niżej w dolinie.
Czarna kareta i woźnica ubrany na czarno mogą oznaczać pogrzeb Magdaleny.
Dziecko, które mnie przeżyje, będzie moim wnukiem.
W ubiegłym roku napisałem, jak mi
się wydaje, piękną baśń dla dzieci, opartą na motywach baśni i bajek węgierskich
i siedmiogrodzkich, o tymczasowym tytule: "Baśń o bliźniaczkach siedmiogrodzkich
Oronki i Orszoji, wędrujących po gruszy sięgającej nieba". Liczy ona czterdzieści
stron.
Krytyk literacki i autorka bajek,
pani Zofia Beszczyńska, nie tylko była uprzejma napisać pochlebną recenzję,
ale także udzieliła mi wielu profesjonalnych rad, jak baśń poprawić, a
po ich uwzględnieniu zechciała ją ponownie przeczytać.
Pan profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego
Wiesław Bator, tłumacz eposu węgierskiego "Drzewo sięgające nieba", wyraził
się o baśni również życzliwie. Nagrany tekst na CD rozesłałem do siedemnastu
wydawnictw. Odpowiedziały tylko trzy. Baśń chwalono, lecz dodawano, że
koszty wydania nie gwarantują zysku, więc - przykro nam... Instytut Kultury
Węgierskiej i ambasador Republiki Węgier nie odpowiedzieli na moją prośbę
o sponsorowanie baśni lub objęcie jej patronatem. A przecież urzędy w trybie
administracyjnym są zobowiązane do udzielania jakiejkolwiek odpowiedzi.
Ta nieprzyjemna i niezrozumiała postawa nie osłabiła mojego szacunku dla
bliskiego mi sercu węgierskiego kraju. Sagę będę pisał i nadal będę jeździł
do wspaniałych ciepłych wód. Dodam jeszcze, że zwróciłem się także do moich
bardzo bogatych przyjaciół o pomoc w wydaniu baśni, lecz spotkałem się
z uprzejmie sformułowaną odmową.
Zagalopowałem się. Wysunąłem się
zbytnio do przodu, ale - jak już kilkakrotnie zaznaczałem - pewne etapy
i tematy traktuję jako zamknięte całości, bardziej przejrzyste.
Gdy w 1990 roku zniesiono w Polsce
obowiązek wizowy dla obywateli Europy Zachodniej, postanowiliśmy spędzić
krótkie wakacje w kraju, w drodze na Węgry. Jakże śmieszne miałem opory
moralne, by pokazać się moim przyjaciołom w Szczecinie dostatnio ubrany
i w nowym samochodzie. Obawiałem się, że odbiorą to jako "szpanowanie",
dlatego spotkałem się z nimi w mieszkaniu śp. Krysi Cieszyńskiej, naszej
przyjaciółki.
Potem pojechaliśmy głęboko w lasy
Tucholskie, gdzie nikt nas nie znał, do serdecznych gospodarzy - Państwa
Urbańskich. Z dzisiejszej perspektywy takie postępowanie może wydawać się
niezrozumiałe lub świadczyć o infantylności. Być może tak właśnie było.
Z uwagą śledziłem zmiany zachodzące
w kraju oraz zachowania wielu moich przyjaciół, kolegów i znajomych obejmujących
władzę polityczną. Komentarz o czternastu latach niepodległości Polski
można by streścić w dwóch słowach: stracone nadzieje. Obszerniej napiszę
o tym nieco późnej.
Dotychczasowe moje życie podzieliłem
na dwa etapy: okupacja bolszewicko-hitlerowska 1939-1945, okupacja bolszewicka
1945-1989. Należy dodać trzeci, obecnie przeżywany: 1989-... - w szponach
mafii i społecznej degrengolady. A już mija rok 2006.
Smutne to i przerażające, szczególnie
gdy dziesięć lat w służbie ojczyźnie wydaje się zmarnowanych.
W 1991 roku postanowiłem zaprosić
"jedenastkę z procesu bydgoskiego", naszych obrońców oraz kilku przyjaciół
z NSZZ "Solidarność" na spotkanie z okazji dziesiątej rocznicy stanu wojennego.
Gdy ułożyłem listę imienną, okazało się, że przedsięwzięcie będzie niewykonalne.
Już wtedy dzieliły ich skrajne poglądy polityczne, stanowiska, zamożność
i wszelkie możliwe pretensje do przeszłości i teraźniejszości. Mimo to
bardzo chciałem, by do spotkania doszło.
Przytaczam treść zaproszenia:
"W X ROCZNICĘ WYDARZEŃ GRUDNIA 1981
Magdalena Jagielska i Krzysztof Jagielski zapraszają na prywatne spotkanie,
które odbędzie się 14 grudnia 1991 roku w klubie REMEDIUM przy ulicy
Marii Curie-Skłodowskiej 11 w Szczecinie. Początek spotkania o godzinie
16.00".
Podkreśliłem tłustym drukiem "na
prywatne spotkanie" - i udało się. Przyszli przyjaciele, którzy jeszcze
nas pamiętali. A że niektórzy ze sobą nie rozmawiali - nie miało to już
znaczenia.
Po tym udanym i miłym spotkaniu umówiliśmy
się na kolejne, organizowane po kolei przez każdego z nas. Spotkaliśmy
się jeszcze chyba dwukrotnie.
Ponownie, na dwudziestolecie stanu
wojennego, chcąc ratować umierające więzi, zaprosiłem więziennych kolegów
z małżonkami. Nie wszyscy zaszczycili nas swoją obecnością, a ci, którzy
przyszli, szybko się rozeszli. Tak więc i ta solidarność nie wytrzymała
próby czasu. Myślę, że tylko okoliczności, w jakich się znaleźliśmy, wytworzyły
poczucie koleżeństwa i nic więcej. Czas pokazał, że było ono słabe i musiało
umrzeć śmiercią naturalną. Amen.
Prymas Polski Józef Glemp, w dziesiątą
rocznicę zakończenia naszego procesu w Bydgoszczy, zaprosił naszą jedenastkę
na śniadanie 5 marca 1992 roku. Byli obecni wszyscy - nawet Lichota i Drewniak
przyjechali ze Szwecji. Po wielu latach spotkaliśmy się jeszcze raz w komplecie.
Prawdopodobnie po raz ostatni. Ale to nie jest najważniejsze - ważna jest
pamięć Prymasa.
Krzysztof Jagielski - pisarz,
członek Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie - Londyn, działacz ZZ "Solidarność"
w Szczecinie.
POPRZEDNIE
CZĘŚCI
|