| "Jutro czeka nas długi
dzień" - opowieść o kobiecie, która została na końcu świata
Są ludzie,
którzy nie zmieniają świata wielkimi deklaracjami. Zmieniają go codziennością,
uporem i obecnością tam, gdzie inni nigdy by nie dotarli. Helena Pyz -
polska lekarka, od blisko czterech dekad prowadzi w Indiach ośrodek Jeevodaya
- miejsce stworzone dla osób dotkniętych trądem i ich dzieci. Sama porusza
się na wózku inwalidzkim po przeby- tej w dzieciństwie chorobie Heinego-Medina,
a mimo to każdego dnia walczy o tych, których świat często nie chce zauważyć.
Helena Pyz,
ośrodek Jeevodaya w Indiach.
Jej niezwykłą
historię opowiedział w filmie dokumentalnym "Jutro czeka nas długi dzień"
Paweł Wysoczański - reżyser i scenarzysta, którego filmy zdobyły dziesiątki
nagród na festiwalach na całym świecie. 18 i 19 czerwca montrealska publiczność
miała okazję zobaczyć ten poruszający dokument i spotkać się z jego twórcą.
Po projekcji rozmawia- łam z Pawłem Wysoczańskim nie tylko o powstawaniu
filmu, ale także ospotkaniu z niezwykłą bohaterką, granicach poświęcenia,
sile charakteru i o tym, dlaczego czasem podtwardą skorupą ukrywa się największa
wrażliwość.
Rozmawia:
Bożena Szara
Bożena Szara:
Przypomnij proszę krótko fabułę filmu, który mieliśmy okazję obejrzeć.
Paweł Wysoczański:
Film "Jutro czeka nas długi dzień" opowiada historię Heleny Pyz, polskiej
lekarki, która od blisko 40 lat zajmuje się osobami dotkniętymi trądem
oraz ich dziećmi w ośrodku Jeevodaya w Indiach. Helena porusza się na wózku
inwalidzkim, ponieważ w dzieciństwie przeszła polio, czyli chorobę Heinego-Medina.
Nie trzeba chyba dodawać - a może właśnie trzeba - że Indie nie są krajem
stworzonym dla ludzi z niepełnosprawnościami. Indie to przede wszystkim
nie jest przyjazne miejsce dla chorych na trąd. W związku z tym Helena
musi mieć szczególne cechy charakteru, żeby tam funkcjonować i żeby mieć
posłuch u Hindusów. Jednym słowem - jest z niej kawał cholery. Ale kocha
się ją. Mam nadzieję, że film tłumaczy, dlaczego ona bywa trudna i dlaczego
ma tak silny charakter. Helena nie ma innego wyjścia. Musi taka być. Jest
absolutnie wyjątkową bohaterką. Nie znam drugiej takiej osoby.
B.Sz.: Jak
narodził się pomysł na ten film?
P.W.:
To długa historia. Gdy w 2010 roku kończyłem szkołę filmową, związałem
się z Fundacją dla Somalii -instytucją, która do dziś istnieje przy ulicy
Brackiej w Warszawie. Ja i Krzysztof Pieczyński, znany również w Ameryce
aktor, byliśmy ambasadorami tej fundacji. Pojechałem do Somalii po przygodę
życia. Na miejscu realizowałem krótkie filmy dokumentujące działalność
organizacji. W sumie byłem w Somalii trzy razy. Poznałem tam nadzwyczajną
bohaterkę - młodą lekarkę z Bydgoszczy, która gdy miała miesięczny urlop,
nie spędzała go na Malediwach, tylko jechała do Somalii i bardzo ciężko
pracowała w koszmarnych warunkach. Pomyślałem wtedy: to jest temat na film.
Historia polskiej lekarki, która miesiąc w roku robi niezwykłe rzeczy na
końcu świata. Ale wydarzyła się tragedia. Producent filmu, prezes Fundacji
dla Somalii Abdul Kadir Gabeir Farah, został zamordowany w Somalii. Do
dzisiaj mówię o tym ze ściśniętym gardłem. To był fantastyczny facet. Moja
mama go kochała. Abdula nie sposób było nie lubić. Po jego śmierci bohaterka
się wycofała. Nie chciała wracać do Somalii. Zostałem więc w niecodziennej
sytuacji: miałem pieniądze z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej na film,
ale nie miałem bohatera. Pieniędzy nie mogłem już oddać, bo byliśmy mniej
więcej po połowie zdjęć. Nie chciałem ich oddawać, chciałem zrobić film.
I wtedy zrobiłem coś, czego normalnie nikt nie robi. Dostałem pieniądze
na konkretny film w Somalii, o konkretnej bohaterce - ale zrobiłem film
w Indiach, z inną bohaterką, ale na ten sam temat. O Polce pomagającej
ludziom na końcu świata. W Polskim Instytucie Sztuki Filmowej podczas kolaudacji
film tak bardzo się spodobał, że zrobiono wyjątek. Przygotowano aneks do
umowy i środki zostały przeniesione na nowy projekt. Miałem więc bardzo
dużo szczęś- cia. Śmieję się, że zrobiłem wtedy casting na bohaterkę. Szukałem
Polaków pomagających ludziom w różnych miejscach świata. Byłem nawet w
Papui-Nowej Gwinei u człowieka z Poznania. Wreszcie poznałem Helenę Pyz
- polską lekarkę i misjonarkę świecką, która od 1989 roku kieruje Ośrodkiem
Rehabilitacji Trędowatych Jeevodaya. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie
w Polsce. Poleciła mi ją znajoma znajomej. Byłem wtedy świeżo po zrobieniu
filmu "Jurek" o Jerzym Kukuczce. Kiedy Helena uścisnęła mi rękę, zrobiła
to tak mocno, że od razu pomyślałem: "To jest charakter". Podczas pracy
nad filmem przekonałem się, że rzeczywiście ma bardzo mocny charakter i
osobowość z żelaza. I powoli zaczęliśmy robić film w Indiach.
B.Sz.: Co
poruszyło Cię najbardziej podczas pierwszego spotkania?
P.W.:
Fakt, że Helena jest na wózku inwalidzkim, zupełnie sama w odległym zakątu
Indii. Helena Pyz jest starszą panią, ale nie peselem mierzy się wiek.
Od prawie 40 lat sama z Europy, sama z Polski, żyje i pracuje w zupełnie
zapomnianym miejscu. Do stanu Chhattisgarh, do Jeevodaya, nie jeździ właściwie
nikt.
B.Sz.: Czy
przed rozpoczęciem zdjęć wiedziałeś, jak ogromne będzie emocjonalne oddziaływanie
tej historii?
P.W.:
Miałem nadzieję, że ta historia poruszy wielu widzów. Bo to jest opowieść
o starszej pani, która stała się mamą dla setek dzieci. W Jeevodaya są
nie tylko osoby chore na trąd, ale przede wszystkim ich dzieci. Te dzieci
mieszkają tam przez cały rok. Przecież nikogo nie stać, żeby wracały na
weekendy do domu. Często jest to również fizycznie niemożliwe, bo pochodzą
z bardzo odległych miejsc. Trafiają do Jeevodaya wraz z rozpoczęciem roku
szkolnego i zostają tam aż do jego zakończenia. Sama nazwa ośrodka jest
niezwykła. "Jeevodaya" w sanskrycie
oznacza "świt
życia". Właściwie trochę szkoda, że film nie nosi takiego tytułu - Jeevodaya,
bo "Jutro czeka nas długi dzień" jest za długim tytułem. Po angielsku "Long
Day Tomorrow" brzmi dobrze, natomiast na "Jeevodaya" nie zdecydowaliśmy
się jako tytuł ponieważ niewiele powiedziałoby widzom.
B.Sz.: Jaka
jest Twoja bohaterka?
P.W.: Pełna
przeciwieństw. Czasem kochana, a czasem nie do zniesienia. Schorowana,
na wózku inwalidzkim. Silna jak nikt. Film jest także o tym, że szuka następcy
i zmaga się ze swoją chorobą. Podczas zdjęć okazało się, że istnieje konflikt
między nią a współprowadzącym ośrodek księdzem Ashtanem - katolickim księdzem
z Indii. I właśnie ten konflikt stał się osią filmu. Motorem, który napędza
całą historię.
Pokaz filmu
w siedzibie Związku Weteranów Polskich, Montreal
B.Sz.: Czy
podczas kręcenia filmu zmieniała się Twoja relacja z bohaterką?
P.W.:
Tak. Helena na początku lubi kontrolować sytuację. Ja nigdy nie byłem w
wojsku i śmieję się, że pobyt u Heleny był dla mnie jak wojsko. Ona mnie
po prostu musztrowała. Co ciekawe, nie robiła tego wobec mojego operatora
Bartosza Bieńka ani wobec dźwiękowiec Ani Rok. W ośrodku Jeevodaya byliśmy
w sumie siedem razy. Trzy pierwsze pobyty były naprawdę ciężkie. Dużo bezsennych
nocy. Ale dzisiaj, kiedy to wspominam, śmieję się z tego, jesteśmy z Heleną
zaprzy jaźnieni.
Po którymś pokazie w Polsce - a z tym filmem zjechaliśmy kraj wzdłuż i
wszerz - przeszliśmy na "ty". Pamiętam dokładnie: było to w Żywcu, na rynku,
kiedy popijaliśmy coś, co w tym mieście jest bardzo popularne. Była ze
mną, jeśli dobrze policzyłem, na 52 pokazach filmu i spotkaniach z publicznością.
Dziś mogę powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółmi. Wiem też, że ona chciała
mnie sprawdzić. Zobaczyć, czy jestem twardy, ile wytrzymam, czy nie jestem
impulsywny, czy się głupio nie uniosę. To był dobry test. Helena jest nadzwyczajną
bohaterką i człowiekiem jedynym w swoim rodzaju. Kiedy pierwszy raz byłem
w Indiach, bałem się, że zrobię film o potworze. Ona naprawdę miała wtedy
bardzo trudny czas - konflikt z księdzem Ashtanem narastał, walczyła ze
swoim zdrowiem. Chodziłem po Jeevodaya i nie wiedziałem co robić. Pewnego
dnia podszedł do mnie Manoj - wychowanek Heleny, który dzięki niej skończył
studia w Polsce - w filmie mój asystent i nasz nieoceniony tłumacz i powiedział:
- Słuchaj, Paweł. Helena taka musi być. Bo gdyby taka nie była, wszystko
by się rozsypało. Hindusi sprzedaliby ten ośrodek i wypędzili trędowatych.
Ona musi być bezkompromisowa, twarda i silna. Musimy pamiętać, czym jest
system kastowy w Indiach. Osoby chore na trąd są na samym dole. Są odrzucane.
Nie są dostrzegane - to tak zwani niedotykalni. Ktoś mnie kiedyś zapytał:
dlaczego ci ludzie po prostu nie wyjadą? Nie mogą, ponieważ nikt im nawet
biletu nie sprzeda. Są niedotykalni. Nie istnieją dla innych. Kiedy Indus
widzi osobę chorą na trąd, omija ją szerokim łukiem. I niestety podobny
los spotyka dzieci trędowatych. One najczęściej są zdrowe. Ale jeśli chcą
dostać się do dobrej szkoły, dyrektor sprawdza ich pochodzenie. Bardzo
szybko dowiaduje się, że ich rodzice chorują na trąd. I wtedy to dziecko
spotyka taki sam ostracyzm, jak gdyby samo było chore.
B.Sz.: Jakie
sceny były dla Ciebie najtrudniejsze emocjonalnie?
P.W.: Chyba
scena, w której Helena rozmawia z bardzo chorym człowiekiem. Ona nie mówi
mu tego wprost, to nie pada w dialogu, ale wie, że on niedługo umrze. I
to czuć na ekranie. Kręcenie tego, a później montowanie, było bardzo trudne.
Nie filmowaliśmy śmierci. Filmowaliśmy rozmowę z umierającym człowiekiem.
Wszyscy przy nim udawali, że wszystko jest w porządku, chociaż nie było.
Helena pod koniec rozmowy z umierającym robi pauzę. Ona zawiesza głos i
my już wiemy... Chciałbym powiedzieć, że kręcenie Heleny w szpitalu też
było trudne, ale prawda jest taka, że to my bardziej się wahaliśmy. Nie
byliśmy pewni, czy możemy tam filmować. Mieliśmy zgodę
personelu,
mieliśmy zgodę Heleny, ale i tak na miejscu czułem opór. I wtedy Helena
mnie po prostu opieprzyła: - Kurczę, choruję. To jest ważny element filmu.
Kręcisz to! Więc nie było zmiłuj. Kiedy bohaterka daje ci taką odwagę,
dalej jest już z górki.
B.Sz.:
Czy czegoś nauczyłeś się od Heleny Pyz?
P.W.:
Bardzo dużo. Moi współpracownicy - Ania i Bartek - powtarzali wielokrotnie,
że to było coś więcej niż kolejny plan zdjęciowy. To była nauka empatii,
otwartości i pochylenia się nad drugim człowiekiem. Kiedy pojechaliśmy
tam pierwszy raz, baliśmy się, czy nie zarazimy się trądem. Później okazało
się, że nasze obawy wynikały po prostu z niewiedzy. Przebywałem tam z osobami
chorymi na trąd, przybijałem piątki, jadłem ze wspólnego talerza. Zdarzyło
się nawet pić z jednej szklanki jakiś lokalny alkohol - akurat obrzydliwy
bimber. Trąd jest chorobą biedy, skrajnego niedożywienia, nędzy. My z naszą
odpornością nie mamy możliwości zarazić się trądem. Jeevodaya stała się
dla nas czymś znacznie ważniejszym niż miejscem realizacji filmu. Weszliśmy
w świat, do którego normalnie nigdy nie mielibyśmy dostępu. Byliśmy tam
siedem razy. Każdy z nas spędził tam po kilka tygodni w okresie dwóch lat.
I czekaliśmy na kolejne wyjazdy. Bartek Bieniek jest wybitnym operatorem,
Ania Rok rozchwytywanym dźwiękowcem, ale kiedy pojawiało się hasło: "jedziemy
do Jeevodaya", potrafili przekładać swoje zawodowe plany, żeby tylko tam
wrócić. Jeevodaya i Helena zostaną z nami do końca życia.
Helena Pyz
w otoczeniu swoich podopiecznych
B.Sz.: Temat
Heleny Pyz to nie tylko temat filmowy, ale przede wszystkim opowieść o
człowieku, który poświęcił swoje życie innym. Czy spotkałeś na swojej drodze
innych bohaterów jej podobnych?
P.W.:
Spotkałem jednego - Ludwika Hirszfelda. Ktoś mi kiedyś powiedział, że robię
filmy tylko o lekarzach. To nieprawda. Moje filmy są różne. Zrobiłem film
o podróżniku Mieciu, zrobiłem film o himalaiście Jerzym Kukuczce, zrobiłem
film o Ślązakach - "Kiedyś będziemy szczęśliwi". Ale faktem jest, że "Mensch"
to film o lekarzu idealiście. Nie spotkałem go osobiście, mój bohater nie
żyje od ponad 70 lat. To również był człowiek, dla którego dobro innych
było ważniejsze niż własna wygoda. Zawsze wybierał trudniejszą dla siebie
drogę, ale robił to ze względu na dobro innych. Helena też mogła wybrać
inaczej. Przecież była lekarką w Warszawie, na Woli. Zakładała w latach
80-tych w przychodni wolski oddział Solidarności. Trudno mówić o dostatnim
życiu w czasach komunizmu, ale prowadziła spokojne życie szanowanej lekarki.
I nagle, podczas imienin, dowiedziała się, że ksiądz Adam Wiśniewski -
założyciel ośrodka Jeevodaya w odległych Indiach - choruje na nowotwór
i zostało mu pół roku życia. Nie zastanawiając się długo, pojechała. Na
rok. Została już prawie 40 lat. Wytrwała. Robi to ze względu na innych.
Potrzeby innych ludzi okazały się ważniejsze niż jej własne. Ja bym tak
nie potrafił. Myślę, że większość z nas nie dokonałoby takiego wyboru.
Warto spotykać i ścierać się z ludźmi, którzy są różni od nas. Zresztą
siedzimy tutaj, w Montrealu, gdzie ta różnorodność jest widoczna gołym
okiem. I to jest wspaniałe.
B.Sz.: Gdybyś
miał opisać Helenę Pyz dwoma słowami, jakie byłyby to słowa?
P.W.:
Wojowniczka. Twardzielka. Chociaż właściwie nie da się jej zamknąć w jednym
czy dwóch słowach. Ona ma inną naturę, niż może się wydawać na pierwszy
rzut oka. To, co jest pod spodem, jest zupełnie inne niż to, co widać na
powierzchni. Ostatnia scena filmu jest moją ulubioną i dobrze widać w niej
naturę Heleny.
B.Sz.: Film
ma już kilka lat, jeździsz z nim po całym świecie. Czy odbiór publiczności
w różnych krajach jest podobny?
P.W.:
Tak, zdecydowanie. To jest jedyny mój film, przy którym miałem około dwudziestu
owacji na stojąco. I nie ma co ukrywać - to były przede wszystkim owacje
dla Heleny. Dla bohaterki. Dla tego, co robi. Tak było w Polsce, ale i
za granicą. Ludzie czasami pytają mnie o styl filmu, przypominający kino
fabularne. Odpowiadam, że bardzo chciałem tę wyjątkową historię opowiedzieć
w wyjątkowy sposób. Nie chciałem dokumentu z wywiadami. To nie jest film,
w którym Helena siedzi i mówi do kamery. My ją obserwujemy. Pewne sceny,
przy których nas nie było, inscenizowaliśmy, ale nie ma tam żadnej fikcji.
Niczego nie wymyśliliśmy. Wszystko zostało odtworzone na podstawie tego,
co naprawdę się wydarzyło. Helena budzi u widzów ogromny szacunek. Czasami
ludzie mówią mi, że jej nie lubią. Że jest opryskliwa, że jest gruboskórna.
Wtedy zaczynam tłumaczyć: a jaka ona ma być? Ma się uśmiechać i życzyć
każdemu miłego dnia, kiedy jest otoczona przez ludzi, którzy chcieliby
ją wyrzucić? Którzy chcieliby sprzedać Jeevodaya i wyrzucić trędowatych
na ulicę ? Współprowadzący ośrodek ksiądz Ashtan jest katolickim księdzem,
ale jest również Indusem. A w kulturze, w której dorastał, osoby chore
na trąd są poza społeczeństwem. One właściwie nie istnieją.
Helena Pyz
odznaczona została Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.
Odznaczenie
wręczone zostało podczas uroczystości na Zamku Królewskim w Warszawie.
B.Sz.: Wspomniałeś
o inscenizowanych scenach. To są tak zwane dokumenty fabularyzowane - trochę
inny rodzaj dokumentu. Sam wybrałeś taką formę przekazu?
P.W.: Tak.
Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że temat jest wyjątkowy i chciałem
opowiedzieć go wyjątkowo.
Razem z operatorem
już na samym początku podjęliśmy decyzję: żadnego "gadania", żadnych wywiadów
do kamery. Chcieliśmy być jak najdalej od reportażu. Obserwowaliśmy, ile
tylko się dało. Zakładaliśmy bohaterom mikroporty pod ubranie, a oni bardzo
szybko o nich zapominali. My często staliśmy z kamerą daleko - dwadzieścia
metrów dalej. Po jakimś czasie oni naprawdę przestawali zwracać na nas
uwagę. Helena nieraz się denerwowała: - Tu taka ciekawa rzecz się dzieje,
a was nie ma z kamerą! A my w tym czasie od dwóch godzin ją filmowaliśmy,
kiedy przyjmowała pacjentów. Raz zdarzyło się, że zapomnieliśmy albo nie
zdążyliśmy wyjąć jej mikroportu. Nie zdążyliśmy jej "rozbroić". I poszła
z nim spać. Nie ukrywam - podsłuchiwaliśmy, co tam się dzieje. Chrapała
jak cholera. Później jej się do tego przyznaliśmy. Bardzo się śmiała.
B.Sz.: Czy
masz swojego guru wśród reżyserów filmów dokumentalnych? Kogoś, kto jest
dla Ciebie wzorem?
P.W.:
Wśród dokumentalistów nie, ale wśród reżyserów filmów fabularnych tak.
Jest dwóch takich panów: Roman Polański, którego mam szczęście dobrze znać
i z którym regularnie się widujemy, oraz Martin Scorsese, którego również
miałem okazję spotkać. Scorsese widział mój film "Kiedyś będziemy szczęśliwi".
Wysłał mi po obejrzeniu filmu bardzo miły list. Spotkałem go w Nowym Jorku.
Rozmawialiśmy całe piętnaście minut - ale to też się liczy. Z Polańskim
widuję się regularnie. Ci dwaj reżyserzy mnie ukształtowali. Kiedy pierwszy
raz zobaczyłem "Wściekłego byka" Martina Scorsese, po prostu mnie zamurowało.
Tak naprawdę zapragnąłem robić filmy już
wcześniej
- jako dziecko, kiedy obejrzałem "Kopalnie króla Salomona". Niestety później
zrobiłem błąd i wróciłem do tego filmu po latach jako dorosły człowiek.
Okazało się, że ten film to gniot. Rzeczywistość nigdy nie dorówna wspomnieniu,
dziecięca percepcja to coś czego nie należy konfrontować z odbiorem dorosłego.
Nie mogłem uwierzyć, że ten film kiedyś zrobił na mnie aż takie wrażenie.
Ale wtedy, w 1988 roku, oglądałem go jako ośmiolatek razem z bratem i mamą.
Miałem gorączkę z emocji. Później, już jako nastolatek, zobaczyłem "Wściekłego
byka" i to było coś niesamowitego. Więc tak - Martin Scorsese i Roman Polański
to moi mistrzowie. Kiedy zrobiłem swój pierwszy film fabularny "Bez końca",
podziękowałem im obu w napisach końcowych.
B.Sz.: Jak
znalazłeś się w Montrealu?
P.W.:
Na zaproszenie Polskiego Instytutu Naukowego. Prof. Ryszard Grygorczyk
i jego żona Czesława sprawili, że mój pobyt tutaj będzie niezapomniany.
Bardzo im dziękuję za organizację, promocję pokazów i przyjaźń jaką mi
okazują.
Więcej informacji
o ośrodku Jeevodaya w Indiach można znaleźć na stronie
internetowej
www.jeevodaya.org
|