|
|
|
PRZYSMAKI NASZYCH PRAPRZODKÓW,
CZYLI O DIECIE SŁOWIAŃSKIEJ.
 |
... |
Pozwólcie Państwo,
że po serii felietonów krajoznawczych i polskie skarby kultury opisujących,
dzisiejszym artykułem powrócę do tematyki archeologicznej. Może jednak,
by przeskok ten nie wydał się nazbyt radykalny, porozmawiamy o sprawach
nieco lżejszej wagi, a przyjemnych i istotnych dla każdego z nas, czyli
o jedzeniu, diecie, konsumowaniu, szamaniu, pałaszowaniu, czy jak to jeszcze
zwać. Zapytacie Państwo - nie bez racji - a cóż niby archeolog może wiedzieć
o tym, co jedzono w czasach minionych, skąd niby to może wiedzieć, skąd
zaczerpnął informacji, skoro pokarm jest nietrwały i z pewnością rozłożył
się w ziemi w ciągu minionych setek lat? |
.. |
|
|
Jeszcze do niedawna odpowiedź
na to pytanie byłaby prosta, bo jedynymi danymi, jakimi dysponowaliśmy
były masowo odkrywane kości zwierzęce, czy znacznie rzadziej odsłaniane
jamy wypełnione ziarnami zbóż dające bardzo skąpy - raczej poszlakowy -
obraz dotyczący diety naszych przodków. Ostatnimi laty jednak niedostępne
lub niedostrzegane dotąd informacje pozyskiwane podczas badań wykopaliskowych
"przemówiły" za sprawą nauk ścisłych i biologicznych coraz częściej wspierających
prahistorię w opracowywaniu źródeł archeologicznych. Wyobraźcie sobie bowiem
Państwo, że we wnętrzach naczyń glinianych zachowały się pozostałości substancji
włożonych doń przed setkami, a nawet tysiącami lat, że udaje się rozpoznać
ich skład chemiczny, że na tej podstawie można próbować określić rodzaj
spożywanych produktów. Informacjami dotyczącymi diety są także niedostrzegalne
okiem mikroszczątki roślin, nawet pyłki kwiatów znajdujące się w próbkach
ziemi pobieranych z osad pradziejowych i wczesnośredniowiecznych. Także
i kości zwierzęce - kiedyś jedynie liczone i poddawane wyłącznie analizom
statystycznym - dzisiaj informują nas dość dokładnie o rodzaju hodowli,
wieku zabijanych zwierząt, ich krzyżowaniu w celu wzmocnienia cech pożądanych,
itd. Z pewnością pamiętają Państwo to zdanie: "Daj ać ja pobruszę, a ty
poczywaj". Jest to pierwsza dłuższa wypowiedź zapisana "niemal po polsku",
bo jest mieszaniną polszczyzny, języka czeskiego i dialektu śląskiego.
Pochodzi z "Księgi henrykowskiej" - kroniki opactwa cysterskiego w Henrykowie
na Dolnym Śląsku spisywanej między 1269 i 1310 rokiem, a umieszczono je
pod datą "1270". Dlaczego wspominam o tym zdaniu? Ano dlatego, ze dość
dobrze wpisuje się w tematykę tu poruszaną. Dotyczy bowiem czynności związanej
z przygotowywaniem żywności, ściślej mówiąc mąki na podpłomyki lub chleb;
współcześnie bowiem powiedzielibyśmy: "Daj mi pomielić na żarnach, a ty
odpocznij". Słowianie bowiem byli przede wszystkim rolnikami, bardzo dobrymi
rolnikami. W ich diecie przeważały produkty rolne, głównie pochodzenia
roślinnego oraz mleko, rzadziej mięso zwierzęce. Znano kilka gatunków pszenicy,
jęczmień, żyto, również owies (wykorzystywany także do skarmiania zwierząt),
proso. Umiano przygotować kasze z ziaren zbóż rozdrabnianych w drewnianych
stępach lub z gryki zwyczajnej, bądź tatarki. Wypiekano chleby razowe na
zakwasie, z dodatkiem piwa i innych "ulepszaczy" poprawiających jego smak
oraz płaskie placki - podpłomyki z niezakwaszonego ciasta. Roślinami zbożowymi
- uprawianymi na polach - zajmowali się mężczyźni, natomiast kobiety doglądały
warzyw w przydomowych ogrodach. Niewątpliwych "królem" wśród nich był ogórek,
jedzony na surowo lub kiszony w solance z dodatkiem chrzanu i czosnku.
Znajomość przyrządzania ogórków kiszonych przejęli od Słowian Niemcy -
wiemy z licznych przekazów, że ich miłośnikiem był król pruski Fryderyk,
nota bene bardzo Słowianom niechętny. Wokół domostw krążył drób, głównie
kury i kaczki, które z kolei przeniknęły do hodowli słowiańskiej za sprawą
Celtów. Najczęściej spożywanym mięsiwem była wieprzowina; na wszystkich
niemal wczesnośredniowiecznych stanowiskach archeologicznych kości trzody
chlewnej występują masowo. Zabijano zwykle dwu-trzyletnie zwierzęta, powszechne
"świniobicia" urządzano jesienią, co wiązało się z kłopotami z zapewnieniem
paszy całemu pogłowiu w okresie zimowym. Ich mięso konserwowano w różny
sposób: wędzono, suszono lub zasalano. To właśnie od "rozsalania" kawałków
przechowywanych na zimę wzięła swą nazwę najpopularniejsza z polskich zup
- rosół. W nieco inny sposób postępowano z bydłem; krowy utrzymywano przy
życiu tak długo, jak długo ich mleczność była na dostatecznym poziomie,
natomiast większość samców uśmiercano w wieku około 4-5 lat. Mniej chętnie
spożywano owce, a to ze względu na dostarczane przez nie runo oraz konie
- zwierzęta do dziś otaczane największą sympatią. Niechęć do spożywania
koniny widoczna jest w nazwach miejscowych - "Koniojady", mających raczej
pejoratywny charakter. Uzupełnienie diety mięsnej stanowiła dziczyzna,
której udział - w zależności od zasobności regionu - mógł być znaczący.
Podobnie, jak i dzisiaj spożywano zarówno zwierzęta rosłe: dziki, jelenie,
sarny, czy łosie, jak i mniejsze: zające, czy dzikie ptactwo, nawet łabędzie.
Nie zaniedbywano i najstarszego ze sposobów pozyskiwania pożywienia, czyli
zbieractwa. Poszukiwano runa leśnego, ziół, dzikich zbóż, owoców leszczyny,
buka, podbierano jaja dzikich ptaków i miód dzikim pszczołom. Łowiono ryby
wędkami,za pomocą więcierzy, czy sieci, a "ofiarami" tychże połowów były
jesiotry, szczupaki, sandacze, pstrągi, karpie, leszcze, węgorze, choć
nie gardzono i drobiazgiem: płociami, okoniami, sielawami. Z czasem większe
gatunki ryb i dziczyzny zniknęła z jadłospisu "zwykłych" mieszkańców średniowiecznej
Polski, a to za sprawą "regaliów" - zakazów połowu i polowania na te zwierzęta
zarezerwowanych wyłącznie dla stołu książęcego. Nie wszystkie siedziby
ludzkie usytuowane były w sąsiedztwie źródeł z czystą wodą. Stąd i koniecznością
okazało się przygotowywanie napojów dających się przechowywać, wolnych
od zanieczyszczeń i bakterii (oczywiście Słowianie nie mieli o nich żadnego
pojęcia - odpychał ich zapach i smak zanieczyszczonej wody). Prawdziwym
przysmakiem naszych pradziadów była oskoła, dzisiaj znana jako sok brzozowy.
Napój ten znany był wszystkim Słowianom. Służył nie tylko do zaspokajania
pragnienia; był także lekarstwem w chorobach układu moczowego, nerek i
serca, wzmacniał organizm, dostarczał witamin i minerałów. Było i piwo,
a jakże. Ale nie takie, jakie dzisiaj można dostać w marketach, czy piwiarniach.
To było zupełnie co innego. Przypominał podpiwek, jaki jeszcze kilkadziesiąt
lat temu (a może i dziś tu i ówdzie) przygotowywano w domu z kawy zbożowej
"Turek". No i oczywiście miód pitny wspomniany w kontekście "słowiańskim"
po raz pierwszy już 448 roku przez bizantyńczyka Priskosa z Panion jako
"medos". Jak się wydaje był to napitek bardzo ceniony, częstowano nim bowiem
znamienitych gości i pito wyłącznie od święta. Pozyskiwaniem miodu zajmowali
się "specjaliści" - bartnicy, zwani również "dziedzicami", na których było
to główne, jeśli nie wyłączne zajęcie gospodarcze. Z powyższego zestawienia
wyłania się obraz diety dość bogatej, zróżnicowanej i chyba smacznej. Nie
zapomnijmy jednak, że to raczej dieta odświętna, której uzupełnieniem niech
będzie i kołacz - rodzaj ciasta znanego od niepamiętnych czasów, słodzonego
miodem, aromatycznego, wyjątkowego. Codzienność wyglądała chyba zgoła odmiennie
- mięsa niewiele, raczej potrawy mączne (różnego rodzaju polewki, bryje,
barszcze), z niewielką dozą witamin uzupełnionych ziołami, jedynymi wówczas
przyprawami - obok wszędobylskiej soli. Wyniki prac "archeologii eksperymentalnej",
której owoców można zakosztować w trakcie festynów biskupińskich i innych,
wskazują jednak na to, ze kuchnia słowiańska była dość smaczna i zapewniająca
minimum wartości odżywczych. Polecam Państwu przeszukanie internetu, w
którym można odnaleźć przepisy kulinarne sprzed wieków i spróbowanie któregoś
z dań, by sprawdzić, co wówczas jedzono. Życzę smacznego!
|
|
|
BIULETYN
POLONIJNY, Postal Box 13, Montreal, Qc H3X 2T7, Canada; Tel: (514) 336-8383
fax: (514) 336-7636,
Miesięcznik
rozprowadzany bezpłatnie wśród Polonii zamieszkującej obszar Montrealu
i Ottawy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
|
|
|
|