KAMIENIEC PODOLSKI
..
 |
... |
Poprzednie nasze
rozważania dotyczące Gotów zakończyliśmy w chwili, gdy większość z nich
przewędrowawszy ziemie polskie z północy na południe około 200 roku n.e.
wyruszyła w dalszą wędrówkę. Tylko niewielka część Gotów i Gepidów pozostała
w okolicach Zamościa i Hrubieszowa, reszta poszła dalej przemieszczając
się na południowy-wschód. Jak wynika z danych uzyskanych w trakcie badań
archeologicznych, jak i źródeł pisanych - coraz częściej o nich wspominających
- kolejnym etapem ich peregrynacji stały się Wołyń i Podole, a więc ziemie
już bardzo odległe od rodzinnej Skandynawii. Stąd poczęli wyprawiać się
dalej na południe, aż po Krym i stepy nadczarnomorskie, gdzie - po sprzymierzeniu
się z koczowniczymi Sarmatami - zbudowali potężne, dość dobrze zorganizowane
państwa, czy raczej wieloetniczne federacje plemienne pod gockim przywództwem.
Grecki historyk Jordanes wymienia dwa takie konglomeraty ukrywające się
pod nazwami Ostrogotów - siedzących we wschodniej Ukrainie i Wizygotów,
zamieszkujących na południowy-zachód od nich, za Dniestrem, na terenie
dzisiejszej Mołdawii i części Siedmiogrodu. Ci pierwsi swą największą potęgę
osiągnęli w IV wieku, pod rządami króla Hermanaryka, gdy pod ich władztwem
znalazły się najpewniej ziemie tak odległe, jak choćby okolice dzisiejszego
Petersburga z jednej oraz środkowej Wołgi i gór Ural z drugiej strony. |
.. |
|
|
Opowieść o Kamieńcu Podolskim
rozpocznę od skojarzeń z dzieciństwa, wyobrażeń przekazywanych przez rodzinę,
szkołę, książki, wreszcie film. Wydawało mi się wówczas, że to miejsce
leżące gdzieś na pograniczu Europy i Azji, odległe, spalone słońcem, smagane
wiatrem wiejącym znad stepów, leżące niemal na pustyni, wśród nagich skał,
blisko Morza Czarnego; bo przecież Turcy i Tatarzy, bo Sobieski nie zdążył,
bo nigdy już nie wróciło do Polski, bo było "bramą Rzeczpospolitej" i "przedmurzem
chrześcijaństwa" - to musiało być bardzo, bardzo daleko.
No cóż, z czasem okazało
się, że prawdzie ostały się tylko te skały
, no i Brama, i to Przedmurze.
Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, że z Warszawy i Krakowa do Kamieńca
jest nieco ponad 650 km, a z Przemyśla jedynie 370 km - to blisko, tuż
tuż, kilka godzin jazdy samochodem za granicę Polski.
Dziś jest to niewielkie miasto,
o którego współczesności niewiele można powiedzieć. Ot, stolica Podola,
mały, raczej nieznany nikomu uniwersytet, parę nędznie prosperujących przedsiębiorstw.
Ale historię ma wielką, jak to często bywa z niewielkimi miasteczkami leżącymi
w "ciekawych" miejscach. Bo lokalizację dla niego wybrano zaiste wyborną.
Położone jest w odległości kilkunastu kilometrów na północ od Dniestru
meandrującego w szerokiej dolinie, nad Smotryczem, jego lewym dopływem,
który przez tysiąclecia wypłukał sobie w wapiennych skałach głęboki, niemal
pionowy wąwóz. Na jednej z tych skał już w okresie wędrówek ludów, czasach
bardzo burzliwych, czasach wielkich migracji, bitew, spustoszeń, powstać
miała twierdza założona przez Ostrogotów - Klapidava - zniszczona przez
Hunów w czasie ich pochodu na zachód. Z kolei w X/XI wieku na jej ruinach
założona została ormiańska faktoria handlowa, zajęta z czasem przez Mongołów,
a po ich upadku przez rozrastające się Księstwo Litewskie. To właśnie Litwini
z rodu Koriatowiczów (w prostej linii wnuki wielkiego Giedymina) dostrzegli
ponownie wyśmienite walory obronne Kamieńca, założyli tu miasto i twierdzę.
Przeszli na katolicyzm na długo przed chrztem Litwy, próbowali na Podolu
utworzyć niezależne państwo ze stolicą w Kamieńcu. Ich zasługą było powołanie
tu biskupstwa podolskiego, oni też ufundowali pierwszą katedrę. W krótkim
czasie miasto doczekało się również klasztoru dominikańskiego. Po kilkudziesięcioletniej
"huśtawce" politycznej i wędrówce na przemian z rąk polskich w litewskie,
od 1430 r. zostało na trwale włączone w granice Rzeczpospolitej jako miasto
królewskie - tegoż też roku otrzymało magdeburskie prawo lokacyjne. Choć
borykało się z ciągłymi zagrożeniami ze strony tureckiej, wołoskiej, mołdawskiej,
rozwijało się bardzo, osiągając w 2 poł. XVI wieku liczbę ponad 10.000
mieszkańców. Było bezpieczne, bronione przez potężną twierdzę.
Z pewnością wszyscy mamy
w oczach obraz heroicznej obrony Kamieńca tak szczegółowo opisanej przez
Sienkiewicza w "Panu Wołodyjowskim" i z wielkim mistrzostwem przeniesionej
na taśmę filmową przez Jerzego Hoffmana. Turcy nie mieli żadnych szans,
obrywali niemiłosiernie na przedpolu, pod murami i na murach twierdzy.
Płynące w stronę obrońców morze janczarów przybranych w białe fatałaszki
co i rusz odbijała się od skał i wykrwawiona powracała do obozowisk, zaścielając
okolicę coraz grubszą warstwą trupów i rannych. I wszystko byłoby okay,
udałoby się obronić fortece, gdyby nie zdrada wielmożów i kupców obawiających
się o swoje życie i majątki. Twierdza została poddana Turkom i opuszczona.
Pozostali w niej tylko na wieki Wołodyjowski i Ketling, wysadziwszy się
wraz z całym zapasem prochu zgromadzonym w podziemiach. Tak fakt utraty
Kamieńca zapamiętaliśmy. A jak wyglądała rzeczywistość, co na ten temat
zapisano w dokumentach? Jest rok 1672, kilka lat wcześniej z granic Rzeczpospolitej
wyparto Szwedów, kasa koronna świeci pustkami, kraj spustoszony, wojsko
słabe i zmęczone, głód, choroby, bieda. Nagle na ziemie niedotknięte szwedzkim
"potopem" uderza potęga multańska, doborowe oddziały janczarów i spahisów
oraz zagony tatarskie; potężna armia licząca około 70.000 wojska i 100
dział. Przeciwko niej nikt nie staje w polu, Polacy chronią się za murami
twierdzy kamienieckiej. A trzeba zaznaczyć, że nie zdążono jej przygotować
do obrony, wymagała remontów i napraw oszacowanych wstępnie na sto tysięcy
ówczesnych złotych, więc sumę kolosalną na kolosalne potrzeby wskazującej.
Jej obrońcy dysponują zaskakująco słabymi siłami, ledwo 1300 żołnierzami
regularnego wojska i 500 zebranymi spośród chroniących się w zamku i na
terenie miasta - to nawet nie 20% pełnej obsady warowni. Wśród nich jest
także 24 dragonów pod dowództwem Jerzego Wołodyjowskiego, stolnika przemyskiego,
postaci jak najbardziej historycznej. W załodze jest zaledwie sześciu (!)
doborowych artylerzystów, co możliwości obrony tym bardziej ograniczało.
Jak wynika z późniejszych relacji strzelała co szósta działobitnia i z
co szóstej szczeliny w murze strzelcy razili kulami atakujących. Na początku
sierpnia Turcy przekroczyli Dniestr, by dnia 5 tegoż miesiąca stanąć pod
murami warowni. Rozpoczęli ostrzał artyleryjski, równocześnie nękając obrońców
atakami piechoty. Polacy stopniowo oddawali kolejne elementy twierdzy,
zmniejszając linię obrony. Ginęli Turcy, ale i ginęli obrońcy, co przy
stosunku sił 35:1 było wśród nich wyraźniej odczuwalne. Upadek Kamieńca
przyspieszył przypadek, inni uznali go za desperacki czyn majora Heclinga
(prawie "Ketling"), dowódcy artylerii zamkowej. Wybuch prochu spowodowany
zaprószeniem ognia na zamku górnym spowodował śmierć blisko 500 ludzi;
zginął w nim także stolnik Wołodyjowski, i znaczna część oficerów deliberujących
na dziedzińcu. Przyszło się więc "ułożyć" z tureckim wezyrem, poddać miasto
i najpotężniejszą twierdzę Rzeczpospolitej zaledwie po 1 tygodniu obrony,
czasie zbyt krótkim na dotarcie polskiej odsieczy. Dzięki zręcznej polityce
Mikołaja Potockiego, dowódcy twierdzy, z życiem uszli jej obrońcy i mieszkańcy
miasta, którym pozwolono bezpiecznie się oddalić. Jednak ten miesiąc "postoju"
Turków pod Kamieńcem, zajmowania miasta i twierdzy, lokowania garnizonu
dał Polakom czas na zorganizowanie kontruderzenia - a przecież w bronieniu
zamków o to właśnie chodziło, by związać przeciwnika walką choć na chwilę.
Turcy dotarli pod Lwów dopiero 20 września, czyli za późno na dalszą wojnę,
bo i zimno, i słota, i kłopoty aprowizacyjne. Nie poszli dalej, wrócili
nad Dniestr, a Rzeczpospolita ocalała dzięki tej na pozór beznadziejnej
obronie.
Kamieniec Podolski pozostał
turecki przez 27 lat zaledwie, a nie na zawsze. Stał się stolicą czternastej
europejskiej prowincji Imperium Osmańskiego - Ejaletu kamienieckiego. Katedrę
zamieniono na meczet, postawiono przy niej minaret. Miasto straszliwie
podupadło, bo gdy powróciło do Polski w 1699 roku doliczono się w nim zaledwie
170 domów spośród 800 wcześniej w nim istniejących. Warto na jedną rzecz
jeszcze zwrócić uwagę - wśród paragrafów zawartych w dokumencie Pokoju
Karłowickiego kończącego wojny polsko-tureckie znalazł się i ten, który
mówił o pozostawieniu nietkniętym minaretu sprzed katedry kamienieckiej.
I minaret ten stoi do dziś, podobnie jak i ambona we wnętrzu kościoła dominikańskiego,
dawny minbar osmański, miejsce z którego wypowiadane były obwieszczenia
i polecenia sułtana.
... |
|
Jerzy Tomasz
Nowiński
ARCHIWUM
FELIETONÓW |
............................ |
Na
ilustracji: 1. Kamieniec Podolski - widok z pocz. XX wieku. 2. Zamek, widok
obecny.
..
POLEĆ
TEN ARTYKUŁ ZNAJOMYM Z FACEBOOKA |
.. |
|
..................................... |
|
|
.. |
|
|
|
........................................................................................... |
|