| Roman Brandstaetter -
w kręgu Biblii
120. ROCZNICA URODZIN PISARZA
Prolog
Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku.
Zapadło mi w pamięć przypadkowo usłyszane zdanie: "Brandstaettera rzucili
na Długą". Wtedy nawet nie wiedziałam kim jest i nie przypuszczałam jak
nieustannie z drżeniem serca będę sięgać po jego książki. Pobiegłam do
księgarni i zaoszczędzone kieszonkowe zamieniłam na "Jezusa z Nazarethu"
i "Krąg biblijny". Zostały ze mną na zawsze.
81 lat wcześniej w Tarnowie, 3 stycznia
1906 roku, Mordechaj Dawid Brandstaetter, właściciel tłoczni oleju lnianego,
a także prozaik hebrajski, autor opowiadań i nowel tłumaczonych na wiele
języków, nawet nie przypuszczał, że jego wnuk Roman, który właśnie przyszedł
na świat i na którego tak silny wpływ w przyszłości wywrze, będzie jego
godnym naśladowcą. Ba, nawet więcej, przewyższy go swoimi osiągnięciami
literackimi.
Początek edukacji klasyczny - szkoła
powszechna, następnie gimnazjum i egzamin dojrzałości w 1924 roku w Krakowie.
W tym samym roku rozpoczęcie studiów polonistycznych i filozoficznych na
Uniwersytecie Jagiellońskim. Po otrzymaniu dyplomu w 1929 roku wyjeżdża
do Paryża, gdzie prowadzi badania nad działalnością społeczną Adama Mickiewicza,
zwieńczone tytułem doktora filozofii w 1932 roku.
Zadebiutował w 1926 roku wierszem
"Elegia o śmierci Sergiusza Jesienina". W dwa lata później wydaje w Warszawie
pierwszy tomik poezji.
W 1935 roku rusza w podróż do Turcji,
Grecji i Palestyny. Jest to jego pierwszy, bardzo wzruszający kontakt z
ojczyzną przodków. Po wybuchu II wojny światowej udaje się do Wilna. Po
kilku miesiącach, inwigilowany przez NKWD, wyjeżdża z żoną do Palestyny.
Pobyt Brandstaettera w Jerozolimie jest okresem przełomowym dla jego życia.
Tu przeżywa wewnętrzny przełom religijny
i światopoglądowy oraz spotyka Tego, bez którego nic się nie stało, co
się stało (Ewangelia św. Jana 1,3) - prawdziwego Boga i prawdziwego Człowieka
- Jezusa Chrystusa, zapowiadanego Mesjasza, na którego z pewnością czekał
także jego pradziadek - ortodoksyjny chasyd z Podkarpacia.
W 1948 roku wraca do Polski. Początkowo
mieszka w Poznaniu. Zostaje kierownikiem literackim najpierw Teatru Polskiego,
a następnie Opery im. Moniuszki. W 1950 roku przenosi się do Zakopanego.
Pisze dramaty oraz zajmuje się tłumaczeniem dzieł Szekspira. Za ożywienie
życia kulturalnego i społecznego otrzymuje nawet godność Honorowego Obywatela
Zakopanego.
W 1960 roku wraca do Poznania i poświęca
się wyłącznie twórczości literackiej. Wydaje nowe tomiki poezji, w tym
najpiękniejszą "Pieśń o moim Chrystusie". Kontynuuje przekłady dzieł Szekspira
oraz rozpoczyna cykl przekładów biblijnych z języka hebrajskiego.
23 sierpnia 1980 roku dołączył do
Apelu 64 uczonych, pisarzy i publicystów do władz komunistycznych o podjęcie
dialogu ze strajkującymi robotnikami. Został także wybrany na przewodniczącego
Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Poznańskiego Czerwca 1956 Roku.
W 1987 roku przyjaciele Brandstaettera
podejmowali starania o nominowanie jego "Jezusa z Nazarethu" do Literackiej
Nagrody Nobla. Starania te przerwała, niestety, śmierć pisarza.
Brandstaettera biblijny krajobraz...
...jest bardzo bogaty. Czasy nasze
są tragiczne, uratować nas może urzeczywistnione Pismo Święte - mawiał.
Ten piewca, a właściwie człowiek Biblii, sam nią żyje na co dzień i zachęca
do tego także czytelników. Biblia jest dla niego sacrum i o to sacrum prosi
Boga w Modlitwie o ustanowienie święta spożywania Pisma Świętego:
Jest święto Twojego Narodzenia
Jest święto Twojego Męczeństwa
Jest święto Twojego Zmartwychwstania
(...)
Ale nie ma święta Biblii.
Ustanów, Panie, święto Biblii!(...)
Poeta, który uczył się czytać po
polsku sylabizując Biblię, zachęca do odkrywania niezwykłego duchowego
mostu łączącego pozornie tak różne dwie rzeczywistości Starego i Nowego
Przymierza, judaizmu i chrześcijaństwa.
Brandstaettera czytanie Biblii i
pochylanie się nad nią jest odkrywaniem szlaku ziemskiego i tego do Ojczyzny
Niebieskiej. Wędruje z nią i dzięki niej przez całe życie. Uczy się jej
od dziadka i od rodziców. Z domu rodzinnego wynosi dla niej szacunek i
miłość. Z jej kart odkrywa historię swojego rodu. W biblijnych postaciach
Racheli, Jakuba, czy Abrahama dostrzega rysy swoich najbliższych - babki
pochylającej się nad świecą w każdy szabas czy pradziadka wyruszającego
jak Abraham z Ur Chaldejskiego. I tylko ukochany dziadek przyjmuje wiele
twarzy - raz utożsamia się z Mojżeszem, innym razem z Syrachem, a także
z Nikodem, czy faryzeuszem z kart "Jezusa z Nazarethu".
W swojej twórczości pozostaje całkowicie
wierny i "przezroczysty" wobec tej Księgi. Obficie czerpie ze skarbca żydowskiej
tradycji, ze znawstwem przywołuje biblijne cytaty czy apokryfy i z mistrzowską
swobodą porusza się w świecie kultury antycznej. Dlaczego? Ponieważ w tym
"świecie" czuje się jak u siebie, jak w swojej duchowej ojczyźnie.
Żona pisarza wspomina, że to Biblia
nauczyła go kochania i modlitwy. Życia. Wszystkiego. Toteż teraz siedzi
nad Biblią jak nad rodzinną historią albo jak nad mapą, na której zaznaczone
są szlaki tej wędrówki, jaką przebył przez całe swoje życie.
Trudno nie doceniać roli jaką odegrał
w świecie polskiej kultury biblijnej. Na jego "Jezusie z Nazarethu" i "Kręgu
biblijnym" wychowuje się już i uczy kolejne pokolenie czytelników i biblistów.
Pisarz, wychowany w rodzinie żydowskiej,
całkowicie zasymilowanej i złączonej z kulturą polską, czuje się Polakiem
i tworzy w języku polskim. Ten poeta, rysownik (!), prozaik, tłumacz (głównie
z języka niemieckiego, greckiego, hebrajskiego, ale także z włoskiego,
francuskiego i angielskiego), dramatopisarz, w dziejach kultury polskiej
zapisuje się przede wszystkim jako twórca "Jezusa z Nazarethu". Ta wyjątkowa
powieść jest esencją jego życia i próbą znalezienia odpowiedzi na targające
nim sprzeczności egzystencjalne, wierności sobie i Bogu, bo Roman Brandstaetter
- całym swoim życiem i całym dorobkiem literackim - emanuje postawą człowieka,
który wie skąd pochodzi i dokąd zmierza.
O głębokich poszukiwaniach Romana
Brandstaettera, niczym wiecznego Żyda-tułacza poza czasem i przestrzenią,
przenikających z dwóch wielkich kultur i dwóch religii, które kształtują
całe jego życie i których nie można od siebie oddzielić, a tym samym nie
można jego twórczości ani odpolonizować, ani odsemityzować mówi żona pisarza:
(....) z jednej strony stara kultura żydowska, starotestamentowa, nieokiełznana
i niespokojna, a z drugiej strony ta polska, franciszkańska, grecko-rzymska,
podkarpacka, nasza, swojska, nowotestamentowa. Te dwie natury siedzą w
nim razem równocześnie i szukają dla siebie ujścia. Jedna zwalcza drugą,
bo zdają się one ze sobą walczyć. Ale kiedy zmęczone walką jakoś połączą
się ze sobą i dogadają, to wtedy mąż pisze najlepsze rzeczy."
Roman Brandstaetter, czuje się Polakiem,
nie zapomina jednak o swoich korzeniach i na łamach "Tygodnika Powszechnego"
przypomina mało znaną wypowiedź papieża Piusa XII: "...my wszyscy jesteśmy
z ducha semitami".
Żona pisarza wspomina: Historia
nawrócenia mojego męża, przepraszam, Roman nie lubi, gdy się mówi o jego
nawróceniu. Raz do mnie powiedział: "Ja nie byłem poganinem, bym się miał
nawracać. Po prostu uznałem Nowy Testament za całkowite wypełnienie Obietnicy
Pańskiej zawartej w Starym Testamencie. I na tym koniec. Cała reszta była
tylko logiczną konsekwencją tego faktu". I ma na pewno rację. Przecież
jest z tego samego co i Chrystus narodu wybranego.
Pamięć o tym, kim jest i kim stał
się, pozostaje w pisarzu do końca życia. Tuż przed śmiercią zwierza się
ze swoich pragnień: "Robię rachunek sumienia na starość. Chciałbym się
upewnić, że nie zmarnowałem życia. Chciałbym mieć tę świadomość, że moje
słowa doprowadziły choćby garstkę ludzi choćby tylko w pobliże rzeczywistej
idei chrześcijaństwa. Chciałbym do ostatniej chwili przekazywać moje myśli
innym. Wielkie dziedzictwo duchowe wspólne chrześcijanom i żydom upewnia
mnie w przekonaniu, że moje odejście od judaizmu, moja zdrada, jak
to chcieliby widzieć niektórzy, nie jest odejściem w znaczeniu dosłownym.
Ja dotykam obu krańców łuku. Ja czekam na ten Wielki Most. Chciałbym postępować
tak, jakby mieszkał we mnie Bóg."
Na ten Wielki Most Roman Brandstaetter
- judeochrześcijanin znad Wisły, jak o nim mawiano - wchodzi po zawale
serca w Poznaniu 28 września 1987 roku przy słowach jednego z Psalmów,
który sam przetłumaczył. Wcześniej poprosił, aby do trumny włożono mu różaniec,
który otrzymał od papieża Jana Pawła II oraz wizerunek Chrystusa Ukrzyżowanego
z kościoła św. Damiana, z którym nie rozstawał się nigdy od owej pamiętnej
jerozolimskiej nocy.
Na pogrzeb przyszedł telegram z Watykanu:
Pan wieków i wieczności wezwał
do siebie Romana Brandstaettera. (...) Wyrósł on w kręgu biblijnym, w którym
uczestniczył przez urodzenie i od urodzenia krąg ten zaprowadził go do
Jezusa z Nazarethu. (...) Przez całe swoje życie pielgrzymował i szukał
dla siebie miejsca w Kościele, w literaturze, w środowisku, w świecie.
Niech ten, któremu całym sercem zawierzył i któremu śpiewał tak osobistą
pieśń (...), przeniesie go tam, gdzie słychać już tylko radosne Alleluja
tych, którzy razem z Chrystusem przechodzą ze śmierci do życia - Jan
Paweł II, Papież.
Watykan, 1 listopada 1987
Modlimy się za śp. Romana. Niech
przemawia do czasem "zmęczonych" chrześcijan żywiołowa wiara tego wielkiego
chrześcijanina - syna Izraela (...) - Jan Paweł II.
Epilog
(...) "Robię rachunek sumienia na
starość. Chciałbym się upewnić, że nie zmarnowałem życia. Chciałbym mieć
tę świadomość, że moje słowa doprowadziły choćby garstkę ludzi choćby tylko
w pobliże rzeczywistej idei chrześcijaństwa. Chciałbym do ostatniej chwili
przekazywać moje myśli innym..."
Panie Romanie, nie zmarnowałeś...
Jestem w tej garstce ludzi, a nawet myślę, że ona wcale nie jest taka mała,
którą Twoje słowa zapisane na kartach "Jezusa z Nazarethu" prowadzą, tak
jak mnie, szczególnie przez okres Wielkiego Postu. Co roku Twoja biblijna
opowieść wywołuje we mnie to samo drżenie serca i prowadzi w pobliże rzeczywistej
idei chrześcijaństwa, tak jak kiedyś "na Długą". Przypadek?
Maryla Kania - felietonistka,
e-mail: maryla.kania@onet.eu
|